Recenzje
Po szychcie. Życie w cieniu przemysłu. Opowieść o Górnym Śląsku
Górny Śląsk - centrum... właśnie, czego? Rozwoju? Zanieczyszczeń? Przemian? Kontrastów? Wiele można o nim powiedzieć: miejsce, w którym historia przemysłu miesza się z codziennym życiem ludzi, a tradycja przeplata się z nowoczesnością. Jeśli temat Was ciekawi, sięgnijcie po książkę Beaty i Pawła Pomykalskich. To opowieść o ludziach i przestrzeniach, które kształtowały i wciąż kształtują region. Książka zabiera nas do familoków, kopalni i hut, pokazując codzienną, ciężką pracę ludzi, którzy przez dekady budowali Górny Śląsk. Autorzy pokazują życie w cieniu przemysłu - niebezpieczne, wymagające nadludzkiego wysiłku, a jednocześnie tworzące więzi i lokalną tożsamość. Wkraczamy też do miast, obserwujemy, jak region zmienia się po upadku przemysłu ciężkiego: od rolniczych krajobrazów, przez dymiące fabryki, po modernizujące się miasta i wyjątkowe przestrzenie techniczne, które dziś inspirują nowych twórców. Czyta się ją z niesłabnącym zaangażowaniem. Historie pojedynczych osób splatają się tu z wielką historią regionu. To opowieść o upadku i odbudowie, o stereotypach i nadziei, o ludziach, którzy potrafią wykorzystać przemysłowe dziedzictwo, by tworzyć coś niezwykłego. Porusza tematy istotne, a często pomijane w innych opracowaniach, ukazując Górny Śląsk w szerokiej perspektywie. Za uwagę zasługuje też język autorów - wrażliwy, pełen empatii, oddający głos mieszkańcom. Pozwala nam poznać ich historie i codzienne zmagania, a jednocześnie zrozumieć przemiany całego regionu. To lektura pełna refleksji i inspiracji, wyjątkowo wartościowa - zdecydowanie polecam.
Do wesela się zagoi
Po książki autorki chciałam sięgnąć już od dawna i w końcu nadarzyła się idealna okazja. Byłam naprawdę bardzo miło zaskoczona tą historią, bo dostałam dokładnie to, na co miałam ochotę. Ciekawy, lekki romans, który wciąga i sprawia ogromną przyjemność podczas czytania. Przede wszystkim bardzo polubiłam bohaterów. Nasza główna bohaterka Sutton jest naprawdę szalona w tym najlepszym możliwym znaczeniu. To dziewczyna odważna, pomysłowa i pełna energii. Nie boi się żadnej pracy i w swoim życiu robiła już naprawdę wiele rzeczy. Kiedy pojawia się okazja, potrafi nawet przebrać się za dinozaura na imprezie i właśnie od tego dinozaura zaczyna się tak naprawdę bardzo dużo w tej historii. Jest też wyjątkową osobą z jeszcze jednego powodu. Zaadoptowała swoją siostrzenicę i to właśnie dziewczynka jest jej największą motywacją do działania. Sutton chce zapewnić jej jak najlepsze życie i warunki, dlatego nie boi się podejmować żadnych wyzwań. Z drugiej strony mamy Hugh, który jest jej całkowitym przeciwieństwem. To człowiek raczej wycofany, spokojny i zamknięty w sobie. Jest bardzo uporządkowany, stonowany i zdecydowanie bardziej zdystansowany niż nasza bohaterka. Już ich pierwsze spotkanie pokazuje, że raczej nie będzie im łatwo się dogadać, bo wychodzi ono bardzo niezręcznie i krępująco. Los jednak sprawia, że będą musieli połączyć siły. Ich najbliżsi przyjaciele biorą ślub, a oni mają zostać świadkami, więc wspólna organizacja wesela jest nieunikniona. To oznacza dużo czasu spędzonego razem, a co za tym idzie także sporo zabawnych i niezręcznych sytuacji. Dzięki otwartości głównej bohaterki ta relacja zaczyna się stopniowo zmieniać. Dziewczyna jest bardzo bezpośrednia, ciepła i po prostu nie da się jej nie lubić. Powoli zaczyna więc docierać do Hugh i przełamywać jego mur. Bardzo podobało mi się to, jak naturalnie rozwija się ich relacja. Wszystko dzieje się spokojnie, krok po