Recenzje
Dług Josephine. W kajdanach lojalności
Josephine Byrnes, po tym jak jej brat, trafił do więzieni@, musi sobie jakoś poradzić. Opieka nad dwoma pozostałymi braćmi, którzy zaczynają stwarzać buntownicze problemy, aby mieć na wszystko pieniądze, pracuje aż w trzech miejscach pracy. Dla Josephine, jednak pojawia się szansa a jej brat może zostać oczyszczony z zarzutów i wcześniej wyjść na wolność. James Vanderbilt, składa jej propozycję układu; udawanie związku. Bardzo dobrze, że cały wątek w wersji slow burn. Josephine jest bardzo waleczna, nie da się jej nie współczuć, poznając jej przeszłość, która ukazuje się bardzo bolesna. Bracia są dla niej najważniejsi. Pomimo codziennej walki, w środku cała się męczy i powoli rozpada. Bardzo podobało mi się, że razem z Damienem, odbudowali swoje przyjacielskie relacje i mieli w sobie wsparcie. Jamesa z początku nie polubiłam, jakoś mi nie pasował ale z każdym poznaniem zyskiwał. Jego relacja z Josephine z początku była stonowana i naturalna. James to bardzo dobry i pełen spokoju mężczyzna. Pomimo, że ona odrzucała jego pomoc, on i tak się starał i robił wszystko z gestem. Widzimy załamanie, jakiego doświadczają Damien i June, po tajemniczym zniknięciu Grace. Kompletnie nie rządzą sobie z taką startą i ciągłym bólem. Od książki nie mogłam się oderwać, przeczytałam ją w jeden dzień. Zaskoczyłam się wiele razy, przeżywając moc emocji i losy bohaterów. Mocno kocham tą serię, staram się nie myśleć co może być dalej...
Hokej, duma i uprzedzenie
Ich pierwsze spotkanie jest absurdalnie zabawne i rodzi wiele pytań. A jednak Lizzy chciała pomóc Tuckerowi, a przy okazji wykorzystać go przy tym i wyjść za niego za mąż, by potem zostać wdową, gdy on wróci do swoich czasów. To brzmiało jak plan idealny. Próby dojścia do tego, jak funkcjonują ich światy były zabawne, ale i autentyczne. A gdzieś po drodze wkradło się między nimi prawdziwe uczucie, dzięki któremu pielęgnowali swoją więź i rozkwitali przy sobie. Obydwoje często ukrywali swoje uczucia, ponieważ czuli się niezrozumiani. Tucker widział w Lizzy to, jaka naprawdę była. Nie te powierzchowność, czy zewnętrzny wygląd, ale jej piękne wnętrze i marzenia. Jemu samemu udało się zatrzymać na chwilę, przestać pędzić i rozkoszować się okolicą. Cały czas przewija się tu tematyka literatury, pisarskich ikon, czy samej postaci Jane Austen - dokładnie tej. A na dodatek jest ona przyjaciółką naszej Lizzy. Mamy też elementy ukazujące trudy tych lat, a język, kostiumy, czy krajobraz idealnie komponują się w czasy regencji. Uwielbiam, jak Lizzy nazywała Tuckera „Pan Taylor." Jestem fanką pomysłu na fabułę, ale i samego zakończenia. To prosta pełna humoru historia ukazująca jak wiele i jednocześnie niewiele zmieniło się w przypadku pozycji kobiet. Bałam się, jak zakończy się historia Lizzy i Tuckera, ale zostałam usatysfakcjonowana. Staram się nie myśleć o ewentualnych konsekwencjach, bo tak, jak jest teraz, jest dobrze. Los połączył Lizzy i Tuckera
Regret Me Not
Vegas i przypadkowy ślub po alkoholu oraz facet, który od dwóch lat nadal traktuje tę relację serio? No przepraszam bardzo, ja w to weszłam OD RAZU 😏🔥 Cove i Cal to totalne przeciwieństwa. Ona jest chaotyczna, spontaniczna, żyjąca chwilą i uciekająca od problemów szybciej niż od niewygodnych rozmów. A on jest poukładany, spokojny, elegancki pan księgowy, który wygląda jak człowiek mający zaplanowane nawet oddychanie. I właśnie ta różnica charakterów była dla mnie jednym z najmocniejszych elementów tej historii. Ich dialogi miały fajny flow, chemia była wyczuwalna praktycznie od początku, a między nimi czuć było takie przyjemne napięcie w stylu: okej… oni ewidentnie nie są sobie obojętni😏 Nie obyło się bez zgrzytów. W pewnym momencie naprawdę zaczęło mnie