Recenzje
ADHD jest super. Jak przeżyć życie na turbodoładowaniu
Poleciłam „ADHD jest super” już tylu osobom w prawdziwym życiu, że nie jestem w stanie tego zliczyć i oczywiście nie byłabym sobą, gdybym i tutaj o niej nie wspomniała. 💅🏼 „ADHD jest super. Jak przeżyć życie na turbodoładowaniu” od @wydawnictwo_sensus jest niezwykle dobrą książką przez to, że realnie została napisana dla dosłownie każdego: osoby, która ma ADHD (zawiera przerywniki, rysunki, zabawne wstawki, dobry papier i jest bodźcująca), rodziny osoby neuroróżnorodnej czy dla dosłownie kogokolwiek, kto chciałby wreszcie zrozumieć, o co biega (haha) w zespole nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi. 🕺 Właśnie ta przystępność jest dla mnie jej największą zaletą. Nie jest to kolejna książka, która zasypuje nas trudnymi definicjami i sprawia, że po kilku stronach człowiek zastanawia się, po co w ogóle zaczął ją czytać (jestem pedagogiem specjalnym, znam takich tytułów mnóstwo) Tutaj wszystko jest lekkie, zrozumiałe i często z humorem, ale jednocześnie nie brakuje w niej konkretów. ☀ Bardzo podoba mi się w niej to, że wreszcie ktoś spojrzał na ADHD nie wyłącznie jako problem, a także jakie możliwości można uzyskać, gdy choć trochę zaczniemy ze sobą pracować. Autor, który również jest osobą neuroróżnorodną pokazuje trudności, z którymi osoby z ADHD mierzą się na co dzień, ale jak sam pisze: mówienie, że ma się ADHD nigdy nie powinno być traktowane jako „karta wyjścia z więzienia”. 🪩 Jest dużo o tym, dlaczego osoby z ADHD robią pewne rzeczy, dlaczego czasem kompletnie nie mogą się za coś zabrać, mimo że bardzo chcą i skąd biorą się te wszystkie „dziwne” zachowania, które dla osoby z zewnątrz mogą być kompletnie niezrozumiałe typu zostawianie mleka w skrzynce na listy, czy kluczy w lodówce. Penn opowiada o swoim życiu, jak on radził sobie z trudnościami i wraz z żoną Kim podpowiadają lifehacki, które my jako osoby z zewnątrz możemy wykorzystać, żeby pomóc naszym ulubionym ludziom z ADHD. ✨ Moim zdaniem to tu jest jej urok: po prostu pomaga zrozumieć, czy to siebie, dzieci, przyjaciół lub współpracowników… (Martyna mrugam do ciebie okiem) 😉 I tak, nadal będę ją polecać każdemu, kto tylko da mi dojść do słowa. <3
Malbat znaczy grzech
Jako ogromna fanka tej serii od dawna, na trzeci tom czekałam jak dziecko na prezent pod choinką. Pierwszą i drugą część pochłonęłam w tempie, które do tej pory wydaje mi się lekko podejrzane. Nie wiem, gdzie zniknął ten czas, ale jestem prawie pewna, że Malbat maczał w tym palce. A kiedy okazało się, że mogę zostać recenzentką tej książki? Cóż… moje książkowe serce zrobiło salto, drugie salto i prawdopodobnie jeszcze jedno, którego fizyka nie przewiduje. I teraz mogę powiedzieć jedno: Zuza, zrobiłaś kawał świetnej roboty. „Malbat znaczy zemsta” to dokładnie ten rodzaj historii, przy której człowiek pokłada się na podłodze ze smiechu, po czym przypomina sobie, że właśnie czyta o mafii i teoretycznie powinno być poważnie. Teoretycznie. Bo Malbat ma własną definicję powagi. Przed rozpoczęciem lektury przygotowałam sobie trzy kupki fioletowych zakładek. Trzy. Bo przecież znałam już Zuzę i wiedziałam, że będę zaznaczać fragmenty, przy których będę płakać ze śmiechu. Byłam na to gotowa, niestety albo i stety zakładki skończyły się przed dziesiątym rozdziałem. I naprawdę nie wiem, czy potrzebny jest lepszy dowód na to, jak bardzo ta książka potrafi rozbawić. Ale najlepsze jest to, że humor nie zabija napięcia. Wręcz przeciwnie. Zuza idealnie balansuje między jednym a drugim. Bo normalna mafia zamknięta w domu na odludziu, z poczuciem zagrożenia i świadomością, że ktoś może na nich polować, prawdopodobnie dawno zaczęłaby się wzajemnie podejrzewać, oskarżać i czekać, kto pierwszy eksploduje. Ale nie Malbat. Nasza wesoła kompania nawet w kryzysie potrafi zrobić taki chaos, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy oni bardziej potrzebują ochrony przed wrogami, czy przed samymi sobą. I tutaj wielkie brawa dla Alberto. Naprawdę. Nie wiem, czy istnieje jakieś odznaczenie za cierpliwość do ludzi, którzy regularnie wystawiają zdrowie psychiczne na próbę, ale jeśli istnieje, Alberto powinien je dostać. Ja odpadłabym