Recenzje
Medytacja nad naturą umysłu
Oczekiwałam na przybycie przesyłki z tą pozycją z napięciem i gdy otworzyłam paczkę od razu uśmiech pojawił się na mej twarzy. Sam wygląd zewnętrzny pozycji jest przyciągający. Kolor okładki a także odcień stron ładnie się ze sobą komponuje a czerwona zakładka/wstążka - dzięki, której możemy zaznaczyć stronę, którą aktualnie czytamy albo do której będziemy chcieli wrócić – jest dodatkiem praktycznym i dobrze się komponującym z resztą. Same stronice są dość grube co mnie osobiście się podoba.
Użyta czcionka jest nie za duża i nie za mała, w miarę przystępna i wygodna do czytania. Da się ją swobodnie odczytać, co jest ważne. Jedna część książki oparta jest na wygłoszonym przez Jego Świętobliwość Dalajlamę wykładzie, wygłoszony on został w 2009 roku na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Barbara, druga część zaś poświęcona jest Khöntönowi Peldziorowi Lhündruba, znajdziemy i jego życiorys i pracę „Klejnot Spełniający Życzenia tradycji ustnej: instrukcje służące rozpoznaniu wspólnego poglądu na rzeczywistość”.
Najmniej trudności w czytaniu sprawia część związana z wystąpieniem XIV Dalajlamy, najciężej zaś część poświęconą życiu Khöntöna, ze względu na liczne przypisy, które tutaj już znajdują się na końcu pozycji, co sprawia, że co chwilę trzeba skakać po stronach książki, jak również ze względu na różne nazwy, osoby etc., które dla osoby nie oczytanej w literaturze z tego zakresu może być ciężkie do przebrnięcia i trochę może zniechęcić. Jednak zarazem występowanie takich zwrotów, nazw etc. jest również swego rodzaju ciekawą informacją co i jak się nazywa, kto jak się nazywa itp. A liczne przypisy przybliżają nieraz temat, który został zasygnalizowany tylko w tekście głównym. Myślę, że warto zaznaczyć, że w części nazwanej „Natura umysłu” (opracowane jak wspomniałam wcześniej na wykładzie Jego Świętobliwości Dalajlamy) przypisy znajdują się na dole strony i tu nie trzeba „skakać” i wertować kartek w tę i z powrotem.
Dzięki tej pozycji można dowiedzieć się chociażby jak powstał buddyzm tybetański, jakie ma korzenie, rodowód, choć nie jest to żaden elaborat na ten temat, jednak podstawowe informacje wprowadzające są. Co jest bardzo miłe i pozwala osobom nie znającym tej tematyki trochę lepiej ją zrozumieć. Przybliża w pewnym stopniu ogólnie tematykę buddyzmu tybetańskiego, wspomina o różnych tradycjach i ich spojrzeniach na tematy związane z medytacją nad naturą umysłu (początkowo zawiera informacje ogólne by w dalszej części przejść do rozpisania tematu jak i różnych wskazówek praktycznych).
Nie jest to pozycja najłatwiejsza w odbiorze, ma fragmenty łatwiejsze jak i trudniejsze do zrozumienia. Jest jednak równocześnie pozycją ogromnie ciekawą z różnymi ważnymi informacjami, jak chociażby informacje o medytacji nad naturą umysłu (temat główny), czy o tradycji dziewięciu pojazdów szkoły ningma. To pozycja, która nie koniecznie jest do przeczytania jeden tylko raz. Warto przeczytać ją więcej razy by móc zrozumieć ją lepiej i lepiej, szczególnie dla osób, które mocno nie rozeznają się w tematach poruszanych przez pozycję. Dla osób, które nic nie wiedzą o buddyzmie, medytacji, którzy mają odmienną filozofię życiową myślę, że ciekawym i w pewien sposób zachęcającym jednak do zajrzenia do tejże pozycji jest tekst zawarty na s. 39 – 40, a mianowicie:
„Jesteśmy tacy sami. To jest szczególnie ważne. Dlatego właśnie, że niczym się nie różnimy, możemy się porozumieć, i dlatego też, że jesteśmy tacy sami, możecie wykorzystać moje słowa i doświadczenie”
Im więcej jednak osoba zabierająca się za pozycję wie, chociażby o buddyzmie tybetańskie czy buddyzmie w ogóle, tym łatwiej będzie jej zrozumieć i zastosować wskazówki dotyczące medytacji nad umysłem. Dla mnie samej istnieją jeszcze różne znaki zapytania lecz mam nadzieję, że w swoim czasie będę mogła powiedzieć, że pojęłam każdą partię tej niezwykłej książki.
Czy polecam tę pozycję? Jak najbardziej chociażby dla samej „pierwszej części”. Choć wiele ważnych i przydatnych informacji dla odbiorcy znajduje się w „Klejnocie Spełniającym Życzenia tradycji ustnej” chociażby o tym „jak w wyniku praktykowania tej metody adept osiąga praktyczne urzeczywistnienie(…)”. Jest to pozycja ciekawa i pouczająca.
