Recenzje
Akademia piłkarska #2. Witaj, drużyno!
Druga część historii Leo K. Doyle pokazuje, że prawdziwe wyzwania dopiero się zaczynają. Presja rośnie, rywalizacja w drużynie staje się coraz trudniejsza, a marzenia o wielkiej karierze wciąż wiszą na włosku. Bohater musi zmierzyć się nie tylko z wymagającym trenerem i silniejszymi przeciwnikami, ale także z własnymi słabościami i zwątpieniem. Ta odsłona jest wyraźnie bardziej dojrzała i emocjonalna. Widzimy, jak Leo uczy się odpowiedzialności, pracy zespołowej oraz radzenia sobie z porażką. Futbol nadal pozostaje w centrum wydarzeń, ale jeszcze mocniej wybrzmiewa fakt, że to przede wszystkim opowieść o charakterze, determinacji i walce o własne marzenia. Co ważne, książka bardzo spodobała się mojemu synowi. Tematyka piłki nożnej, marzeń i wytrwałości mocno go wciągnęła i dodatkowo zachęciła do czytania. Z dużym zaangażowaniem śledził losy bohatera i kibicował mu w trudnych momentach. To inspirująca i wartościowa kontynuacja, która pokazuje, że droga na szczyt jest długa, wymagająca i pełna przeszkód — ale właśnie dlatego tak cenna. A już niebawem opowiem Wam o części 3 :)
Dzika nadzieja. Uzdrawiające słowa, które pomagają znaleźć światło w mroczne dni
Jeśli są momenty, gdy świat wydaje się zbyt głośny, zbyt szybki i zbyt ciężki - Dzika nadzieja. Są książki, które się czyta. I są takie, do których się wraca w chwilach zwątpienia. Uzdrawiające słowa, które pomagają znaleźć światło w mroczne dni autorstwa Donny Ashworth może stać się bezpieczną przystanią. To kameralny tom poezji, który nie udaje, że życie jest łatwe. Zamiast tego przypomina, że nawet w chwilach lęku, smutku i przytłoczenia można odnaleźć w sobie iskrę - nadzieję. Ashworth pisze prosto, szczerze i z czułością, oferując czytelnikowi pocieszenie, spokój oraz wiarę w moc małych aktów dobroci. To książka, po którą warto sięgać w trudniejsze dni - by odzyskać równowagę, złapać oddech i przypomnieć sobie, że światło istnieje nawet wtedy, gdy chwilowo go nie widać. To subtelny, ale poruszający tom poezji, który powstał z potrzeby serca - z uważności na ludzką kruchość, zmęczenie i lęk. Autorka nie bagatelizuje trudnych emocji. Zamiast dawać puste pocieszenia, prowadzi czytelnika przez mrok w stronę światła, przypominając, że nadzieja bywa cicha, ale jest niezwykle silna. Wiersze Ashworth są proste w formie, a jednocześnie pełne emocjonalnej głębi. Mówią o miłości, życzliwości, przetrwaniu i o tym, że nawet najmniejszy gest dobra ma znaczenie. To poezja, która koi, wzmacnia i pozwala złapać oddech w świecie pełnym niepokoju. To idealna lektura na trudniejszy czas - dla siebie lub jako prezent dla kogoś, kto potrzebuje wsparcia. „Dzika nadzieja” przypomina, że światło nie znika. Czasem trzeba tylko pozwolić sobie je dostrzec.
