Recenzje
Blade. Canmore #1
Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie wierzę w to, co tu się stało. Autorka zostawiła mnie z tyloma niezamkniętymi wątkami, że jeśli już teraz nie dostanę kolejnego tomu, to przez kolejne miesiące będę wyrywać sobie włosy z głowy i zastanawiać się, co będzie dalej. Kontynuacja ,,Blade" to coś, czego bardzo teraz potrzebuję, a to już bardzo dobry znak, jeśli chodzi o samą historię. Jest to tak bardzo bolesna powieść. Jestem w szoku, jak silną bohaterką jest Maeve. Naprawdę pokłony i brawa, ale przede wszystkim czuję ogromną potrzebę, by ją przytulić i zabrać z tej książki, by miała chociaż trochę lżej. Bardzo polubiłam tę dziewczynę. Jest cudowną, opiekuńczą i pracowitą osobą, która ma piękne relacje z dziećmi. Jednocześnie nadal popełnia błędy, jest tylko nastolatką i ma problemy z własnymi uczuciami. Jest po prostu ludzka. Mimo całego piekła żyje dalej i radzi sobie naprawdę świetnie, mimo wielu potknięć i zmęczenia. Jestem również absolutnie zauroczona relacją Maeve z jej młodszym bratem, Michaelem. Fragmenty związane z tym rodzeństwem bardzo mnie wzruszały i ściskały za serce. Czułam też ogromne obrzydzenie do ojca dzieci. Łamało mi się serce, gdy czytałam o tym, co działo się w książce. Do jednej postaci mam bardzo, ale to bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony ogromnie mnie irytowała i nie rozumiałam, jak można tak bardzo komuś dokuczać, z drugiej później nastąpiła zmiana i stał się naprawdę kochaną postacią. Przez wiele fragmentów uśmiechałam się do liter na papierze - rozczulona, wzruszona lub podekscytowana tym, co czytałam. Niektóre sytuacje i dialogi bardzo mnie bawiły i nie potrafiłam opanować śmiechu. Czułam też dużo bólu, gniewu, żalu i strachu. W pewnym momencie nawet lały się łzy. To nie jest słodki romans. Znajdziemy tu naprawdę ogrom emocji, praktycznie całą paletę. Przeróżne postacie z różnymi historiami. Mnóstwo łyżwiarstwa, hokeju, matematyki, a przede wszystkim tajemnic i trudnych do zidentyfikowania uczuć. Nie mogę powiedzieć, że przez całe 471 stron tej książki bawiłam się dobrze, bo skłamałabym. Płacz, gniew i obrzydzenie to nie jest dobra zabawa. Ale za to przez całe 471 stron naprawdę zżyłam się z historią, przeżywałam ją i płynęłam, choć nie zawsze było łatwo odwrócić kolejną stronę. Styl pisania autorki jest naprawdę przyjemny do czytania i jedyne, co mi przeszkadzało, to ilość literek na stronie oraz mały margines. Wydanie też jest naprawdę śliczne. Okładka, gdzie każdy szczegół ma sens, który rozpoznajemy po przeczytaniu. Zimowa, klimatyczna wyklejka. I cudowne ilustracje, które umilają czytanie, chociaż mnie skutecznie od niego odciągały, bo chciałam im się przyjrzeć. To książka, którą bardzo przeżyłam. Towarzyszyły mi zarówno pozytywne, jak i negatywne uczucia. Zakochałam się w trosce, determinacji i cichej miłości przedstawionej w książce. Cudownie czytało mi się o treningach łyżwiarstwa oraz hokeju, a jeszcze przyjemniej o relacji głównej bohaterki z jej małymi podopiecznymi, którym dawała korepetycje oraz lekcje jazdy na łyżwach. Jednak przez dłuższy czas towarzyszyła mi irytacja do jednego z bohaterów, a książki nie poczułam w pełni całą sobą. Autorka zostawiła tak dużo znaków zapytania, że ja już wiem, ile będę jeszcze rozmyślać o tej książce. Kolejna część jest mi bardziej niż potrzebna. Martyna stworzyła świat pełen niewiadomych, a ja muszę dowiedzieć się każdego szczegółu tej historii. Jeśli chcecie przeczytać coś z zimowym klimatem, motywem łyżwiarstwa figurowego, hokeju oraz slow burn - koniecznie przeczytajcie 💚
Do wesela się zagoi