Użyta czcionka jest nie za duża i nie za mała, w miarę przystępna i wygodna do czytania. Da się ją swobodnie odczytać, co jest ważne. Jedna część książki oparta jest na wygłoszonym przez Jego Świętobliwość Dalajlamę wykładzie, wygłoszony on został w 2009 roku na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Barbara, druga część zaś poświęcona jest Khöntönowi Peldziorowi Lhündruba, znajdziemy i jego życiorys i pracę „Klejnot Spełniający Życzenia tradycji ustnej: instrukcje służące rozpoznaniu wspólnego poglądu na rzeczywistość”.
Najmniej trudności w czytaniu sprawia część związana z wystąpieniem XIV Dalajlamy, najciężej zaś część poświęconą życiu Khöntöna, ze względu na liczne przypisy, które tutaj już znajdują się na końcu pozycji, co sprawia, że co chwilę trzeba skakać po stronach książki, jak również ze względu na różne nazwy, osoby etc., które dla osoby nie oczytanej w literaturze z tego zakresu może być ciężkie do przebrnięcia i trochę może zniechęcić. Jednak zarazem występowanie takich zwrotów, nazw etc. jest również swego rodzaju ciekawą informacją co i jak się nazywa, kto jak się nazywa itp. A liczne przypisy przybliżają nieraz temat, który został zasygnalizowany tylko w tekście głównym. Myślę, że warto zaznaczyć, że w części nazwanej „Natura umysłu” (opracowane jak wspomniałam wcześniej na wykładzie Jego Świętobliwości Dalajlamy) przypisy znajdują się na dole strony i tu nie trzeba „skakać” i wertować kartek w tę i z powrotem.
Dzięki tej pozycji można dowiedzieć się chociażby jak powstał buddyzm tybetański, jakie ma korzenie, rodowód, choć nie jest to żaden elaborat na ten temat, jednak podstawowe informacje wprowadzające są. Co jest bardzo miłe i pozwala osobom nie znającym tej tematyki trochę lepiej ją zrozumieć. Przybliża w pewnym stopniu ogólnie tematykę buddyzmu tybetańskiego, wspomina o różnych tradycjach i ich spojrzeniach na tematy związane z medytacją nad naturą umysłu (początkowo zawiera informacje ogólne by w dalszej części przejść do rozpisania tematu jak i różnych wskazówek praktycznych).
Nie jest to pozycja najłatwiejsza w odbiorze, ma fragmenty łatwiejsze jak i trudniejsze do zrozumienia. Jest jednak równocześnie pozycją ogromnie ciekawą z różnymi ważnymi informacjami, jak chociażby informacje o medytacji nad naturą umysłu (temat główny), czy o tradycji dziewięciu pojazdów szkoły ningma. To pozycja, która nie koniecznie jest do przeczytania jeden tylko raz. Warto przeczytać ją więcej razy by móc zrozumieć ją lepiej i lepiej, szczególnie dla osób, które mocno nie rozeznają się w tematach poruszanych przez pozycję. Dla osób, które nic nie wiedzą o buddyzmie, medytacji, którzy mają odmienną filozofię życiową myślę, że ciekawym i w pewien sposób zachęcającym jednak do zajrzenia do tejże pozycji jest tekst zawarty na s. 39 – 40, a mianowicie:
„Jesteśmy tacy sami. To jest szczególnie ważne. Dlatego właśnie, że niczym się nie różnimy, możemy się porozumieć, i dlatego też, że jesteśmy tacy sami, możecie wykorzystać moje słowa i doświadczenie”
Im więcej jednak osoba zabierająca się za pozycję wie, chociażby o buddyzmie tybetańskie czy buddyzmie w ogóle, tym łatwiej będzie jej zrozumieć i zastosować wskazówki dotyczące medytacji nad umysłem. Dla mnie samej istnieją jeszcze różne znaki zapytania lecz mam nadzieję, że w swoim czasie będę mogła powiedzieć, że pojęłam każdą partię tej niezwykłej książki.
Czy polecam tę pozycję? Jak najbardziej chociażby dla samej „pierwszej części”. Choć wiele ważnych i przydatnych informacji dla odbiorcy znajduje się w „Klejnocie Spełniającym Życzenia tradycji ustnej” chociażby o tym „jak w wyniku praktykowania tej metody adept osiąga praktyczne urzeczywistnienie(…)”. Jest to pozycja ciekawa i pouczająca.
swiatairi.blogspot.com Airi, 2013-02-06
Adobe Photoshop Lightroom 4. Podręcznik dla fotografów
Dziś mam przyjemność przedstawić najnowszą książkę Martina Eveninga "Photoshop Lightroom 4 - podręcznik dla fotografów". Jest to pierwsza książka u mnie o programie Lightroom, ale na pewno nie ostatnia, bo mam jeszcze na tapecie trzy inne pozycje: Scott Kelby - Sekrety cyfrowej ciemni SK. Edycja i obróbka zdjęć Lightroom 2 , Nolan Hester - Po prostu Adobe Photoshop Lightroom 2, David du Chemin - Pracując nad kadrem w cyfrowej ciemni.
