ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Do wesela się zagoi

To jest dokładnie taka książka, jaką bierzesz, kiedy chcesz się trochę wyluzować, a nie myśleć o sensie życia przez trzy dni. „Do wesela się zagoi” od Ludki Skrzydlewskiej to lekka obyczajówka z romansem, ale nie taka totalnie cukierkowa raczej coś w stylu: życie daje w kość, ale jakoś się to wszystko układa. Historia kręci się wokół Sutton i Hugh. Ona trochę przytłoczona życiem i obowiązkami, on raczej zamknięty w sobie i poukładany aż za bardzo. Klasyka: dwa różne światy, które wpadają na siebie i zaczyna się coś dziać. Brzmi znajomo? No brzmi, ale to niekoniecznie minus, bo autorka ogarnia ten schemat całkiem sprawnie. Największy plus tej książki to klimat. Małe miasteczko, trochę dramatu, trochę ciepła, trochę humoru. Czyta się szybko i bez bólu i serio, można połknąć w jeden wieczór. Dialogi są naturalne, bohaterowie nie są sztuczni jak z reklamy pasty do zębów, tylko mają swoje problemy i czasem robią głupoty (czyli jak normalni ludzie). Nie ma tu jakichś wielkich plot twistów ani akcji jak w thrillerze. To raczej historia o relacjach, o tym, że każdy coś przeżył i trochę się boi kolejnego rozczarowania. Ale właśnie przez to jest to takie…życiowe. Czy coś przeszkadza? Jeśli ktoś nie lubi przewidywalnych romansów, to może trochę kręcić nosem, bo wiadomo mniej więcej, w którą stronę to idzie. Ale jeśli wchodzisz w to dla klimatu i emocji, to raczej będziesz zadowolony.
_..wyczytany.._ Dzięgielewski Sebastian

I will wait for you

„I Will Wait For You” Moniki Kondas - książka, która złamała mi serce i skleiła je na nowo. To wciągająca opowieść, która wrzuca czytelnika w sam środek pełnego napięcia konfliktu. Wyobraź sobie intrygę, w której na szali leży wszystko - od rodzinnych porachunków po uczucia, które zmieniają wszystko. Kiedy zaczynałam czytać poczułam ten charakterystyczny dla autorki klimat - melancholię zmieszaną z iskierką nadziei. Tytuł już zapowiadał coś bolesnego, ale nie spodziewałam się takiej emocjonalnej jazdy bez trzymanki. Fabuła? Prosta na pozór, ale genialnie skonstruowana. Autorka bawi się czasem i perspektywą, przez co każda kolejna strona odkrywa przed nami nową warstwę tej historii. Ani przez moment nie czułam, że coś jest na siłę przeciągane. Bohaterowie - prawdziwi, z krwi i kości. Ich decyzje czasem irytują, ale zawsze rozumiesz, dlaczego działają właśnie tak. A emocje? Łzy cisnęły mi się do oczu kilka razy. To nie jest łzawy melodramat, tylko historia o tęsknocie, o czekaniu, które zmienia człowieka. Centralnym punktem całej intrygi jest głęboko zakorzeniona zemsta, która od pokoleń kształtuje losy dwóch rodzin. Główny konflikt w książce rozgrywa się właśnie między tym tytułowym "Czekać będę na ciebie" (motyw miłości i tęsknoty) a żądzą zniszczenia. Xavier musi odpowiedzieć sobie na pytanie: czy z miłości do Angeliny porzuci myśl o dawno zaplanowanej zemście, czy też wykorzysta ją jako pionka w swojej grze? To nie jest schematyczna historia. To pełna emocji opowieść, która z każdą stroną pokazuje, że granica między miłością a nienawiścią bywa bardzo cienka. Takie historie mają w sobie coś, co sprawia, że chce się je polecać innym. Tempo akcji jest niespieszne, ale wciągające. Monika Kondas pisze lekkim językiem. Dialogi są naturalne, opisy budują nastrój, a wewnętrzne monologi wciągają bez reszty. Styl autorki sprawia, że kartki same się przewracają. Dla kogo? Dla wszystkich, którzy lubią romanse z duszą, nie boją się emocjonalnego rollercoastera i cenią historie, w których bohaterowie najpierw upadają, zanim nauczą się latać. Idealna dla fanek Colleen Hoover i Anny Bellon. Moja ocena: 9/10.