On mówi do niej Szarlotko, ona do niego dinozaurze, czy to nie brzmi uroczo? Witamy ponownie w Silver Springs. Sutton jest prawną opiekunką swojej siostrzenicy Sussie i dla niej gotowa jest wskoczyć w ogień. Na co dzień podejmuje się różnych prac dorywczych - od pomocy w bibliotece, przez kwiaciarnię, aż po restaurację - aby pogodzić opiekę nad dziewczynką z zapewnieniem jej wszystkiego, co najlepsze. Sutton poniekąd zatraca siebie, ponieważ jakiś czas temu jej ówczesny partner, gdy tylko dowiedział się, że chce przejąć prawną opiekę nad dziewczynką, zostawił ją. Od tamtej pory była przekonana, że nikt nie zaakceptuje ich obu. Wtedy na horyzoncie pojawia się Hugh. Ich pierwsze spotkanie nie należało do najprzyjemniejszych - w noc sylwestrową, gdy Sutton w stroju dinozaura zabawiała miejscowe dzieci, w chwili spokoju udała się coś zjeść. To właśnie wtedy mężczyzna nadepnął jej na ogon od kostiumu, w rezultacie oberwał kawałkiem szarlotki. Hugh większość swojego czasu poświęca pracy, unikając hucznych imprez oraz dużych skupisk ludzi. Decyzję, aby pojechać do Silver Springs, podjął w ostatniej chwili. Nie przewidział jednak, że na miejscu ulegnie drobnemu wypadkowi… Jednak to nie koniec niespodzianek, chwilę później Sutton i Hugh dowiadują się, że mają być świadkami na ślubie swoich przyjaciół. A co najlepsze, ten wybuchowy duet ma zorganizować to wesele! Przecież to pachnie katastrofą. 😂 Sutton, kobieta spontaniczna, której wszędzie jest pełno, oraz Hugh, mężczyzna, który wszystko musi mieć zaplanowane i ułożone na tip-top. Jak myślicie, uda im się dogadać, i to nie tylko w sprawach weselnych? Jejku! Co to była za komfortowa historia, która skradła moje serce już od pierwszych stron! Muszę jednak wspomnieć o Sussie - jej postać jest promyczkiem, idealnym dopełnieniem tej cudownej opowieści. Jej dziecięca energia wprowadziła do książki magię i swojego rodzaju spokój. Relacja Susie i Sutton została opisana w tak autentyczny sposób - te dwie kobiety mają tylko siebie i zrobią dla siebie wszystko. Ale nie może być tak kolorowo… Znalazły się również postacie, które miałam ochotę wyciągnąć z książki i ustawić do pionu, dosłownie! Jak oni mnie irytowali! Jak już wspomniałam, „Do wesela się zagoi” to przepiękna i komfortowa historia, ale były w niej także momenty, w których pękało mi serce. Ten, kto mnie zna, wie, że twórczość Ludki biorę w ciemno - uwielbiam dosłownie wszystkie jej książki. Ta utalentowana kobieta zakrada się swoimi historiami do najdalszych zakamarków mojego serca i tam zostaje. W książkach Ludki mam już książkową kurę, teraz zyskałam książkową córkę, a o mężach może nie wspomnę, bo będzie ich troszkę. 😂 Przyznam się szczerze, że nie do końca przepadam za motywem slow burn, ale tutaj? Pasowało to idealnie. Musicie koniecznie poznać losy par z Silver Springs: „Prędzej piekło zamarznie” i „Do wesela się zagoi”.
Do wesela się zagoi
Sutton to matka z wyboru, kiedy jej siostra porzuca swoją córkę dziewczyna bierze na siebie opiekę nad Susie i robi wszystko żeby zapewnić jej dobre życie. Podejmuje różne prace i staje na głowie żeby niczego im nie brakowało. Lubię w niej to, że mimo całego bólu, którego doświadczyła, wciąż ma w sobie ogromną chęć pomagania innym i często stawia ich dobro ponad swoim. Hugh to z kolei człowiek tabelka, wszystko musi mieć uporządkowane i zaplanowane. Wiecznie poważny, analityczny i zdystansowany. I właśnie dlatego tak bardzo gryzie się z naturą naszej bohaterki, której wszędzie jest pełno i która jest chodzącym chaosem. Poznają się w sylwestra, gdy Sutton przebrana za dinozaura przypadkiem upuszcza na Hugh kawałek szarlotki. Zresztą to wydarzenie później przynosi jej całkiem przezwisko. Los sprawia, że oboje zostają świadkami na ślubie wspólnych znajomych, więc są zmuszeni spędzać ze sobą coraz więcej czasu przy przygotowaniach do ceremonii. A po drodze wiadomo, różne komplikacje, wzajemnie dogryzanie i coś co rodzi się między nimi. Podobało mi się to, że ich relacja rozwija się stopniowo. Sutton cały czas ma z tyłu głowy Susie i wie, że każda nowa relacja może mieć wpływ na dziewczynkę, a jej dobro jest dla niej najważniejsze. I muszę przyznać, że bardzo ujęło mnie to, jak szybko ta mała dziewczynka złapała kontakt z naszym Gburkiem 🥹 To lekka historia z dużą dawką humoru. Dialogi są naprawdę przyjemne, a niektóre sytuacje potrafią wywołać uśmiech. Dużą rolę odgrywa też Susie, mały promyczek, który naprawdę wiele wnosi do tej historii. Mam jednak jedno małe ale. Przypadłość bohatera i jego zamiłowanie do tabelek trochę mi się gryzły z całą historią. Jednak polecam na wieczór z kocykiem i herbatką, może nie jeden, bo książka jest lekkim grubaskiem, ale historia z pewnością warta poznania 🥰.