męczyć to ciągłe podważanie przez nich oboje, czy ta relacja w ogóle coś znaczy. Ich zachowanie wobec siebie praktycznie od początku mówiło samo za siebie, chemia była oczywista, troska też, a mimo to Cove uparcie próbowała wmówić sobie, że to wszystko nic nie znaczy. I okej, rozumiem lęk przed zaangażowaniem, ale chwilami było tego po prostu za dużo. Do tego końcówka…miałam moment, gdzie emocjonalne domykanie historii trwało już trochę za długo i lekko uciekło tempo. Mimo to naprawdę dobrze się przy tej książce bawiłam. To nie jest historia, która wywróci romansowy świat do góry nogami ale jest idealna, kiedy chcemy czegoś romantycznego, ciepłego i z bohaterem, który wzdycha bardziej czynami niż słowami 😏
Regret Me Not
Od Ludki przeczytam chyba wszystko, a każda jej historia będzie mi się podobać tak samo bardzo jak poprzednia, albo i nawet bardziej! Za każdym razem od samego początku zatracam się w historiach jakie pisze dla nas autorka i za każdym razem jestem w nich po prostu zakochana, więc na pewno nikogo nie zdziwi fakt, że i „Regret me not” od samego początku mi się spodobało, a ja w każdej wolnej chwili po prostu czytałam kolejne rozdziały! Styl Ludki, niezmiennie jest wciągający, a zarazem postaje lekki i przyjemny w odbiorze. Przez „Regret me not” po prostu przepłynęłam, bo nim się obejrzałam przeczytane miałam już 100 stron, nieco pózniej kolejne, a wydawać by się mogło, że po chwili czytałam już epilog! Sam pomysł na fabułę wyszedł autorce świetnie, przypadkowy ślub, później mieliśmy fake dating, połączone ze świetnym klimatem jaki stworzyła Ludka w swojej książce. Oczywiście nie obyło się bez dramatów, czy przeciwności losu, jakie stawały na drodze do siebie nawzajem naszym bohaterom, ale całość była po prostu świetna i bawiłam się na niej po prosu świetnie! Autorka za każdym razem pisze takich bohaterów, że ich nie da się nie lubić. Było tak oczywiście w przypadku Astry, którą mieliśmy okazje poznać już trochę w „Forget me not”, ale też i w przypadku Carla, który był takim trochę gburkiem, ale w głębi, był po prostu od dwóch lat szaleńczo zakochany w swojej żonie. Ich relacja mimo, że czasami nieco burzliwa i pełna nieporozumień, była naprawdę piękna i chętnie poczytałabym o nich jeszcze kilka dodatkowych rozdziałów!
W jego rękach. Iluzja
Nie wiem, jak Kathreen Bennett to zrobiła, ale „W jego rękach. Iluzja” to jedna z tych książek, które człowiek kończy i przez następne kilka dni dalej żyje tą historią. Czytałam ją jeszcze na Wattpadzie i już wtedy pamiętam, że totalnie przepadłam. To było jedno z tych opowiadań, na które serio się czekało, odświeżało aplikację jak szaleniec i potem siedziało z emocjonalnym chaosem po nowych rozdziałach. Dlatego kiedy dowiedziałam się, że książka dostaje papierowe wydanie, wiedziałam, że MUSZĘ ją przeczytać jeszcze raz. I szczerze? Ta historia dalej robi na mnie ogromne wrażenie. Przede wszystkim uwielbiam klimat tej książki. Jest ciężki, duszny, momentami wręcz niepokojący i właśnie dzięki temu tak bardzo wciąga. Tutaj praktycznie od początku czuć, że nic nie będzie bezpieczne ani spokojne. Nawet zwykłe rozmowy między bohaterami mają w sobie napięcie. Czytając, cały czas miałam wrażenie, że coś zaraz się wydarzy, że za chwilę wszystko wybuchnie i właśnie to sprawiało, że nie potrafiłam odłożyć tej książki. Bardzo podobało mi się też to, że autorka nie poszła w typowy schemat mafijnego romansu, gdzie cała fabuła opiera się wyłącznie na atrakcyjnym mafiosie i spicy scenach. Tutaj naprawdę była historia. Były emocje, tajemnice, manipulacje, stres i ciągłe poczucie zagrożenia. Mafia była faktycznie obecna w tej książce, a nie wrzucona tylko po to, żeby bohater wyglądał bardziej „hot”. Świat Collina wydawał się brutalny, chłodny i niebezpieczny, dzięki