Brunette Books Walota Kamila

Muza rockmana

Byłam ciekawa tej historii, odkąd tylko dowiedziałam się, że zostanie wydana w Polsce. Może trochę za bardzo nastawiłam się na coś ekstra, przez co miałam wysokie oczekiwania Emily pewnego dnia znajduje się na totalnym odludziu, gdzie pewien zespół ma nagrywki, ale nie jest tam przypadkiem. Kiedy ktoś przez pomyłkę wziął ją za kandydatkę do pracy, nie wyprowadza z błędu, tylko się zgadza i zaczyna swoją trasę z zespołem. Na początku strasznie nie mogłam się wkręcić w fabułę, ale później jakoś przebrnęłam i było naprawdę w porządku. Ciekawiło mnie to, dlaczego główna bohaterka była w tym miejscu, gdzie akurat były nagrywki Tristana. To było najlepszą częścią tej historii i szczerze zaskoczyło mnie, gdy już się dowiedziałam. Co do relacji Tristana i Emily, mam wiele do powiedzenia. Miałam wrażenie, że czasem działo się to za szybko. Po pierwsze, bohaterka wyznaje mu coś bardzo istotnego praktycznie, gdy go nie zna. Sama nawet wspomniała, że nikomu o tym nigdy nie mówi, jednak mu praktycznie na starcie, bo „on jest inny”. Tak mnie to zdenerwowało. Po drugie, niektóre teksty Tristana były na maksa żenujące, że czasem musiałam to rozchodzić. Bohaterowie nie byli jacyś warci zapamiętania. Zastanawiałam się czasem, czy Tristan naprawdę ma te 38 lat, bo były sytuacje, w których trochę zwątpiłam. Dialogi bohaterów na początku brzmiały sztucznie, ale później się poprawiły. Niektóre zdania miały błędy składniowe. Np. „… powinniśmy odwołać jutrzejszy koncert, żebym mógł odpocząć głos”. Zakończenie historii nie było dla mnie wielkim zaskoczeniem, ale przyjemnie się czytało. Wiem, że ta historia ma swoich zwolenników, i jeśli jesteście ciekawi, czy wam się spodoba, to sami się przekonajcie.
donkabook Cisoń Dorota