Martin Evening jest autorytetem, jeśli chodzi o programy do obróbki zdjęć. Ma on w swoim dorobku książki o poprzednich wersjach Lightroom, jak również kilka o kolejnych wersjach Photoshopa. Nic dziwnego, jest on profesjonalnym fotografem, który od lat zawodowo używa tych programów w swojej pracy. Miał on też swój udział przy powstawaniu osiem lat temu, pierwszej wersji programu Lightroom.
Książka przeznaczona jest dla wszystkich użytkowników programu od początkujących do zaawansowanych. Jest to znakomity przewodnik, od wprowadzenia i importowania zdjęć, przez ich katalogowanie, do ich obróbki, drukowania oraz prezentacji multimedialnych.
Książka składa się z dziesięciu rozdziałów plus jeden z ustawieniami programu.
Pierwszy z nich jest wprowadzeniem omawiającym: czym jest program, z czego się składa oraz na czym polega praca w nim.
Drugi opisuje wprowadzenie zdjęć do programu. Następne, po kolei autor prezentuje nam poszczególne moduły z których składa się Lightroom. Mamy po kolei przedstawione moduły Library (zarządzanie biblioteką naszych zdjęć – 3 rozdział), moduł Develop (przetwarzanie i korekcja naszych zdjęć - 4,5,6,7 rozdział), moduł Print (najlepsze ustawienia i przezwyciężanie problemów z drukowaniem – 8 rozdział), moduł Book, Slideshow, Web (tworzenie albumów, prezentacji, pokazów slajdów i galerii internetowych – 9 rozdział). Rozdział 10 to zarządzanie zdjęciami (praca z metadanymi, filtrowane i wyszukiwanie zdjęć). Książkę kończy dodatkowy rozdział o preferencjach i ustawieniach Lightrooma.
Moje wrażenia po przeczytaniu tej lektury są następujące: książka to bardzo obszerny przewodnik wprowadzający nowego użytkownika w świat cyfrowej ciemni programu Lightroom 4. Program wytworzył się z Photoshopa, aby przyspieszyć obróbkę i księgowanie tysięcy zdjęć cyfrowych na naszych komputerach i innych nośnikach. Autor, będąc od początku zaangażowany przy powstawaniu programu, zna go na „wylot”, poza tym, ma możliwość zaczerpnięcia informacji u źródła, czyli u osób zajmujących się jego poprawianiem oraz tworzeniem nowych wersji programu.
Książka jest bardzo czytelna i przejrzysta. Każdą rzecz, nad którą właśnie pracujemy można znaleźć bez trudu. Jest ona ładnie zobrazowana przykładami (zdjęcia z kolejnych etapów korekcji plus dołączony do nich zrozumiałe opisy). Daje nam to możliwość świetnego prześledzenia przykładu i naniesienia podobnych zmian na obrabianych przez nas zdjęciach (mamy tu np. kadrowanie, obracanie, ustalanie proporcji zdjęć, korygowanie prześwietlonych i niedoświetlonych zdjęć, dopasowanie ekspozycji, konwersja czarno – biała, wyostrzanie i redukcja szumów, tworzenie szablonów do późniejszego stosowania, współpraca programu Lightroom z Photosopem oraz wiele innych ciekawostek) .
Czytelność książki, o której wspominałem wcześniej, nadaje główna szpalta z opisywanym wątkiem głównym, z poszerzonymi uwagami na marginesie. W książce znajdziemy dużo ładnych fotografii, świetnie wkomponowanych wielkościowo w tekst oraz liczne screeny okienek parametrów wyskakujących w trakcie użytkowania programu.
Jest kilka książek o Photoshopie, które w nazwie mają "biblia" (niekiedy niezasłużenie). Ale ta książka z pewnością zasługuje na taką nazwę. Jest to jedna z najciekawszych pozycji wydawniczych o edycji zdjęć (naprawdę nie ma się do czego przyczepić), więc mimo, że cena książki wysoka 129zł, warto ja kupić, aby mieć kompletną wiedzę o profesjonalnym programie jakim jest Lightroom. Moim zdaniem lektura obowiązkowa do każdej biblioteczki użytkownika tego programu lub osób przymierzających się do jego kupna.
Dla mnie książka zasłużyła na maksymalną ocenę 6/6 (pierwszy raz na moim blogu!!!), oby więcej takich książek na rynku wydawniczym.
Martin Evening jest autorytetem, jeśli chodzi o programy do obróbki zdjęć. Ma on w swoim dorobku książki o poprzednich wersjach Lightroom, jak również kilka o kolejnych wersjach Photoshopa. Nic dziwnego, jest on profesjonalnym fotografem, który od lat zawodowo używa tych programów w swojej pracy. Miał on też swój udział przy powstawaniu osiem lat temu, pierwszej wersji programu Lightroom.