czemu wszystko było dużo bardziej realistyczne i angażujące. Ayleen bardzo polubiłam praktycznie od pierwszych rozdziałów. Była normalna. I właśnie to sprawiło, że tak dobrze mi się ją śledziło. Nie była niezniszczalną bohaterką, która niczego się nie boi i zawsze ma ciętą ripostę na wszystko. Była zagubiona, zestresowana i momentami przerażona tym, w co się wpakowała. Jej sytuacja z chorą mamą naprawdę dodawała emocji całej historii i sprawiała, że można było zrozumieć jej decyzje. To nie była bohaterka wrzucona do fabuły tylko po to, żeby kręcić romans z mafiosem. Ona miała swoje problemy, emocje i motywacje, które były bardzo dobrze pokazane. I serio, ogromny plus za to, że autorka nie zrobiła z niej irytującej postaci. Bo przy dark romance często mam problem z głównymi bohaterkami, które zachowują się totalnie nieracjonalnie tylko dla dramy. Tutaj emocje Ayleen były naturalne i dzięki temu dużo łatwiej było się z nią zżyć. No i Collin… Ten człowiek to definicja red flagi w najdroższym możliwym wydaniu. Brutalny, kontrolujący, niebezpieczny, momentami wręcz przerażający, a mimo to każda scena z nim przyciąga uwagę jak magnes. I właśnie to było w nim najlepsze. Nie został napisany jako „grzeczny mafioso”, który tylko udaje groźnego. Od początku było czuć, że to człowiek zdolny do naprawdę złych rzeczy. I dzięki temu relacja między nim a Ayleen miała taki klimat ciągłego napięcia i niepewności. Autorka bardzo dobrze poprowadziła ich relację. Nic nie działo się za szybko, nic nie wydawało się sztuczne. Była fascynacja, strach, przyciąganie i emocjonalny chaos. Momentami sama nie wiedziałam, czy bardziej chcę, żeby Ayleen od niego uciekła, czy żeby została przy nim jeszcze dłużej. I właśnie takie relacje najbardziej lubię czytać w dark romance. Toksyczne? Tak. Wciągające? Jeszcze bardziej. Mega podobało mi się też to, jak autorka budowała napięcie w dialogach. Czasami wystarczała zwykła wymiana zdań między bohaterami i już było czuć ten ciężar emocji. Naprawdę dawno nie czytałam książki, w której chemia między bohaterami byłaby aż tak wyczuwalna praktycznie przez cały czas. Styl autorki też bardzo przypadł mi do gustu. Książkę czyta się szybko i lekko, rozdziały dosłownie same lecą. To jest jeden z tych stylów, przy których człowiek nawet nie zauważa, kiedy przeczytał kolejne sto stron. Nie ma niepotrzebnych opisów ciągnących się w nieskończoność, wszystko jest dynamiczne i dobrze poprowadzone. Bardzo łatwo było wczuć się w klimat całej historii. I szczerze? Czytając wersję papierową, miałam ogromny sentyment do czasów, kiedy czytałam tę historię na Wattpadzie. Pamiętam emocje przy czekaniu na nowe rozdziały i dokładnie pamiętam, jak bardzo ta historia potrafiła siedzieć w głowie. Dlatego mega cieszę się, że dostała wydanie papierowe, bo naprawdę uważam, że zasłużyła na dużo większy rozgłos. Bardzo lubię też to, że książka mimo darkromansowego klimatu nie próbowała na siłę szokować co kilka stron. Wszystko było tutaj wyważone. Były mocniejsze momenty, było napięcie, były emocje, ale autorka cały czas trzymała balans między romansem, mafią i fabułą. Dzięki temu historia nie stała się monotonna i cały czas coś się działo. Naprawdę bardzo dobrze bawiłam się podczas czytania tej książki i totalnie rozumiem, dlaczego tyle osób ją pokochało jeszcze na Wattpadzie. Jeśli lubicie mafijne dark romance z cięższym klimatem, morally grey bohaterów, dużo napięcia i relację, która od początku aż ocieka problemami psychicznymi i niebezpieczną fascynacją, to serio polecam dać tej historii szansę 🖤 Dla mnie „W jego rękach. Iluzja” to jedna z tych książek, które po skończeniu dalej siedzą w głowie i sprawiają, że człowiek przez kilka dni nie potrafi zacząć niczego nowego, bo nadal myśli o bohaterach.