Recenzje
Falochrony
Do pióra Zuzanny Bandosz podeszłam z bardzo pozytywnym nastawieniem. Słyszałam o jej książkach naprawdę wiele dobrego, więc już od dłuższego czasu chciałam zapoznać się z jej twórczością. W końcu przyszła idealna okazja - premiera ,,Falochronów", więc czym prędzej zabrałam się za lekturę. Czy książka zachwyciła mnie tak bardzo, jak na to liczyłam? Tego dowiecie się w dalszej części recenzji. Przede wszystkim książce nie można odmówić tego, że ma genialny klimat i jest idealną lekturą na lato. Przez strony powieści możemy wręcz poczuć morską bryzę oraz promienie słońca. Z pewnością ten efekt podbił zawarty tu motyw surfowania, który został opisany naprawdę genialnie. Jeśli będziecie chcieli poczuć nutkę wakacji już po powrocie do szkoły, to ta powieść świetnie się sprawdzi. Zamysł na fabułę od razu mi się spodobał. Przyjaciele z dzieciństwa chcą wykorzystać w stu procentach ostatnie wakacje przed dorosłością - chcą zrobić to, czego się boją, popełniać błędy i po prostu żyć. Czy to nie brzmi genialnie? Po takim opisie nastawiłam się względem tej powieści bardzo pozytywnie, jednak finalnie nieco się zawiodłam. Przede wszystkim nie liczcie tu na niesamowicie wartką akcję. Jest to raczej jeden z tych tytułów, który pozwoli wam zatrzymać się na moment i zatracić w niesamowitym klimacie. To jak najbardziej wywarło na mnie dobre wrażenie. Zarzuty mam natomiast do innego, bardzo ważnego aspektu książki. Niestety zabrakło mi tutaj chemii między głównymi bohaterami. Miałam wrażenie, że ich relacja była mdła. W tym wszystkim zdecydowanie nie pomagał fakt, że Matthias absolutnie nie dał mi się polubić jako bohater. Zdecydowanie nie spodobało mi się to, jak traktował główną bohaterkę, bo w tym wszystkim wydał mi się wręcz toksyczny. Ponadto odniosłam wrażenie, że relacji Matthiasa i Grace zabrakło jakiejkolwiek głębi. Moim zdaniem została opisana dość powierzchownie, a uczucia pojawiły się tak naprawdę z nikąd. Przez to ich więź odebrałam jako niewiarygodną, co odebrało mi radości z lektury. Podsumowując - ,,Falochrony" to książka, która idealnie sprawdzi się na ostatnie dni wakacji. Jeśli macie ochotę poczuć letnią aurę za pomocą powieści, to ta pozycja genialnie się sprawdzi. Myślę, że szczególnie może się ona spodobać fanom pióra Marty Łabędzkiej, bo poczułam, że twórczości tych dwóch aktorek mają ze sobą wiele wspólnego. Nie można jednak zaprzeczyć, że w moich oczach ten tytuł nie wypadł nieskazitelnie i znalazłam w nim wiele negatywów, które niestety zaniżyły moją ocenę. Nie wykluczam jednak, że dam książkom autorki drugą szansę, bo z chęcią zapoznam się z jej poprzednio wydanymi powieściami.
Z masażem Ci do twarzy. Poznaj naturalne metody dbania o swoją urodę
Karolina Mazgaj, znana w mediach społecznościowych jako @Mazgajevska, w swojej książce "Z masaż Ci do twarzy" pokazuje, jak w świadomy i bezpieczny sposób włączyć automasaż do codziennej pielęgnacji. Autorka przedstawia techniki wykonywane dłońmi, a także z wykorzystaniem rollera, kamienia gua sha czy bańki chińskiej. Nie pomija również tematu estetycznego kinesiotapingu. Dużo miejsca poświęca mapie napięć twarzy, zwracając uwagę na to, że wygląd naszej twarzy może być powiązany z napięciami i postawą całego ciała. To zachęta do bardziej uważnej obserwacji własnych nawyków i sygnałów, jakie wysyła nam organizm. Ogromnym plusem publikacji są liczne fotografie, które ułatwiają prawidłowe odtworzenie poszczególnych technik. Sama instrukcja mogłaby nie być wystarczająca, dlatego wizualne przedstawienie kolejnych etapów zdecydowanie podnosi wartość praktyczną książki. Na uwagę zasługuje również estetyczne i przejrzyste wydanie, dzięki któremu korzystanie z poradnika jest wygodne i przyjemne. To wartościowa propozycja dla osób zainteresowanych naturalnymi metodami pielęgnacji, automasażem i świadomym dbaniem o siebie. Szczególnie poleciłabym ją tym, którzy chcą zacząć od prostych, codziennych rytuałów i wypracować dobre nawyki pielęgnacyjne.