kroku. Nic nie jest przesadzone ani wymuszone i właśnie dlatego tak przyjemnie obserwuje się to, co rodzi się między bohaterami. Dodatkowo ich uczucie jest pełne ciepła, dobrego humoru, zrozumienia i wzajemnego szacunku. To sprawia, że ta relacja jest naprawdę piękna i daje ogromną przyjemność podczas czytania. Ogromnym plusem jest także narracja z dwóch perspektyw. Dzięki temu możemy poznać myśli, przemyślenia i emocje zarówno jej, jak i jego, co pozwala jeszcze lepiej zrozumieć bohaterów i jeszcze mocniej przeżywać ich historię. Cała książka bardzo mi się podobała. Jest lekka, humorystyczna, ciepła i niezwykle otulająca. Czytało mi się ją naprawdę cudownie i dosłownie płynęłam przez kolejne strony. Dodatkowym plusem jest także styl autorki, który jest bardzo wciągający i niezwykle przyjemny w odbiorze. Na pewno sięgnę po kolejne jej książki, bo jestem zachwycona tą historią. To naprawdę cudowna, pełna ciepła opowieść, którą z całego serca polecam. 💚🩵
Król Umbry. Przeklęte królestwo Vinculi #1
Nie jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki, bo miałam już okazję przeczytać „Bezwzględnie twój” - tytuł, który zbierał bardzo mieszane opinie ze względu na fabułę skoncentrowaną głównie na… hm, TEJ FABULE (spicy). Jak być może pamiętacie, mi się nawet podobało, więc byłam ciekawa „Króla Umbry”, zaczynającego zupełnie nową serię Jamie Applegate Hunter. I muszę przyznać, że bardzo pozytywnie się zaskoczyłam. Po pierwsze - jest fabuła! (I mam tu na myśli tę, której brakowało w poprzedniej książce. I tak, ta druga też jest :D) Może nie jakoś mocno rozbudowana i wielowątkowa, ale sam pomysł na nią uważam za naprawdę oryginalny - no bo słuchajcie: główna bohaterka widzi kolory dusz. I po tym, kiedy jest niemal naocznym świadkiem zab0jstwa swojej siostry bliźniaczki, postanawia wymierzać sprawiedliwość na własną rękę i z zimną krwią m0rduje wszystkich, którzy mają czarną duszę. Czyli osoby pozbawione jakiejkolwiek moralności i skrupułów. Takie, które po śmi3rci nie mają żadnej szansy na odkupienie. A kto ma szansę? Ci, których dusza jest przynajmniej w odcieniach szarości. Tak jak Rory. Kiedy zostaje uznana za winną kilkunastu m0rderstw, dziewczyna trafia do Królestwa Umbry - miejsca, w którym zesłani odsiadują swój wyrok za popełnione przestępstwa. Lata spędzone w wiecznej ciemności mają być wystarczającą karą, ale to nie wszystko… Ci, którzy wracają z Umbry do prawdziwego życia, nie pamiętają spędzonych w niej chwil. Są pozbawieni wszystkich wspomnień. Przyznajcie sami - to brzmi GENIALNIE. Nie czytałam jeszcze fantastyki z podobną fabułą, więc pierwszą połowę książki pochłonęłam w zasadzie na raz. Miała swój mroczny i tajemniczy klimat, do tego badass bohaterkę i dynamiczną akcję, która nawet nie miałam pojęcia, w jaką stronę zmierza. I moja ciekawość utrzymała się mniej więcej do momentu, w którym zaczęła rozwijać się relacja romantyczna… A szkoda, bo ona też miała ogromny potencjał. Dziewczyna, która pozbywała się czarnych dusz i Król Krainy, do której trafiali przestępcy z tymi o odcieniach szarości. Miałam nadzieję, że będzie to trochę bardziej slow burn, biorąc pod uwagę początek relacji bohaterów, ich wzajemną niechęć do siebie i nieustanne próby sił. Ta dynamika była super, dopóki nie pojawiła się pierwsza spicy scena i nagłe uczucia, po których zarówno Caius, jak i Rory szybko zapomnieli o swoich pierwotnych planach i powodach, dlaczego powinni unikać swojego towarzystwa. Ja wiem, że to lekka fantastyka i może gdyby fabuła od początku wydawała się taka jak w poprzednim tytule, wybaczyłabym jej