Recenzje
Bez rozwagi. Chestnut Springs #4
„Ponieważ ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję w moim życiu, jest osoba odbierająca mi dech w piersi akurat wtedy, gdy udało mi się w końcu złapać oddech”. Jej z pozoru perfekcyjne życie roztrzaskało się na drobne kawałeczki. Szczęście? Czy kiedykolwiek tak naprawdę była szczęśliwa? Chyba nie… Jedna noc z nim. Jedna noc bez rozwagi… Mieli umowę, ale on i tak postanowił wrócić do jej życia, kiedyś. Nie wiedział jednak, że ta noc połączyła ich już na zawsze. Czy kiedyś jeszcze będą nierozważni razem? „Te vivo”. Czasami po prostu wiesz, że zakochasz się w danej historii. Wystarczy mała zapowiedź, a twoje serce już wyrywa się w jej kierunku. Czujesz niesamowite przyciąganie, a bycie cierpliwym staje się najtrudniejszym zadaniem na świecie. W końcu ta cierpliwość się kończy. Nie obchodzi cię nawet, że to któryś tom z serii i nie znasz treści poprzednich. Chcesz zakochać się jak najszybciej, więc rzucasz wszystko i czytasz. Tak właśnie było ze mną i „Bez rozwagi”. Kiedy poznałam Winter i Theo w „Bez skazy” od razu wiedziałam, że to ich historia będzie moją ulubioną. Przeczytałam pierwszy tom, później drugi, oba nawet dwa razy, i nie wytrzymałam. Pragnęłam oszaleć z tej miłości jak najszybciej, więc sięgnęłam po oryginał i faktycznie oszalałam. Wtedy jeszcze nie znałam treści trzeciego i piątego tomu, ale wiedziałam, że to nie ma znaczenia. Kiedy w grę wchodzi miłość po prostu wiesz. Teraz, kiedy przeczytałam już wszystkie tomy serii Chestnut Springs, niektóre więcej niż raz, mogę śmiało powiedzieć, że miałam rację. Kocham całą tę serię, ale „Bez rozwagi” najmocniej. Myślicie pewnie, że to zasługa tego przystojnego, troskliwego, cudownego kowboja. Tak, oszalałam na punkcie Theo. Jego czyny i słowa sprawiały, że po prostu się rozpływałam, ale moja ogromna miłość do tej historii to wina Winter, w większości oczywiście. Królowa lodu, która po prostu cierpiała. Złamana, skrzywdzona, nieszczęśliwa… Nie zaznała czułości, ciepła, miłości. A jej skrzydła? Podcięte… Lecz wtedy w jej życiu pojawiła się Vivi. Jej promień słońca. Największe marzenie. Miłość, której tak pragnęła. Kiedy czytając po raz pierwszy poznałam znaczenie imienia tej małej dziewczynki łzy zaczęły spływać po moich policzkach, a ja nie potrafiłam nad nimi zapanować. „It means ‘alive’ and, well . . . she made me feel alive again”. To złamało mi serce, za pierwszym i za drugim razem. Myślę, że nieważne ile razy sięgasz po daną książkę, bo jeśli jej fragment uderza w tą najczulszą strunę emocje zawsze się pojawią. Winter tak długo musiała czekać na to szczęście, miłość, ciepło i uśmiech. Niesprawiedliwe… A kiedy do jej życia niczym burza znów wpadł Theo? Znów mogła latać… Momenty, w których nazywał ją „Dzwoneczkiem”, rozśmieszał, troszczył się o nią i po prostu kochał uleczyły również moje złamane wcześniej serce. „Bo sprawiasz, że czuję się sobą…i jesteś jedyną osobą, której się to udało”. Na przestrzeni tych wszystkich tomów Winter bardzo się zmieniła, a obserwowanie tej przemiany było czymś cudownym. Dlaczego moja miłość do tej historii to w większości jej wina? Bo rozumiałam ją zbyt dobrze… Znalazłam w niej cząstkę siebie, tą niegdyś zagubioną. Emocje były silniejsze, a zakochanie się jeszcze łatwiejsze. Liczyłam jej uśmiechy, ale łzy też. W końcu pozwoliła sobie na chwile słabości, a to niezwykle ważne. A Theo? Była dla niej tak cudowny, że po prostu nie mogłam nie oszaleć na jego punkcie. Wcześniejsze doświadczenia nie pozwoliły jej wierzyć we wszystkie