Muza rockmana

Lubię książki Penelope Ward - myślę sobie, że są idealne na odstresowanie, bo chociaż zwykle nie wbijają w fotel i nie zapadają jakoś głęboko w pamięć, to warto podkreślić, że zwykle są fenomenalnie napisane i zwykle jest jakiś plot twist, wokół którego buduje się całość fabuły. Tak było i tym razem. "Muza rockmana" opowiada o Emily, która poszukuje pewnego sensu i drogi w swoim życiu, przez co trafia na rozmowę o pracę do bycia pomocą w trasie dosyć znanego rockowego zespołu - o którym ona nie wie praktycznie nic, nawet nie jest w stanie przypomnieć sobie, jak wyglądają muzycy. I pech chce, że od razu wpada na jednego z nich... w toalecie, tuż po tym, jak ma wrażenie, że zawaliła rozmowę. Osobą, na którą wtedy wpada jest Tristan - starszy od niej o jakieś piętnaście lat - który jest głównym wokalistą i który czuje przyjemne orzeźwienie, że ktoś nie traktuje go jak wielkiej gwiazdy, a raczej jak normalnego człowieka, więc decyduje on - w sumie za rekrutera - że to właśnie Emily będzie im towarzyszyć w podróży po Ameryce. To nie tak, że od razu dochodzi do jakiegoś romansu - raczej do powolnego poznawania się. I - co pragnę z dumą podkreślić - Penelope Ward nie poszła w taki stereotyp, żeby tytułową "muzą rockmana" była właśnie Emily - ale myślę sobie, że warto ten wątek zgłębić samemu, bo jest on na tyle ciekawy i fajnie opisany, że właściwie akcja najbardziej nabiera tempa, gdy są już położone wszystkie karty na stół. Myślę sobie, że ta autorka ma fajne książki - ale uwierzcie mi, że zaczynam uważać, że motyw różnicy wieku to w przypadku "Muza rockmana" najmniejszy pikuś, jeśli chodzi o potencjalne powody, dla których Emily i Tristan nie powinni być razem: mimo chemii która ich łączy i tego, że naprawdę nie ma tu żadnej przemocy czy toksyczności (bo to mogłoby się wydawać najbardziej oczywistym red flagiem). Oj, jak odkryjecie całą prawdę, którą tu autorka przemyciła, to będziecie pod wrażeniem! Niemniej jednak dodam, że do połowy ta powieść mi się po prostu i najzwyczajniej w świecie dłużyła. Dopiero później, gdy sprawy zaczęły przybierać nietypowy obrót - bo nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek czytała takie połączenie wątków - to dynamika zrobiła się na tyle szalona, że czytałam z wypiekami na twarzy, by dowiedzieć się, jak sytuacja się dalej rozwinie i jak tam się to wszystko ułoży. Trochę narzekam na mały druk i minimalne marginesy - bo jednak nie jest to najbardziej komfortowy układ do czytania w papierze - a już definitywnie w późniejszych porach, gdy oczy są już zmęczone. Niemniej jednak sama historia przedstawiona w "Muza rockmana" wynagradza na tyle, że jeśli tylko macie ochotę na zapoznanie się z tym nietypowym romansem, to powinniście bez wątpienia dać szansę tej pozycji. Jestem ciekawa czym jeszcze zaskoczy nas ta pisarka, bo bez wątpienia będę chciała dalej sięgać po książki jej autorstwa. Mimo że znam pisarzy, których książki czyta mi się lepiej, to Penelope Ward zawsze będzie mi się kojarzyła z takim guilty pleasure i z automatyczną poprawą humoru. Podsumowując: jestem na "tak", chociaż nie jest to najlepsza książka, jaką przeczytałam w kwietniu!
Książkowir Gałęziowska Dominika

Muza rockmana

Dziś przychodzę do Was z opinią książki Penelope Ward, czyli autorki, której książki znam i lubię. Pisze ona gorące romanse i na ogół, podobają mi się jej książki. "Muza rockmana" jednak jakoś do mnie nie przemówiła. Nie wiem dlaczego, ale uważam ją za jedną z najsłabszych z dotychczas przeczytanych. I nie chodzi mi tu o motyw różnicy wieku, jaki tu znalazłam, bo on mi akurat nie przeszkadzał. Emily to dwudziestodwuletnia, która splotem różnego rodzaju okoliczności, zostaje zatrudniona, jako asystentka jednej z bardziej znanych kapel rockowych. On to Tristan, trzydziestoośmioletni wokalista grupy. Ich relacja rozwija się powoli, podczas czteromiesięcznej trasy koncertowej zespołu. Tylko czy mogą sobie na nią pozwolić? Czy są wobec całkiem szczerzy? No cóż... Mnie jakoś nie porwała ta opowieść. Momentami się nudziłam. Chyba trochę zabrakło mi tu emocji. Jakoś nie czułam tego rozwijającego się związku, nie był dla mnie prawdziwy. Jest to opowieść o trudnych przeżyciach, stracie i przeszłości, która jest bolesna i pełna ran. Ale też o chorobie i strachu przed przeszłością. Nie ma w niej zbyt wiele erotyki, co dla mnie akurat jest jej zaletą. Nie jest to zła książka, o czym świadczy pozytywne opinie, ale jak dla mnie, nie była aż taka ciekawa, jak inne książki autorki. A czy czytać czy nie, sami zdecydujcie.
W biblioteczce Renaty Kozłowska Renata