Malbat znaczy grzech
Drogi Czytelniku... Na wstępie chcę zaznaczyć, iż jest to powieść skierowana raczej do pełnoletnich miłośników literatury, ponieważ zawiera wulgaryzmy, przemoc i sceny erotyczne. Strach? Obecny. Charyzmatyczne persony? Są. Grzechy i grzeszki? Tak... Przekręty? Będą. Walka? Oczywiście. Przyciąganie? Nieustannie. Niebezpieczeństwo? Cały czas. Tajemnice? Nie obędzie się bez nich. Trudne decyzje? Jasne. Więzienie? Cóż... Przeszłość? Ciągnie się... Poświęcenie? Niestety. Mafia? Możliwe... Przemoc? Cóż... Między innymi właśnie to serwuje nam Zuzanna Gromadzińska w swojej najnowszej książce pod tytułem „Malbat znaczy grzech”. Jaki osiągnęła efekt? By poznać odpowiedź na to pytanie odsyłam do lektury książki. Jest to tom trzeci tom cyklu Malbat. Na pewno zastanawiacie się jakie są moje odczucia po lekturze. Już odpowiadam. Po pierwsze, bohaterowie. Ponownie są dobrze wykreowani, interesujący i bardzo zróżnicowani. Czy kogoś polubiłam? Tak, tylko Alice, nad czym ubolewam. Alice to silna dziewczyna, na którą w krótkim czasie wiele 'spadło' i się nie poddała, tu wreszcie udało jej się skraść moją sympatię (lepiej późno niż wcale). Nic więcej oczywiście nie zdradzę. Napiszę tylko tyle, że pewne persony chciałam po prostu udusić, w życiu nie wybaczyłabym im tego co zrobili... Wspaniale było po raz trzeci przenieść się do świata Alice, Christiana, Benny'ego, Liama, Alberta, Nancy, Benjamina, Rachel, Astrid, Eleny, Edwarda, Patricii, Axela, Gustava, Sofie i innych. Po drugie, fabuła. Nie chcę nikomu zdradzać tu szczegółów, jednak powiem, że to nie jest prawdziwy rollercoaster, przynajmniej dla mnie. Akcja rozkręca się swoim tempem, niewymuszenie, choć z czasem nieco przyśpiesza. Ciągle coś się dzieje. Autorka serwuje nam emocje sporymi porcjami. Nie brakowało mi tu zaskakujących zwrotów akcji oraz wywoływania w nas skrajnych uczuć i problemów, którymi obarczone są na każdym kroku nasze persony, zwłaszcza Alice. Po trzecie, styl. Książka, mimo tematyki, którą porusza, napisana jest lekko i dość przyjemnie dla oka, dzięki czemu czyta się ją bardzo szybko, łatwo i przyjemnie. Daję za to plusika. Po czwarte, układ. Historię poznajemy z dwóch perspektyw, Alice i Christiana. Jak zawsze pochwalam i cieszę się z tego typu narracji. To uzupełnia wątki. Historia dzięki temu była pełniejsza. Przyznaję za to plusika. Po piąte, zakończenie. W przypadku tego tomu również warto do niego dotrzeć. Znów pozostawia lekki niedosyt (kilku rzeczy jeszcze moglibyśmy się tu dowiedzieć). Nie do końca właśnie takiego się spodziewałam i to było w nim fajne. Leci za to plusik. Powieść nie do końca jest lekką lekturą do poduszki. Opowieść pokazuje, że rodziny nie da się wycenić. Książka, jak jej poprzedniczki, praktycznie czyta się sama. Historia nawet wciąga i sprawia, że chce się być częścią życia (choć momentami dość niebezpiecznego) naszych bohaterów i nie opuszczać go aż do ostatniego zdania. Autorce bardzo dziękuję za i tę przygodę w tym uniwersum. Nawet fajnie (myślę, że lepiej niż przy poprzednich tomach) spędziłam czas podczas tej lektury, naprawdę lubię takie klimaty. Nie wiem tylko czy sięgnę po kolejny tom (jeśli powstanie)... Ogólna ocena - 5/6. :) POLECAM, POLECAM. Warto po nią sięgnąć.
Opos Schrödingera. Jak zwierzęta przeżywają i rozumieją śmierć
Książka hiszpańskiej filozofki Susany Monsó to niezwykle oryginalna i ożywcza lektura, która rzuca wyzwanie anthropocentrycznemu spojrzeniu na świat natury. Autorka bierze na warsztat temat powszechnie uznawany za wyłączną domenę człowieka - świadomość śmierci. Tytułowa metafora oposa, który w obliczu zagrożenia perfekcyjnie symuluje własny zgon, staje się punktem wyjścia do fascynujących rozważań nad tym, jak zwierzęta postrzegają i doświadczają kresu życia. Monsó w mistrzowski sposób łączy rzetelną wiedzę z zakresu etologii i neurobiologii z filozoficznym zacięciem. Autorka odrzuca skrajności: z jednej strony sprzeciwia się protekcjonalnemu przekonaniu, że zwierzęta żyją wyłącznie w „wiecznym teraz”, z drugiej zaś unika naiwnego przypisywania im wyłącznie ludzkich koncepcji metafizycznych. Zamiast tego przedstawia spójną, logiczną teorię „koncepcji śmierci”, pokazując, że zdolność jej pojmowania jest kluczowym elementem ewolucyjnego przetrwania. Dużym walorem tej pozycji jest sposób prowadzenia narracji - autorka pisze z lekkością, lekki humorem i głęboką empatią. Przykłady ze świata zwierząt, od zachowań żałobnych u waleni i słoni po specyficzne reakcje owadów, są opisane w sposób niezwykle plastyczny i wciągający. Zamiast suchego, akademickiego wywodu czytelnik otrzymuje pasjonującą opowieść, która zmusza do przewartościowania dotychczasowych poglądów na relacje międzyludzkie i międzygatunkowe. „Opos Schrödingera” to wyjątkowa publikacja, która zostaje w głowie na długo po lekturze. To lektura obowiązkowa dla miłośników przyrody, pasjonatów psychologii oraz każdego, kto chce poszerzyć swoje horyzonty i zrozumieć złożoność emocjonalną otaczającego nas świata. Gorąco polecam - ta książka naprawdę zmienia perspektywę!