już po akcji ze spaloną furą. Prawdopodobnie zaczęłabym pakować walizki, zmieniać nazwisko i udawać, że nigdy ich nie poznałam. A teraz przejdźmy do bohaterów. Patricia. Ilość razy, kiedy miałam ochotę wejść do książki i palnąć ja w ten jej plastikowy łeb za jej akcje z Christianem, jest imponująca. Ten jej plastikowy poziom pewności siebie momentami naprawdę wystawiał moje nerwy na próbę. Ale najgorsze jest to, że działała. Bo skoro postać potrafi wywołać we mnie takie emocje, to znaczy, że autorka zrobiła swoją robotę. Za to Neil... On to zupełnie inna historia. Tutaj moje serce zrobiło miękkie "ojej". Obserwowanie jego zauroczenia było po prostu rozczulające. I właśnie takie momenty sprawiają, że ta seria działa. Bo chwilę wcześniej śmiałam się z tego co znów odwalili, a chwilę później siedzę i cierpię jakby to ze mną zerwał chłopak.. No i Benny. Najnowszy nabytek Malbatowej rodzinki Naprawdę trzymam kciuki za jego relację z Mamutem. Po całym chaosie, dramach i emocjach, jaki funduje nam Malbat, człowiek potrzebuje chociaż odrobiny szczęścia. Nawet jeśli to szczęście przychodzi w najbardziej absurdalnym możliwym wydaniu, i wygląda jak góra mięśni w męskim ciele. A Kameleon? Tu Zuza chyba po prostu postanowiła zrobić sobie zabawę moim kosztem. Kilka razy byłam absolutnie pewna, że już wiem, kto nim jest. Miałam teorię. Byłam dumna. Prawie przyznałam sobie medal za detektywistyczne zdolności. I wtedy Zuza robiła swoje: "Potrzymaj mi piwo". Moja teoria umierała. Moja pewność siebie też. A ja zaczynałam się zastanawiać, dlaczego w ogóle uwierzyłam, że jestem mądrzejsza od autorki. I na koniec moja oficjalna skarga. Zuza. Cliffhanger? Naprawdę? Jestem przekonana, że gdzieś istnieje paragraf na autorów, którzy zostawiają ludzi z takim finałem i potem oczekują, że będziemy normalnie funkcjonować. Nie będziemy. „Malbat znaczy zemsta” to kolejny dowód na to, że Zuzanna Gromadzińska świetnie wie, jak stworzyć historię, która bawi, stresuje i zostaje w głowie. Czy jestem obrażona za zakończenie? Tak. Czy będę czekać na kolejny tom? Niestety tak, bo najwyraźniej czytelnicy też mają swoje toksyczne relacje. Tylko zamiast czerwonych flag mamy piękne okładki.
Miłość w galopie. Ranczo Srebrzyste Sosny #3
To trzeci tom serii „Ranczo Srebrzyste Sosny”, historia ciepła, momentami zabawna, ale jednocześnie pełna emocji i niepokoju. Motyw przypadkowego ślubu w Las Vegas brzmi lekko i przewidywalnie, ale szybko widać, że to nie jest tylko zabawna wpadka. Ta decyzja ma swoje konsekwencje i od początku czuć, że nad bohaterami wisi coś poważniejszego. Dużym plusem jest też tło. Małe, konserwatywne miasteczko, gdzie wszyscy wszystko widzą i oceniają. Presja z dwóch stron dodaje napięcia i sprawia, że cały czas czuć ryzyko. Sekret może wyjść na jaw w każdej chwili. Cole wyróżnia się na tle typowych męskich bohaterów. To ojciec, dla którego córka jest najważniejsza, a jego spokój, odpowiedzialność i potrzeba stabilizacji pięknie kontrastują z chaosem sytuacji, w której się znalazł. Każdy jego wybór ma znaczenie, bo stawką jest wszystko, co budował, czyli praca, reputacja i bezpieczeństwo dziecka. Ginger wnosi do tej historii zupełnie inną energię. Wychowana pod kontrolą i presją wpływowego ojca w końcu chce żyć po swojemu. Z jednej strony kieruje nią bunt i potrzeba wolności, z drugiej zagubienie i niepewność. To właśnie sprawia, że jest wielowymiarowa. Jej decyzje nie zawsze są idealne, ale są ludzkie i łatwe do zrozumienia. Ich relacja rozwija się powoli, w rytmie slow burn, opartym na napięciu, niedopowiedzeniach i ukrywaniu prawdy. Udawanie, że nic się nie dzieje, choć między nimi zaczyna się coś rodzić, wypada bardzo naturalnie. To nie tylko chemia, ale też stopniowe budowanie zaufania, które naprawdę ma znaczenie i wciąga w ich historię, a choć wszystko miało być tymczasowe, pojawia się coś prawdziwego. Książka pokazuje, jak trudno żyć według cudzych oczekiwań i ile odwagi wymaga bycie sobą. Czasem to właśnie najbardziej nieplanowane decyzje prowadzą nas tam, gdzie naprawdę powinniśmy być. Polecam tę książkę wszystkim, którzy szukają emocji, wyrazistych bohaterów i historii, która świetnie balansuje między lekkością a czymś głębszym.