Do wesela się zagoi
Po zobaczeniu kilku fragmentów z tej książki od razu się nią zainteresowałam i wiedziałam, że będę chciała ją przeczytać. Jest to książka o dojrzałych już bohaterach, główni bohaterowie, czyli Sutton, która jest opiekunką prawną swojej siostrzenicy oraz Hugh, który jest wspólnikiem w firmie, oraz przyjacielem głównego bohatera poprzedniego tomu. Każde z nich ma już poukładane życie, jednak czegoś im w nim brakuje, choć sami tego nie dostrzegają. Na początku nie pałali do siebie sympatią, jednak dostali zadanie zorganizowania razem wesela przyjaciół, więc ich relacja stopniowo się ocieplała i rozwijała. Podobało mi się, że autorka faktycznie wplatała w fabułę tę organizację wesela, a nie tylko pobieżnie o niej wspomniała i zapomniała. Mała Susie była takim promyczkiem i wulkanem energii, dodawała do historii wiele słodyczy. Od razu polubiła głównego bohatera, a ich rozmowy o dinozaurach czytało się naprawdę fajnie. Mimo że zauważyłam kilka mankamentów to książka mi się podobała. Miło spędziłam czas podczas czytania i myślę, że jeśli lubicie książki w takim stylu i z takimi motywami warto się zainteresować tym tytułem.
Kompulsywne objadanie się. Jak zrozumieć problem i skutecznie sobie pomóc
Początek marca wcale nie nastraja do bycia dla siebie miłą, zwłaszcza gdy za oknem aura przypomina rozmokłą bułę, a w głowie kotłuje się milion myśli na sekundę, bo przecież ADHD nie zna pojęcia „cisza nocna” ani „spokojny posiłek”. Kiedy brałam do ręki książkę Marceliny Paprockiej o kompulsywnym objadaniu się, miałam nadzieję, że to będzie ta chwila, w której ktoś poda mi konkretny klucz do szafki ze słodyczami, którą sama przed sobą zamykam na kłódkę, a potem w amoku rozbijam ją siekierą. Niestety, lektura ta zostawiła mnie z poczuciem, że właśnie zjadłam ryżowy wafel - niby coś w ustach było, niby objętość się zgadza, ale w środku dalej wieje pustką. Od dawna mam niemal pewność, że ten cały taniec z jedzeniem, chocholi taniec wokół lodówki, to nie jest tylko kwestia słabej woli, o której lubią grzmieć domorośli dietetycy na Instagramie. To moja rzeczywistość: ADHD sprawia, że regularne i zdrowe posiłki są dla mnie wyzwaniem na miarę zdobycia K2 zimą w klapkach. Nie radzę sobie z trudnymi emocjami w sposób, który opisywałyby podręczniki do mindfulness. Moim sposobem na stres, na przebodźcowanie, na ten cały jazgot świata, jest klasyczny zestaw startowy: cała tabliczka czekolady wciągnięta w trzy minuty, zagryziona czipsami dla przełamania smaku i popita kolą, żeby bąbelki choć na chwilę zagłuszyły lęk. A potem? Potem przychodzi ten moment, którego Paprocka tak bardzo chce nam oszczędzić - wyrzuty sumienia, które ciągną się za mną przez resztę dnia i cały kolejny, jak ciężki, brudny tren od sukni ślubnej. Autorka za punkt honoru postawiła sobie, żebyśmy przestały się linczować. I o ile brzmi to pięknie w teorii, o tyle w praktyce, kiedy siedzisz na podłodze w kuchni wśród papierków po batonach, to zdanie ma siłę rażenia gumowej strzały. Książka bardzo rzetelnie, niemal akademicko, tłumaczy mechanizmy. Wyjaśnia, jakie choroby współistniejące mogą z tym iść w parze, jak biologia splata się z psychiką, dlaczego Twój mózg krzyczy o dopaminę właśnie w formie cukru i tłuszczu. To wszystko prawda, tylko że ja tę prawdę znam z autopsji, a nie potrzebuję potwierdzenia, że mój organizm to skomplikowana maszyna. Potrzebuję instrukcji, jak przestać go psuć co drugi wieczór. Paprocka skupia się na łagodzeniu bólu istnienia, na budowaniu bezpiecznej bańki, w której