Książka przeznaczona jest dla wszystkich użytkowników programu od początkujących do zaawansowanych. Jest to znakomity przewodnik, od wprowadzenia i importowania zdjęć, przez ich katalogowanie, do ich obróbki, drukowania oraz prezentacji multimedialnych.
Książka składa się z dziesięciu rozdziałów plus jeden z ustawieniami programu.
Pierwszy z nich jest wprowadzeniem omawiającym: czym jest program, z czego się składa oraz na czym polega praca w nim.
Drugi opisuje wprowadzenie zdjęć do programu. Następne, po kolei autor prezentuje nam poszczególne moduły z których składa się Lightroom. Mamy po kolei przedstawione moduły Library (zarządzanie biblioteką naszych zdjęć – 3 rozdział), moduł Develop (przetwarzanie i korekcja naszych zdjęć - 4,5,6,7 rozdział), moduł Print (najlepsze ustawienia i przezwyciężanie problemów z drukowaniem – 8 rozdział), moduł Book, Slideshow, Web (tworzenie albumów, prezentacji, pokazów slajdów i galerii internetowych – 9 rozdział). Rozdział 10 to zarządzanie zdjęciami (praca z metadanymi, filtrowane i wyszukiwanie zdjęć). Książkę kończy dodatkowy rozdział o preferencjach i ustawieniach Lightrooma.
Moje wrażenia po przeczytaniu tej lektury są następujące: książka to bardzo obszerny przewodnik wprowadzający nowego użytkownika w świat cyfrowej ciemni programu Lightroom 4. Program wytworzył się z Photoshopa, aby przyspieszyć obróbkę i księgowanie tysięcy zdjęć cyfrowych na naszych komputerach i innych nośnikach. Autor, będąc od początku zaangażowany przy powstawaniu programu, zna go na „wylot”, poza tym, ma możliwość zaczerpnięcia informacji u źródła, czyli u osób zajmujących się jego poprawianiem oraz tworzeniem nowych wersji programu.
Książka jest bardzo czytelna i przejrzysta. Każdą rzecz, nad którą właśnie pracujemy można znaleźć bez trudu. Jest ona ładnie zobrazowana przykładami (zdjęcia z kolejnych etapów korekcji plus dołączony do nich zrozumiałe opisy). Daje nam to możliwość świetnego prześledzenia przykładu i naniesienia podobnych zmian na obrabianych przez nas zdjęciach (mamy tu np. kadrowanie, obracanie, ustalanie proporcji zdjęć, korygowanie prześwietlonych i niedoświetlonych zdjęć, dopasowanie ekspozycji, konwersja czarno – biała, wyostrzanie i redukcja szumów, tworzenie szablonów do późniejszego stosowania, współpraca programu Lightroom z Photosopem oraz wiele innych ciekawostek) .
Czytelność książki, o której wspominałem wcześniej, nadaje główna szpalta z opisywanym wątkiem głównym, z poszerzonymi uwagami na marginesie. W książce znajdziemy dużo ładnych fotografii, świetnie wkomponowanych wielkościowo w tekst oraz liczne screeny okienek parametrów wyskakujących w trakcie użytkowania programu.
Jest kilka książek o Photoshopie, które w nazwie mają "biblia" (niekiedy niezasłużenie). Ale ta książka z pewnością zasługuje na taką nazwę. Jest to jedna z najciekawszych pozycji wydawniczych o edycji zdjęć (naprawdę nie ma się do czego przyczepić), więc mimo, że cena książki wysoka 129zł, warto ja kupić, aby mieć kompletną wiedzę o profesjonalnym programie jakim jest Lightroom. Moim zdaniem lektura obowiązkowa do każdej biblioteczki użytkownika tego programu lub osób przymierzających się do jego kupna.
Dla mnie książka zasłużyła na maksymalną ocenę 6/6 (pierwszy raz na moim blogu!!!), oby więcej takich książek na rynku wydawniczym.
photomatrix-nik.blogspot.com Photomatrix, 2013-02-17
Rewolucja social media
Nie jest łatwo recenzować książkę autora, o którym wiadomo, że jego pasją są sporty walki. A gdy wiemy, że tekst ukaże się w internecie, monitorowanym głęboko przez jego firmę, to już nie przelewki. Pióro drży przed postawieniem złego słowa... Ale odstawmy żarty na bok i przejdźmy do rzeczy. Bo “Rewolucja social media” Michała Sadowskiego to książka, obok której nie warto przejść obojętnie. Zapraszamy na gościnny wpis Łukasza Maślanki z bloga ksiazkowisko.blogspot.com.