Szef na jedną noc
" Wiesz, to jest coś, co po prostu czujesz, a nie umiesz tego nazwać. Tego rodzaju dopasowanie nie zdarza się często, a my je mamy. " Jaka jest Waszą praca marzeń? A może już ją macie? Elea Thompson marzyła o stażu w firmie Starling & Partners. W końcu się udało! To dla niej wielka szansa i jest gotowa dać z siebie wszystko. Świadoma swoich umiejętności, pewna siebie i mocno zmotywowana, już pierwszego dnia spotyka swojego nowego szefa. Jak wielkie jest jej zdziwienie, gdy okazuje się, że z tym właśnie mężczyzną miała okazję przeżyć upojną noc dwa lata temu. I do tej pory o tym nie zapomniała... Nicolasowi Starlingowi nikt nie odmawia, a już napewno nie zostawia go samego w pokoju hotelowym, zostawiając karteczkę z napisem "Dziękuję". Ta kobieta wywróciła jego świat do góry nogami, po niej nikt już nie był wystarczający. Arogancki szef, który sięga po to, na co ma ochotę, spotyka swoją zgubę we własnej firmie, bo ta okazuje się być jego nową stażystką. I reaguje na nią równie mocno, co tamtej nocy... Relacja pomiędzy Eleą, a Nicolasem rozwija się naprawdę szybko. Oboje są świadomi buzującego w nich napięcia i pożądania, przy czym serwują nam kilka pikantnych scen. Mogłoby się wydawać, że to przelotny romans biurowy. Ale z czasem ich historia nabiera głębi. W skutek pewnych intryg oraz manipulacji główną bohaterkę spotyka krzywda, a jej związek z Nicolasem sypie się niczym domek z kart. Wtedy właśnie okazuje się, że tę dwójkę łączyło coś więcej niż namiętne zbliżenia. Że w czasie ich spotkań i rozmów zaczęli czuć coś pięknego, co kiełkowało w ich sercach, ale było zbyt kruche, żeby wyciągnąć to na światło dzienne. I tutaj przyznaję szczerze - Nicolas zaimponował mi ogromnie. Z pewnego siebie, aroganckiego mężczyzny na wysokim stanowisku, który dzierży władzę i nie zawaha się jej użyć, stał się kimś, kto zaczął się starać. Kto marzył, żeby naprawić swój błąd i odzyskać kobietę swojego życia. Pokazał nam siebie jako zakochanego człowieka, który walczy o szansę i chociaż skrawek zaufania. Jestem pod wrażeniem jego przemiany oraz tego, że potrafił schować dumę do kieszeni. Okazać bezbronność. Otworzyć się, przyjąć krytykę, a przede wszystkim wyciągnąć wnioski ze swoich błędów. Końcówka książki była naprawdę przyjemną wisienką na torcie. Uśmiechałam się jak szalona, serducho biło mi w szybszym rytmie i gdybym mogła, to zaczęłabym piszczeć. Jestem naprawdę usatysfakcjonowana tym zakończeniem. Elea, wcześniej będąca trochę z boku, jak to stażystka w nowej firmie, dostała skrzydeł i pokazała nam najlepszą wersję siebie. Wcześniejsze wydarzenia i ją dużo nauczyły, przez co kobieta zaczęła walczyć o to, czego pragnie, będąc bardziej świadoma swoich potrzeb. Zaś Nicolas wziął na klatę swoje porażki i wyciągnął z nich cenną lekcję pokazując, że zakochany mężczyzna jest zdolny do samych wspaniałych rzeczy. Oboje, jako para, w tak krótkim czasie przeszli wiele, ale to tylko wzmocniło fundamenty ich związku sprawiając, że stali się po prostu...szczęśliwi. "Szef na jedną noc" to historia pełna pikanterii i namiętności, ale przede wszystkim pokazująca, że warto walczyć o miłość, pasję i samych siebie. To książka o dawaniu drugiej szansy, o trudnych wyborach i zmianach. O tym, że czasem nie doceniamy, jakie szczęście mamy pod nosem, dopóki tego nie stracimy. I zdecydowanie warta przeczytania.