objadanie się to tylko „trudny mechanizm obronny”. Może i jest to książka, która ma załagodzić poczucie winy, ale mam nieodparte wrażenie, że to takie głaskanie po głowie w momencie, gdy dom stoi w ogniu. Jasne, miło usłyszeć, że nie jestem zła, że nie jestem leniwa, że to chemia mózgu. Ale co mi po tej wiedzy, gdy ręka sama sięga po paczkę chipsów? Autorka proponuje budowanie nawyków żywieniowych jako antidotum na chaos, co w przypadku osoby z ADHD brzmi jak ponury żart. Dla nas „budowanie nawyków” to proces, który rozpada się przy pierwszym zgubionym kluczu albo przy zbyt głośnym dźwięku kosiarki u sąsiada. Tutaj zabrakło mięsa, zabrakło konkretnych wskazówek dla ludzi, którzy nie żyją w sterylnym świecie spokojnej autorefleksji, ale w centrum emocjonalnego cyklonu. Ciągłe powtarzanie mantry o nielinczowaniu się staje się po pewnym czasie irytujące, bo sugeruje, że problemem jest nasza reakcja na objadanie się, a nie sam fakt, że niszczymy sobie zdrowie i samopoczucie. To jest ta klasyczna psychologiczna pułapka współczesnych poradników - bądź dla siebie dobra, zaakceptuj siebie, nie oceniaj. Ale jak mam nie oceniać sytuacji, w której tracę kontrolę nad własnym ciałem? Autorka próbuje być tak bardzo delikatna, żeby nikogo nie urazić i nie pogłębić traumy, że w efekcie jej przekaz staje się rozmyty i mdły. Brakuje w tej książce uznania, że kompulsywne jedzenie to często brutalna walka, a nie tylko kwestia braku czułości dla samej siebie. Kiedy czytałam o tych wszystkich mechanizmach i chorobach, czułam się, jakbym oglądała film dokumentalny o kimś innym, choć przecież opisano tam moją codzienność. To paradoks - wiedzieć wszystko o swoim problemie i jednocześnie nie dostać ani jednego narzędzia, które przetrwałoby starcie z rzeczywistym atakiem głodu emocjonalnego. Jeśli szukasz w tej lekturze pocieszenia i chcesz usłyszeć, że Twoje kompulsy sprawiają, że jesteś po prostu „wyjątkowo wrażliwa”, to pewnie będziesz zachwycona. Ale jeśli, tak jak ja, masz już dość budzenia się z „cukrowym kacem” i wyrzutami sumienia, które są większe niż Twój apetyt, to ta książka Cię rozczaruje. Bo prawda jest taka, że od samego nielinczowania się nawyki żywieniowe nie wyrosną jak grzyby po deszczu. One wymagają twardej struktury, której Paprocka nie oferuje, woląc zostać w bezpiecznej strefie teoretycznych rozważań. To jest właśnie ten moment, kiedy włącza się mój bezpiecznik: ta książka jest zbyt ładna, zbyt estetyczna i zbyt grzeczna, by mogła pomóc komuś, kto wieczorami toczy wojnę domową z własnym cieniem przy otwartej lodówce. Możemy sobie tłumaczyć mechanizmy do rana, możemy cytować badania o dopaminie, ale dopóki jedyną radą jest „zbuduj nawyki”, to równie dobrze mogłybyśmy czytać horoskopy. Brakuje tu uznania dla absurdu tej sytuacji - tego, jak komicznie i tragicznie jednocześnie wygląda dorosła kobieta, która próbuje kolą popić wstyd po zjedzeniu zapasu słodyczy na cały tydzień. Paprocka pisze o tym, jakby to był delikatny kłopot z nastrojem, a nie destrukcyjny nałóg, który potrafi zdemolować pewność siebie na lata. Dlatego ta recenzja nie będzie pochwalna. Nie potrzebujemy więcej wyrozumiałości, która rozgrzesza nas z braku działania. Potrzebujemy kogoś, kto powie: „Tak, to, co robisz, jest bez sensu, niszczy Cię i oto jak możesz spróbować to przerwać, nawet jeśli Twój mózg z ADHD podpowiada Ci coś zupełnie innego”. Zamiast konkretu dostałyśmy watę cukrową - jest puszysta, różowa i znika po pierwszej sekundzie kontaktu z rzeczywistością. I tak jak po prawdziwej wacie