Jeden z najbardziej cenionych przeze mnie polskich publicystów, red. Edwin Bendyk z tygodnika "Polityka", napisał niedawno fascynujący tekst pt. "Wróżenie z danych". Materiał ten, by podsumować go w skrócie, opisuje jedną z najbardziej pożądanych współcześnie umiejętności, czyli analityczne i kreatywne podejście do przetwarzania ton informacji, w którym każdy z nas codziennie zanurza się po uszy. Jak twierdzi autor, to właśnie Informacja (z dużej litery, bo podkreślić rangę zjawiska) będzie dla XXI w. tym, czym dla poprzedniego stulecia i rozwoju światowej gospodarki była ropa naftowa.
Pompą, która nieustannie dolewa wody do tego oceanu informacji, jest internet. Dowód? - Od zarania dziejów do 2003 r. ludzkość wyprodukowała pięć eksabajtów danych. To bardzo dużo, a jednak oszałamia coś innego: dziś produkujemy tyle co dwa dni - uświadamia publicysta "Polityki".
Trzymając się porównania współczesnej rzeczywistości informacyjnej do oceanu można powiedzieć, że każdy z nas codziennie wyprawia się w podróż swoim małym statkiem po tej wielkiej wodzie. A gdyby nazwać każdego lajka na Facebooku czy wysłanego tweeta jednym ruchem wiosła, okazuje się, że to wiosłowanie idzie nam całkiem dobrze. Podkreśla to w "Rewolucji social media" Michał Sadowski, wskazując jednocześnie, jak potężnym agregatem informacji są media społecznościowe i niejako ustawiając sobie czytelnika przed dalszą lekturą książki:
- Z serwisów społecznościowych korzysta już ponad miliard ludzi na całym świecie. Co minutę na Facebooku pojawia się ponad 700 tys. nowych statusów i pół miliona komentarzy. W tym samym czasie na YouTube jest dodawanych 25 godzin nowych materiałów wideo, a na Twitterze 100 tys. wpisów.
Codziennie galaktyka cała informacji przelatuje nam nad głową. A wraz z nią sporo pytań. Jak się w tej rzeczywistości odnaleźć? Jak ją zrozumieć i wykorzystać narzędzia social media do własnych celów? I odwrotnie - czego nie robić, by społecznościówkami nie zrobić sobie krzywdy? Przecież nawet córka polskiego ministra finansów, kobieta wykształcona i bywała w świecie, strzeliła sobie wizerunkowego gola do własnej bramki właśnie przez Facebooka. Co więc ma powiedzieć szary zjadacz internetowego chleba? Rosnące znaczenie social mediów stawia też nowe pytania przed światem biznesu czy nauki. Czy w social media być, jeśli tak, to jak i co zrobić, żeby na tym zarobić, nie stosując jednocześnie marketingowej propagandy rodem z plakatów partii komunistycznej w Korei Północnej?
Szukając odpowiedzi na powyższe pytania, warto sięgnąć właśnie po "Rewolucję social media". Nie jest to być może książka przełomowa, ale też autor raczej nie miał takich aspiracji, by dokonać kopernikańskiego przewrotu w dziedzinie e-PR czy marketingu internetowego. Aspirować do pisania o mediach społecznościowych z planem, by coś przełomowego odkryć w teoriach, nie miałoby zresztą większego sensu. Bo ta sfera zmienia się praktycznie co dnia i w każdej chwili może się pojawić w sieci produkt czy usługa, która przeora świadomość zarówno internautów, jak też marketerów czy PR-owców.
Ot, przykład z ostatnich dni, czyli losy stworzonego przez załogę Twittera serwisu Vine. Ledwie zdążył zadebiutować, a już mówi się o nim, że będzie to odpowiednik Instagrama dla nagrań wideo - i to nie tylko dla indywidualnych użytkowników, ale też dla ekspertów czy agencji mediowych kreujących wizerunek marki czy promujących dane produkty. A za nowym produktem idą nowe case studies oraz potrzeba zmodyfikowania strategii marki w social media. Dlatego to, co dziś jest słuszną teorią, w obecnych realiach internetowych może być ważyć tyle, ile waży plik Worda czy Open Office'a, na którym tę strategię zapisano. Michał Sadowski tę rafę opłynął sprawnie i w "Rewolucji social media" przede wszystkim podjął się zadania, by obecny stan wiedzy o mediach społecznościowych uporządkować, podsumować i zebrać w spójne całości, przy okazji dostarczając praktycznych przykładów, jak można kreować komunikację na linii klient - marka oraz marka-klient.
Autor właśnie sferę komunikacji wskazuje jako sferę, gdzie obecnie toczy się brzemienna w skutkach rewolucja. Bo social media to przede wszystkim dialog, a smartfony czy tablety to narzędzia, które biernego konsumenta pozwalają szybko zmienić w świadomego prosumenta. Świadomego nie oznacza przy tym, że zawsze racjonalnego. Są marki, jak Nestle, które na własnej skórze przekonały się, jak głębokie rany na wizerunku marki może wyrządzić rozczarowanie jednego klienta. Czy słusznie, czy nie - to inna sprawa. Tyle, że ludziom zdarza się reagować histerycznie, a media społecznościowe są idealną agorą, by swoją histerią podzielić się z innymi użytkownikami, przy okazji przyprawiając PR-owców danej firmy o przedwczesne siwienie włosów. A firmy często są bezbronne wobec fali histerii, bo... nie wiedzą, że mówi się o nich w internecie. Gdy zaś już się dowiedzą, często mogą tylko dogaszać zgliszcza, bo szansę na realną walkę z wizerunkowym ogniem przespały w błogiej nieświadomości.