więcej, ale JAK MOŻNA BYŁO ZMARNOWAĆ TAKI POTENCJAŁ? To znaczy, nie chodzi mi o to, że książka okazała się jakaś bardzo zła, bo bawiłam się na niej dobrze, ale mogłaby być dużo lepsza. Serio. Gdyby tylko autorka konsekwentnie budowała tę relację bohaterów i zostawiła ich charaktery w spokoju, aby Rory mogła być dalej niezależną i silną laską, a Caius bezwzględnym i mrocznym typem rządzącym krainą przestępców, ocena byłaby dużo wyższa. Trochę odjęłam za to, że dziewczyna szybko zmiękła, a on momentami zachowywał się jak dziecko… Jeżeli był tam jakikolwiek age gap (a ponoć był, bo król miał co najmniej pół wieku?), to zupełnie nie było tego czuć. Bardzo podobała mi się dynamika książki - tak jak już wspomniałam, nie ma tu dużo wątków, akcja rozwija się szybko, nie jest rozwleczona i przez to też czyta się ekspresowo. Autorka oszczędziła nam dokładnych i długich opisów, ale nie miałam żadnego problemu z wyobrażeniem sobie krainy mroku i jej mieszkańców. Dialogów też jest więcej niż takich wewnętrznych rozterek bohaterów i refleksji, także „Króla Umbry” można zaliczyć do tej lżejszej i mało wymagającej fantastyki. Kto nie lubi czasem po taką sięgnąć? Ostatnio przymykałam oko na tłumaczenia spicy scen powieści z tego wydawnictwa, bo o tyle, o ile na „majteczki”, „muszelki” i te inne tradycyjne dziwne słowa jestem już uodporniona, tak tutaj… „głowica” mnie pokonała. Było tego więcej, ale daruję szczegóły sobie i Wam - po prostu scenom 18+ poświęcałam minimum uwagi. Nie były wybitne (delikatnie mówiąc), ale domyślam się, że to bardziej kwestia tłumaczenia niż źle napisanej książki. I hope. Tak jak już wspomniałam, najmocniejszą stroną jest fabuła i jestem ciekawa jak autorka poprowadzi ją w drugim tomie. Zakończenie „Króla Umbry” ma ogromny potencjał i mam nadzieję, że tym razem kontynuacja dowiezie to, czego troooszkę zabrakło mi tutaj. Mogę nawet powiedzieć, że nie mogę się doczekać - wciągnęłam się w tę historię na tyle, że gdybym czytała po angielsku, pewnie sięgnęłabym po oryginał. W sumie polecam, ale pamiętajcie, że to bardzo specyficzny tytuł.
Pocałunki zamiast słów. Vancouver Agitators: miłość na lodzie #1
Wyobraźcie sobie, że jest ogromna ulewa tuż przed burzą, wasze auto przestało współpracować na obrzeżach obcego miasta, a jedyną nadzieją w tej katastrofie wydaje się być jedyny dom, w którym palą się światła… ryzykujecie i pukacie do drzwi, czy decydujecie się spędzić burzę w swoim aucie, które utknęło w błocie? Bo… co złego mogłoby się stać? W najgorszym wypadku mogłoby się okazać, że dom zamieszkuje tymczasowo piątka wolnych facetów, a ty jesteś jedyną dziewczyną na tym odludziu… W najlepszym? Ci faceci mogliby być KULTURALNYMI hokeistami. I tak, do tego przydałoby się szczęście - Winnie ma go tyle, że scenariusz jak z filmu 18+ (zostańmy przy horrorze) zamienia się w bardzo lekki, przyjemny i pełen humoru romans. Jeżeli czytaliście już jakąś książkę od Meghan Quinn, to wiecie, że autorka pisze bardzo komfortowe i zabawne historie. Jeśli nie, to uwierzcie mi na słowo - są idealne na wieczór albo dwa, szczególnie teraz, kiedy za oknem coraz cieplej i ma się ochotę na takie luźne i mało wymagające pozycje. Być może dlatego też podchodzę do tego tytułu ‘bezkrytycznie’, ale trafiłam na niego w idealnym czasie, przeczytałam ekspresowo i naprawdę fajnie się przy nim bawiłam. Mimo, że fabuła „Pocałunków zamiast słów” nie jest jakoś mocno rozwinięta, skupia się głównie na romansie (który swoją drogą nie jest slow) i zbliżeniach bohaterów, a hokeju w tej hokejówce jest tyle co nic… to i tak przy czytaniu uśmiechałam