jego słowa, a on był tak cudownie szczery i śmiały. Kochał głośno, a dla swoich dziewczyn zrobiłby wszystko. „Zawsze będę cię bronił, Winter”. To jest bohater, dla którego traci się głowę w sekundę. Niezwykle czuły, radosny i odważny. Potrafię sobie wyobrazić ten zawadiacki uśmiech i błysk w oku. Gdybym była na miejscu Winter uległabym znacznie szybciej… Chemia między tą dwójką to po prostu był kosmos! Czasami miałam ochotę krzyczeć, ale były też momenty, zdania, gesty, które sprawiały, że traciłam głos, rozpływałam się, płonęłam. A to przekomarzanie się? Denerwowanie i podpuszczanie Winter? Boskie! Czytając tę serię zawsze bawię się doskonale. „Bez rozwagi” to historia, która nie tylko wywołała wzruszenie, ale przede wszystkim śmiech i wielki uśmiech. Rumieniec? Niejeden… Pragnienie? Ogromne! Przyspieszone bicie serca? Szalone! Ciepło w sercu? Niezwykle przyjemne… Motyle w brzuchu? Całe mnóstwo! Kocham tę historię tak bardzo! Ta seria to mój dom, do którego kocham wracać, kiedy rzeczywistość powoli traci wszystkie piękne kolory. Wracam, gdy potrzebuję uciec, lub gdy po prostu chcę, tęsknię. Chestnut Springs to jedno z moich najukochańszych miejsc w świecie książek i to się nigdy nie zmieni, jestem tego pewna. Kocham tę serię za ciepło, żarty Harvey’a, chwile wytchnienia, wspaniałą rodzinę, cudowną przyjaźń, miłość i te wszystkie rumieńce na policzkach. W moim sercu jest dla niej specjalne miejsce, a „Bez rozwagi” spośród wszystkich tych historii pozostanie tą najbardziej wyjątkową, ukochaną. Kocham i gorąco polecam!
Bez rozwagi. Chestnut Springs #4
Czy już wspomniałam, że uwielbiam książki Elsie Silver? To moje totalne odkrycie tego roku. „Bez rozwagi” to powieść, która wciąga od pierwszych stron. Jest przepełniona zawirowaniami oraz zwrotami akcji, co nie pozwala się przy niej nudzić. Ta delikatna, wrażliwa a jednocześnie pikantna historia. Winter to młoda lekarka, która uchodzi za nieczułą i oziębła osobę, oraz Theo- ujeżdżasz byków, który cieszy się sławą kobieciarza. Do czasu…. To co łączy te dwie dusze na początku historii to czyste pożądanie. Prowadzi to do jednej gorącej nocy, która niesie za sobą nieodwracalne konsekwencje, o których Theo dowiaduje się zdecydowanie za późno. Jednak mężczyzna staje na wysokości zadania i postanawia za wszelką cenę odciążyć Winter oraz nadrobić stracony czas nie tylko z córką. To jak bardzo czuły, troskliwy i opiekuńczy jest Theo rozwaliło mnie na łopatki. Swoim uporem wydobył z Winter tę iskierkę, która została przygaszona już w dzieciństwie. Myślałam, że motyw ciąży w książce nie będzie dla mnie, ale bardzo się myliłam. Śmiało mogę stwierdzić, że ta część jest moim numerem jeden jeśli chodzi o serię Chestnut Springs. Ta powieść z pewnością przypadnie do gustu miłośnikom romansów, którzy szukają w nich dojrzałych rozmów, szczerości oraz ogromu emocji.
Rzeki i jeziora. Polska z pomysłem
Jeśli lubicie spędzać czas nad wodą, to ta książka jest dla Was. Kolejna z serii Polska z pomysłem zabiera nas nad rzeki i jeziora. Podzielona jest na województwa i najładniejsze zakątki nad wodą. Trochę żal, bo nie ma Dunajca, który przepływa przez moją wioskę I też posiada piękne miejsca do wypoczynku, ale w końcu nie da się wszystkiego opisać w jednej książce. Wiadomo, że woda to nie tylko opalanie i kąpiele. To także mnóstwo innych atrakcji. Kajaki, windsurfung, SUP, wędkarstwo, rowerki wodne, żegluga i wiele, wiele innych sposobów na spędzanie czasu. Piękne wydanie, ciekawe informacje, nic tylko czytać i w drogę nad rzeki I jeziora.