Tutaj pojawia się kolejna zaleta "Rewolucji social media", czyli bogaty rozdział o konieczności monitorowania wizerunku marki w internecie lub też, ujmując to w szerszej kategorii, jej rola edukacyjna. Sadowski pokazuje, jak można to robić i że to się opłaca - nie tylko dlatego, że profilaktyka jest lepsza niż leczenie, ale też z tego powodu, że reagując zawczasu, można sprytnie przemienić klienta nastawionego wrogo w ambasadora marki. A taki klient dopieszczony to klient zadowolony, który innych klientów zachęci, podkręcając w ten sposób sprzedaż. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że gro polskich firm (często nawet duże, popularne marki) internet i social media traktują nie tyle po macoszemu, bo zdają sobie sprawę z jego znaczenia, ale z pewną taką... nieśmiałością. Bez pomysłu, bez celu, bez planu i bez monitoringu. Wypada wierzyć, że po książkę Michała Sadowskiego sięgnęli już (albo, że planują to zrobić) PR-owcy krajowych przedsiębiorstw. Bo za jakość internetu i mediów społecznościowych odpowiadają jego użytkownicy, a widząc "czary z mleka" niektórych marek na Facebooku można nabrać przekonania, że niektórym dostęp do sieci www powinno się komisyjnie reglamentować...
"Rewolucja social media" to książka rzetelna i pożyteczna. I, mówiąc kolokwialnie, dopieszczona, bo autor zadbał o takie detale, jak kody QR odnoszące do stron internetowych opisujących szerzej poruszony temat czy infografiki. Jak wiadomo, detale często decydują o całości danego dzieła, a w przypadku "Rewolucji social media" udowadniają, że Sadowski nie tylko pisze, co wie, ale przede wszystkim - że dobrze wie, o czym pisze. A to nie zawsze jest ze sobą zbieżne. Uczciwie też trzeba przyznać, że niektóre fragmenty książki Michała Sadowskiego są nieco nudnawe - bywa, że po przyjemnych i wciągających opisach dostajemy partie tekstu zdecydowanie mniej przyjazne w odbiorze, która na kilka chwil zmienia lekturę w zajęcie dość żmudne. Tyle, że takich fragmentów nie ma znowu aż tak wiele, a na pewno nie rzutują one na ogólną ocenę książki.
Michał Sadowski w "Rewolucji social media" pokazał, że internet oraz sferę social media rozumie i w sposób przystępny zarówno dla zwykłego użytkownika sieci, jak dla nieco bardziej zaawansowanego internauty, wyłożył swoją wiedzę. Tak, jak pisałem wcześniej, książka Michała Sadowskiego nie jest rewolucyjna. Zdecydowanie bardziej pasuje do niej określenie reFolucyjna (rewolucja przez płynne reformy, a nie karkołomne zmiany), pochodzące od prof. Timothy Garton Asha, który opisał w ten sposób przemiany państw Europy Środkowo-Wschodniej po 1989 r. Autor pokazuje małe kroki, które mogą doprowadzić do dużych, pozytywnych rezultatów. Bo też social media same w sobie są komunikacyjną rewolucją, do której cegiełkę dokłada każdy ich użytkownik. Są tacy, którzy wymyślają przełomowe usługi webowe, jak Facebook czy Twitter, ale ich późniejszy charakter zależy w dużej mierze od tych, którzy ich używają. I od każdego zależy jakość tej rewolucji. Jakości bez wiedzy nie będzie, a skąd tę wiedzę czerpać? Moim zdaniem,"Rewolucja social media" pasuje tutaj jak ulał, będąc jednocześnie dobrym kluczem za kulisy komunikacyjnej rewolucji.
Jeden z najbardziej cenionych przeze mnie polskich publicystów, red. Edwin Bendyk z tygodnika "Polityka", napisał niedawno fascynujący tekst pt. "Wróżenie z danych". Materiał ten, by podsumować go w skrócie, opisuje jedną z najbardziej pożądanych współcześnie umiejętności, czyli analityczne i kreatywne podejście do przetwarzania ton informacji, w którym każdy z nas codziennie zanurza się po uszy. Jak twierdzi autor, to właśnie Informacja (z dużej litery, bo podkreślić rangę zjawiska) będzie dla XXI w. tym, czym dla poprzedniego stulecia i rozwoju światowej gospodarki była ropa naftowa.