Do wesela się zagoi
bardzo lubię pióro Ludki, ale też wszystkie historie, które właśnie spod jej pióra wychodzą, zawsze są one pełne humoru, ale też nie zabraknie w nich bardziej kryminalnego czy sensacyjnego wątku no i oczywiście romansu, który Ludka potrafi napisać w prześwietny sposób! choć myślałam, że „Forget me not” nic nie pobije to przeczyłam „Do wesela się zagoi” i miejsca w rankingu trochę się zmieniły😅 już od samego początku wkręciłam się w czytanie i po prostu czytałam rozdział za rozdziałem bo chciałam dowiedzieć się co wydarzy się dalej i jak potoczą się losy naszych głównych bohaterów. historia ta jest niesamowicie komfortowa i ma wszystko co potrzeba, żeby dobrze się bawić podczas czytania, a przy okazji trochę się wzruszyć, pośmiać się, ale i rozpływać się nad każdym małym gestem Hugh w stronę Sutton czy małej Susie🫠 dwie perspektywy i świetnie połączone grumpy x sunshine, z hate love i one house trope, no czy potrzeba czegoś więcej? Ludka za każdym razem w swoich książkach kreuje wyjątkowych na swój sposób bohaterów, których po prostu nie da się nie polubić. Hugh, chodząca definicja gburka, który poświęca większość życia pracy, zamknięty w swojej bańce spotyka na imprezie Sutton, młodą dziewczynę, chodzące słońce, która dla swojej córki przebierze się nawet w strój dinozaura. choć wydawać by się mogło, że ta dwójka nie może być bardziej od siebie odmienna, jednak po początkowych nieporozumieniach tworzy naprawdę zgrany duet, o którym mogłabym czytać bez końca, bo ich relacja była po prostu piękna🥹❤
Our Perfect Forever. Historie nieopowiedziane. Wydanie ilustrowane
𝐨𝐜𝐞𝐧𝐚: 5/5 ⭐️ • „Wszyscy dawno temu oznaczało pięcioro dzieciaków z Moreton - pełnych nadzieji, naiwnych i niepewnych co szykuje dla nich życie. Mijały lata, które spędzili, popełniając błędy, odnajdując własne ścieżki - po prostu ucząc się życia - i gdzieś po drodze WSZYSCY zaczęło oznaczać rodzina. Teraz z tamtego pięciorga dzieciaków tylko troje wciąż było żywych.” • Dopóki nie sięgnęłam po ten dodatek, nie byłam świadoma, jak bardzo potrzebowałam go przeczytać i wrócić choć na chwilę do moich dzieciaków z Moreton. Moje wewnętrzne dziecko, aż skacze z radości na myśl, że Marta podzieliła się z nami tymi rozdziałami. Fakt, że ta historia nie skończyła się na trzech tomach, tylko jest jeszcze ciąg dalszy napawa mnie szczęściem i nadzieją. Zdecydowanie jest to must read dla wszystkich fanów „Flaw(less)”!! • Coś co ujęło moje serce to te wszystkie zdobienia przed rozdziałami, a także piękne osie czasu, dzięki którym wiadomo, kiedy wydarzyła się dana scena Jestem zakochana w tym pomyśle i cieszę się, że coś takiego powstało! Nie byłabym sobą gdybym nie powiedziała też o wkładzie Fortuny - jestem zakochana. Jej rysunki dosłownie nadają książce duszę Nie wyobrażam sobie tego dodatku bez Moniki. • Tak samo notka od autorki przy każdym rozdziale przepadłam! Cudownie było poznać perspektywę Marty i dowiedzieć się co miała na myśli pisząc dany rozdział. • Mogłabym godzinami pisać jak kocham pióro autorki i ile przyjemności sprawia mi czytanie jej książek. Cieszę się, że poznałam twórczość Marty i mam nadzieję, że na któryś targach uda mi się ją spotkać 🤞🏻 • Naprawdę niesamowicie się cieszę, że mogłam wrócić do moich dzieciaków z Moreton i nie dociera do mnie, że to już jest koniec.. Jeśli jeszcze nie kupiliście „Our perfect forever” - nie wahajcie się i zamawiajcie! 🤭