Wyzwanie pachnące kawą. Garnitury Seattle #2
Jesteście #teamkawa czy #teamherbata? Ja poranek zawsze zaczynam filiżanką pysznej kawy. Dlatego też książka "Wyzwanie pachnące kawą" Nicole Snow, tak mi przypadła do gustu. To drugi tom cyklu Garnitury Seattle i naprawdę miło spędziłam z nią czas. I mimo prawie pięciuset stron, przeczytałam ją naprawdę szybko. To historia kojąca, otulająca i pachnąca kawą. Ale też historia, w której nie brak ognia. Bo znajdziecie w niej również, kilka gorących, naprawdę gorących scen. A pożądanie jakie wybucha między głównymi bohaterami, naprawdę jest hot. No i te dialogi, skrzące humorem, gorące i kawowe. Bo kawa jest tu wszechobecna. Element, który spaja wszystko w jedną całość. Jest to romans, bez wątpienia i to z gorącymi scenami, ale oprócz tego, to historia ciepła i otulająca. Ale nie brak w niej i traumatycznych wydarzeń i przeszłości, która powraca niespodziewanie. Mamy tu też wątek, nazwałabym go, kryminalny, jednak jest doskonale połączony z resztą i stanowią świetną całość. A jeśli chodzi o bohaterów to moją ulubienicą niewątpliwie jest Eliza, kawowa geniuszka, która swą niepokornością i ostrym języczkiem zaintrygowała Cola, kawowego potentata. Ależ między nimi iskrzyło. Bardzo mi się ta ich relacja podobała. Przeczytajcie, zakochacie się w niej tak jak ja. Gorąco polecam.
Żyj bez maski! Nowe spojrzenie na ADHD, autyzm i neuroodmienność
Ellie Middleton w swojej książce wprowadza czytelnika w świat neuroatypowości w sposób wyjątkowo osobisty, autentyczny i pozbawiony sztucznych filtrów. To nie jest poradnik z gotowymi receptami, ale szczery zapis doświadczeń osoby, która przez lata żyła bez świadomości swojej inności, próbując dostosować się do oczekiwań otoczenia kosztem własnego dobrostanu. Autorka dzieli się historią swojej późnej diagnozy ADHD i autyzmu, opisując moment, w którym odkryła, że „nie jest zepsuta” - po prostu inaczej odbiera i przetwarza rzeczywistość. To otworzyło jej drogę do leczenia traumy związanej z latami niezrozumienia i braku akceptacji. Książka jest nie tylko opowieścią o indywidualnej drodze do samoświadomości, ale też przewodnikiem po tym, jak spojrzeć na neuroodmienność bez uprzedzeń i krzywdzących etykiet. Middleton porusza ważne tematy: od maskowania i przebodźcowania, przez problemy z tożsamością, relacjami i funkcjonowaniem w miejscu pracy, aż po kwestie zdrowia psychicznego i przywileju urody. Z empatią wyjaśnia pojęcia często pomijane w literaturze popularnonaukowej, jak choćby aleksytymia, oraz krytycznie odnosi się do sformułowań takich jak „wysokofunkcjonujący autyzm” czy „cierpieć na ADHD/autyzm”. Wskazuje, że problem leży nie w samej neuroatypowości, lecz w braku dostosowania świata do różnych sposobów istnienia. Ogromnym atutem książki jest normalizacja doświadczeń - Middleton pokazuje, że nie trzeba być „geniuszem z Aspergerem” ani „artystycznym ADHDowcem”, by zasługiwać na szacunek i akceptację. Jej styl - chwilami przypominający wpisy w mediach społecznościowych - sprawia, że przekaz jest bezpośredni, lekki w odbiorze, a jednocześnie poruszający. Dla kogo jest ta książka? Dla osób neuroatypowych (z diagnozą lub w procesie samorozpoznania), które chcą lepiej zrozumieć swoje doświadczenia i znaleźć wsparcie. Dla osób, które podejrzewają u siebie ADHD lub autyzm i szukają łagodnego wprowadzenia do tematu, bez medycznego żargonu. Dla bliskich, partnerów, rodziców i przyjaciół osób neuroatypowych, którzy chcą stać się bardziej świadomymi i wspierającymi sojusznikami. Dla specjalistów pracujących w edukacji, psychologii czy HR, którzy chcą poszerzyć swoje spojrzenie o perspektywę osoby z „wnętrza” tematu. Dla każdego, kto kiedykolwiek czuł, że „coś z nim jest nie tak”, mimo że wkładał ogromny wysiłek w dopasowanie się do norm społecznych. „Żyj bez maski!” to lektura, która odbarcza, dodaje odwagi i zachęca do autentyczności. Nie naprawia ludzi - pokazuje, że nie ma czego naprawiać.