Pompą, która nieustannie dolewa wody do tego oceanu informacji, jest internet. Dowód? - Od zarania dziejów do 2003 r. ludzkość wyprodukowała pięć eksabajtów danych. To bardzo dużo, a jednak oszałamia coś innego: dziś produkujemy tyle co dwa dni - uświadamia publicysta "Polityki".
Trzymając się porównania współczesnej rzeczywistości informacyjnej do oceanu można powiedzieć, że każdy z nas codziennie wyprawia się w podróż swoim małym statkiem po tej wielkiej wodzie. A gdyby nazwać każdego lajka na Facebooku czy wysłanego tweeta jednym ruchem wiosła, okazuje się, że to wiosłowanie idzie nam całkiem dobrze. Podkreśla to w "Rewolucji social media" Michał Sadowski, wskazując jednocześnie, jak potężnym agregatem informacji są media społecznościowe i niejako ustawiając sobie czytelnika przed dalszą lekturą książki:
- Z serwisów społecznościowych korzysta już ponad miliard ludzi na całym świecie. Co minutę na Facebooku pojawia się ponad 700 tys. nowych statusów i pół miliona komentarzy. W tym samym czasie na YouTube jest dodawanych 25 godzin nowych materiałów wideo, a na Twitterze 100 tys. wpisów.
Codziennie galaktyka cała informacji przelatuje nam nad głową. A wraz z nią sporo pytań. Jak się w tej rzeczywistości odnaleźć? Jak ją zrozumieć i wykorzystać narzędzia social media do własnych celów? I odwrotnie - czego nie robić, by społecznościówkami nie zrobić sobie krzywdy? Przecież nawet córka polskiego ministra finansów, kobieta wykształcona i bywała w świecie, strzeliła sobie wizerunkowego gola do własnej bramki właśnie przez Facebooka. Co więc ma powiedzieć szary zjadacz internetowego chleba? Rosnące znaczenie social mediów stawia też nowe pytania przed światem biznesu czy nauki. Czy w social media być, jeśli tak, to jak i co zrobić, żeby na tym zarobić, nie stosując jednocześnie marketingowej propagandy rodem z plakatów partii komunistycznej w Korei Północnej?
Szukając odpowiedzi na powyższe pytania, warto sięgnąć właśnie po "Rewolucję social media". Nie jest to być może książka przełomowa, ale też autor raczej nie miał takich aspiracji, by dokonać kopernikańskiego przewrotu w dziedzinie e-PR czy marketingu internetowego. Aspirować do pisania o mediach społecznościowych z planem, by coś przełomowego odkryć w teoriach, nie miałoby zresztą większego sensu. Bo ta sfera zmienia się praktycznie co dnia i w każdej chwili może się pojawić w sieci produkt czy usługa, która przeora świadomość zarówno internautów, jak też marketerów czy PR-owców.
Ot, przykład z ostatnich dni, czyli losy stworzonego przez załogę Twittera serwisu Vine. Ledwie zdążył zadebiutować, a już mówi się o nim, że będzie to odpowiednik Instagrama dla nagrań wideo - i to nie tylko dla indywidualnych użytkowników, ale też dla ekspertów czy agencji mediowych kreujących wizerunek marki czy promujących dane produkty. A za nowym produktem idą nowe case studies oraz potrzeba zmodyfikowania strategii marki w social media. Dlatego to, co dziś jest słuszną teorią, w obecnych realiach internetowych może być ważyć tyle, ile waży plik Worda czy Open Office'a, na którym tę strategię zapisano. Michał Sadowski tę rafę opłynął sprawnie i w "Rewolucji social media" przede wszystkim podjął się zadania, by obecny stan wiedzy o mediach społecznościowych uporządkować, podsumować i zebrać w spójne całości, przy okazji dostarczając praktycznych przykładów, jak można kreować komunikację na linii klient - marka oraz marka-klient.
Autor właśnie sferę komunikacji wskazuje jako sferę, gdzie obecnie toczy się brzemienna w skutkach rewolucja. Bo social media to przede wszystkim dialog, a smartfony czy tablety to narzędzia, które biernego konsumenta pozwalają szybko zmienić w świadomego prosumenta. Świadomego nie oznacza przy tym, że zawsze racjonalnego. Są marki, jak Nestle, które na własnej skórze przekonały się, jak głębokie rany na wizerunku marki może wyrządzić rozczarowanie jednego klienta. Czy słusznie, czy nie - to inna sprawa. Tyle, że ludziom zdarza się reagować histerycznie, a media społecznościowe są idealną agorą, by swoją histerią podzielić się z innymi użytkownikami, przy okazji przyprawiając PR-owców danej firmy o przedwczesne siwienie włosów. A firmy często są bezbronne wobec fali histerii, bo... nie wiedzą, że mówi się o nich w internecie. Gdy zaś już się dowiedzą, często mogą tylko dogaszać zgliszcza, bo szansę na realną walkę z wizerunkowym ogniem przespały w błogiej nieświadomości.