Regret Me Not
💜 Czy zdarzyło Wam się sięgnąć po książkę z myślą, że będzie po prostu lekkim romansem, a skończyć z bohaterami, których aż trudno zostawić za sobą? 💜 Ludka Skrzydlewska po raz kolejny udowodniła, że świetnie odnajduje się w historiach, które z jednej strony bawią, a z drugiej potrafią poruszyć znacznie głębsze struny. „Regret Me Not” to ciepły, pełen humoru romans, który czyta się z ogromną przyjemnością. 💜 Historia Cove i Cala zaczyna się dość nietypowo. Przypadkowy ślub zawarty w Las Vegas powinien być jedynie zabawnym wspomnieniem, jednak los postanawia napisać dla tej dwójki zupełnie inny scenariusz. To właśnie od tego momentu autorka prowadzi czytelnika przez opowieść o zaufaniu, własnych lękach i uczuciu, które pojawia się wtedy, gdy bohaterowie najmniej się go spodziewają. 💜 Tym, co najbardziej wyróżnia tę powieść, są bohaterowie. Cove od pierwszych stron zaraża energią i poczuciem humoru, ale bardzo szybko okazuje się, że pod tą spontanicznością skrywa znacznie więcej. Z kolei Cal to osoba, której naprawdę trudno nie polubić. Jest cierpliwy, opiekuńczy i daleki od schematu dominującego milionera, który za wszelką cenę musi postawić na swoim. Razem z Cove tworzą duet, przy którym naprawdę dobrze się bawiłam. Ich relacja rozwija się bez zbędnego pośpiechu i opiera się przede wszystkim na rozmowach, wzajemnym poznawaniu siebie oraz drobnych gestach. To właśnie dzięki temu wypada tak wiarygodnie. 💜 Na duże uznanie zasługuje również pióro autorki. Jest lekkie, swobodne i bardzo naturalne. Dialogi brzmią autentycznie, humor pojawia się dokładnie tam, gdzie powinien, a bardziej emocjonalne momenty nie sprawiają wrażenia przesadzonych. To jedna z tych książek, które czyta się z uśmiechem na twarzy i od których naprawdę trudno się oderwać. 💜 To, co szczególnie mnie ujęło, to fakt, że autorka nie próbuje na siłę komplikować wszystkiego wokół bohaterów. Nie mnoży niepotrzebnych dramatów ani nie wrzuca zwrotów akcji wyłącznie po to, żeby zaskoczyć czytelnika. Pozwala tej historii płynąć własnym rytmem, dzięki czemu emocje wydają się szczere, a relacja Cove i Cala zyskuje jeszcze więcej autentyczności. Myślę, że właśnie ta równowaga między lekkością, humorem i bardziej refleksyjnymi momentami sprawia, że tę książkę czyta się z taką przyjemnością. 💜 Na plus zdecydowanie zasługuje również sam pomysł na fabułę. Motyw przypadkowego małżeństwa mógłby wydawać się dobrze znany, jednak Ludka Skrzydlewska potrafiła nadać mu świeżości i sprawić, że całość nie opiera się wyłącznie na romantycznych scenach. To historia o budowaniu zaufania, akceptowaniu własnych słabości i odnajdywaniu poczucia bezpieczeństwa przy drugiej osobie. 💜 Gdybym miała wskazać element, który sprawił, że zatrzymałam się przy ocenie 9/10, byłoby to tempo środkowej części książki. W pewnym momencie historia delikatnie zwalnia i brakowało mi odrobiny większej dynamiki. Na szczęście końcówka ponownie nabiera tempa i bardzo satysfakcjonująco domyka całą opowieść. 💜 „Regret Me Not” to książka, przy której naprawdę można odpocząć. Pełna ciepła, humoru i bohaterów, których z przyjemnością poznaje się bliżej. Polecam ją wszystkim, którzy cenią romanse rozwijające się we własnym tempie, oparte na rozmowach, zaufaniu i relacjach budowanych krok po kroku.
Titek poznaje przedszkole
Wyjątkowa książka, która uratuje każdą adaptację przedszkolną! Cudownie oswaja dziecięce lęki, a barwne ilustracje sprawiają, że maluch chce do niej wracać codziennie. Duży plus za sprytne wskazówki dla rodziców na stronach książki. Pozycja obowiązkowa w biblioteczce każdego przedszkolaka!