cukrowej, po lekturze zostaje tylko lepki niesmak i świadomość, że znowu dałyśmy się nabrać na obietnicę łatwego rozwiązania, które polega na tym, by „po prostu przestać się linczować”. Tylko że lincz to nie jest wybór, to reakcja obronna na bezradność, której ta książka ani nie rozumie, ani nie potrafi uleczyć. Można przeczytać, żeby wiedzieć, co nauka mówi o naszych przypadłościach, ale nie licz na to, że po ostatniej stronie Twoja relacja z lodówką nagle stanie się partnerska. Dalej będziesz tam stać, dalej będziesz czuć ten impuls, a książka będzie leżeć na półce jako kolejny dowód na to, że teoria rzadko kiedy radzi sobie z praktyką życia w ciągłym emocjonalnym niedosycie. I to jest chyba najbardziej ironiczne - napisać książkę o objadaniu się, która sama w sobie jest tak jałowa, że po jej przeczytaniu masz ochotę iść do kuchni i zjeść coś konkretnego, bo te 1500 słów o nielinczowaniu się tylko podbiło Twój apetyt na prawdziwą zmianę, której tu nie znajdziesz. Pozostaje nam więc dalej walczyć z tymi naszymi adhd-owymi demonami, wiedząc już, że nikt nas nie uratuje za pomocą ładnie sformułowanych zdań o akceptacji. Musimy same znaleźć sposób na te wieczorne maratony z czekoladą i czipsami, bo Marcelina Paprocka najwyraźniej nigdy nie poczuła tego specyficznego pieczenia w przełyku, które miesza się ze smakiem koli i goryczą porażki, której żadne „nie linczuj się” nie jest w stanie osłodzić. To jest ten mniej estetyczny, ale prawdziwy obraz walki, o którym ta książka milczy, pudrując rzeczywistość warstwą psychologicznej poprawności, która w starciu z realnym problemem okazuje się być tylko kolejnym, pustym wypełniaczem czasu między jednym napadem a drugim.
Król Umbry. Przeklęte królestwo Vinculi #1
„Czy w pragnącym zemsty, mrocznym sercu może narodzić się miłość?” - to pytanie prowadzi nas przez całą historię i nie pozwala o sobie zapomnieć jeszcze długo po zamknięciu książki. Aurora „Rory” Raven widzi kolory duszy. Jest seryjną morderczynią, która zabija tych o czarnych, zepsutych duszach ludzi, którzy uniknęli sprawiedliwości. Kieruje nią trauma i chęć zemsty za brutalną śmierć ukochanej siostry bliźniaczki. Gdy w końcu zostaje schwytana, trafia do mrocznego królestwa Vinculi, gdzie władzę sprawuje Caius Król Umbry, władca potworów i koszmarów, sam uwięziony we własnym królestwie. Ich relacja zaczyna się od wrogości, pogardy i napięcia, ale stopniowo przeradza się w fascynację, która jest równie niebezpieczna jak świat, w którym przyszło im żyć. To historia o cienkiej granicy między nienawiścią a pożądaniem, między zemstą a przebaczeniem. To książka gęsta od emocji. Mroczna, duszna atmosfera niemal wylewa się ze stron - czuć chłód kamiennych sal, ciężar winy i obsesji. Autorka świetnie buduje napięcie między bohaterami - dialogi są ostre, pełne iskier i niedopowiedzeń. Chemia między Rory a Caiusem jest wyczuwalna od pierwszych scen, a ich relacja rozwija się powoli, z wyraźnym motywem enemies-to-lovers. To dark fantasy z wyraźną nutą romansu - momentami brutalne, momentami zmysłowe, ale przede wszystkim intensywne. Nie jest to lekka historia - porusza temat traumy, winy i moralnej szarości, zmuszając do zastanowienia się, czym właściwie jest sprawiedliwość. „Król Umbry” to propozycja dla fanów mrocznych romansów fantasy, silnych (choć poranionych) bohaterów i historii, w których miłość rodzi się w najmniej sprzyjających warunkach. Jeśli lubisz klimat gotyckiego królestwa, motyw władcy ciemności i relacje pełne napięcia to ta książka może być dla Ciebie.