się do siebie, miałam motylki w brzuchu i kibicowałam Winnie i Paceyowi z całych sił. Czasem w takich romansach naprawdę nic więcej nie trzeba - wystarczy, że postacie są świetnie wykreowane i nie da się ich nie polubić, a chemia i napięcie pomiędzy nimi wręcz wylewają się ze stron. Ale pomimo tego, że Winnie i Pacey niemal od razu poczuli wzajemne pożądanie, to nie miała być relacja tylko na chwilę. Chociaż oboje mieszkali w innych miastach. Chociaż mieli zupełnie inny plan na życie. Chociaż ona… była kiedyś w związku z jego przyrodnim bratem. I nawet nie miała o tym pojęcia. „Pocałunki zamiast słów”, ale czasem słowa też są potrzebne - i ta historia właśnie to udowadnia. Meghan Quinn napisała przede wszystkim lekki i przyjemny romans pomiędzy hokeistą i byłą dziewczyną jego przyrodniego brata, ale w książce nie brakuje również poważniejszych wątków i momentów, które mogą wzruszyć, poruszyć i sprawić, że w oku pojawi się łza albo dwie - tym razem nie ze śmiechu. Najmocniejszą stroną „Pocałunków zamiast słów” są bohaterowie i relacje pomiędzy nimi - nie tylko te romantyczne. Bardzo zachwyciła mnie przyjaźń hokeistów i to, że chłopcy byli gotowi wskoczyć za siebie w ogień - pomimo ich sprzeczek, drobnych nieporozumień i odmiennych charakterów. Każdy z tych sportowców ma w sobie coś interesującego i przeczuwam, że ich historie również zostaną opowiedziane, więc nie mogę się już doczekać kolejnych tomów z tej serii. Mam tylko nadzieję, że akcja będzie się rozgrywała nie tylko w czasie wolnym od sezonu i dostaniemy trochę więcej hokeja. Nie, jeszcze mi się nie znudziło. W każdym razie, jeżeli szukacie romansu, przy którym odpoczniecie i miło spędzicie czas, to ten tytuł sprawdzi się idealnie. Jest lekki, zabawny i mega komfortowy, a dodatkowo macie szansę poznać fajnych chłopaków!
Sztuka życia bez pośpiechu. Zapanuj nad chaosem, odzyskaj spokój umysłu i skup się na tym, co dla Ciebie najważniejsze
"Sztuka życia bez pośpiechu" Damon Zahariades Wydawnictwo Sensus 💙Wiele wątków z tej książki siedzi mi w głowie od dłuższego czasu. A oto kilka z nich: 💙Oducz ludzi oczekiwać od Ciebie natychmiastowej reakcji! Oni domagają się Twojego czasu, ale ich pragnienie do niczego Cię nie zobowiązuje. 💙Każdego dnia edukujemy osoby z naszego otoczenia, określając pewne oczekiwania, które wzmacniasz przez powtarzające się zachowania. 💙Mózg w sposób zupełnie naturalny stawia opór każdej zmianie. Ale jeśli wykażesz się wytrwałością - on się podda. 💙Twoje "rutynowe TAK dla innych" sprawia, że Twój kalendarz zapełnia się sprawami mało znaczącymi dla Ciebie. 🌞🌞🌞 Ta publikacja jest świetnym narzędziem, które pomaga świadomie zwolnić tempo. To nadal niestety kojarzy się z lenistwem, brakiem motywacji czy apatią, a autor na przekór udowadnia, że zupełnie nie warto rezygnować ze snu, by zrobić więcej. Mnie przekonuje każdy rozdział tej książki. Autorefleksja, priorytety.. jak je dostrzec i ustalić. Mnóstwo ćwiczeń proponowanych przez autora pozwala spojrzeć na własne życie z innej perspektywy i trafnie je zweryfikować. 🌞🌞🌞 Jak z osoby niecierpliwej i lekceważącej stać się kimś otwartym i cierpliwym? Kluczem nie jest robienie więcej, ale mniej - z pełną uwagą. Dopracowanie własnej koncentracji w ciągłym pędzie bez wyczerpania i rozczarowania jest trudne, ale możliwe. Często ludzie, mimo sporej świadomości nie znajdują czasu na naukę i refleksję, co przecież prowadzi co radości i spełnienia. 🌞🌞🌞 Publikację zdecydowanie polecam! Zostaje u mnie na półce. Warto do niej wracać w chwilach zwątpienia czy braku wytrwałości w budowaniu nawyków💙💙💙