Tutaj pojawia się kolejna zaleta "Rewolucji social media", czyli bogaty rozdział o konieczności monitorowania wizerunku marki w internecie lub też, ujmując to w szerszej kategorii, jej rola edukacyjna. Sadowski pokazuje, jak można to robić i że to się opłaca - nie tylko dlatego, że profilaktyka jest lepsza niż leczenie, ale też z tego powodu, że reagując zawczasu, można sprytnie przemienić klienta nastawionego wrogo w ambasadora marki. A taki klient dopieszczony to klient zadowolony, który innych klientów zachęci, podkręcając w ten sposób sprzedaż. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że gro polskich firm (często nawet duże, popularne marki) internet i social media traktują nie tyle po macoszemu, bo zdają sobie sprawę z jego znaczenia, ale z pewną taką... nieśmiałością. Bez pomysłu, bez celu, bez planu i bez monitoringu. Wypada wierzyć, że po książkę Michała Sadowskiego sięgnęli już (albo, że planują to zrobić) PR-owcy krajowych przedsiębiorstw. Bo za jakość internetu i mediów społecznościowych odpowiadają jego użytkownicy, a widząc "czary z mleka" niektórych marek na Facebooku można nabrać przekonania, że niektórym dostęp do sieci www powinno się komisyjnie reglamentować...
"Rewolucja social media" to książka rzetelna i pożyteczna. I, mówiąc kolokwialnie, dopieszczona, bo autor zadbał o takie detale, jak kody QR odnoszące do stron internetowych opisujących szerzej poruszony temat czy infografiki. Jak wiadomo, detale często decydują o całości danego dzieła, a w przypadku "Rewolucji social media" udowadniają, że Sadowski nie tylko pisze, co wie, ale przede wszystkim - że dobrze wie, o czym pisze. A to nie zawsze jest ze sobą zbieżne. Uczciwie też trzeba przyznać, że niektóre fragmenty książki Michała Sadowskiego są nieco nudnawe - bywa, że po przyjemnych i wciągających opisach dostajemy partie tekstu zdecydowanie mniej przyjazne w odbiorze, która na kilka chwil zmienia lekturę w zajęcie dość żmudne. Tyle, że takich fragmentów nie ma znowu aż tak wiele, a na pewno nie rzutują one na ogólną ocenę książki.
Michał Sadowski w "Rewolucji social media" pokazał, że internet oraz sferę social media rozumie i w sposób przystępny zarówno dla zwykłego użytkownika sieci, jak dla nieco bardziej zaawansowanego internauty, wyłożył swoją wiedzę. Tak, jak pisałem wcześniej, książka Michała Sadowskiego nie jest rewolucyjna. Zdecydowanie bardziej pasuje do niej określenie reFolucyjna (rewolucja przez płynne reformy, a nie karkołomne zmiany), pochodzące od prof. Timothy Garton Asha, który opisał w ten sposób przemiany państw Europy Środkowo-Wschodniej po 1989 r. Autor pokazuje małe kroki, które mogą doprowadzić do dużych, pozytywnych rezultatów. Bo też social media same w sobie są komunikacyjną rewolucją, do której cegiełkę dokłada każdy ich użytkownik. Są tacy, którzy wymyślają przełomowe usługi webowe, jak Facebook czy Twitter, ale ich późniejszy charakter zależy w dużej mierze od tych, którzy ich używają. I od każdego zależy jakość tej rewolucji. Jakości bez wiedzy nie będzie, a skąd tę wiedzę czerpać? Moim zdaniem,"Rewolucja social media" pasuje tutaj jak ulał, będąc jednocześnie dobrym kluczem za kulisy komunikacyjnej rewolucji.
studiumprzypadku.com 2013-02-17
Subtelna rewolucja. Wykorzystaj potencjał swojego malucha od pierwszego dnia życia
Autorami staje się ojciec z córką, obydwoje angażowali się w pomoc dzieciom z uszkodzeniem mózgu.
Już po upływie pierwszych minut życia dziecka jest ono rozdzielane od matki, najpierw w szpitalu, a następnie w domu. Każdemu trud porodu kojarzy się z cierpieniem matki, nigdy nie noworodka. To właśnie on po opuszczeniu łona matki musi uporać się z nową sytuacją.
Już od pierwszych chwil życia musi nauczyć się oddychać, gdyż tylko w ten sposób może przeżyć. Ręce i nogi funkcjonują inaczej, niż w łonie matki, gdyż nie ma już wokół niego wody. Bardzo ważne jest, aby układać dziecko na brzuchu, aby mogło pełzać i ruszać kończynami. Tylko w ten sposób będzie mogło się rozwijać. Najczęściej rodzice kładą pociechę do łóżeczka, czy innego ogrodzonego miejsca, gdyż nie muszą się nim zajmować w tym momencie. Nie rozwija to jednak brzdąca, najważniejsze jest, aby miał dużo przestrzeni. Tego rodzice jednak mu nie zapewniają.
Mózg dziecka rozwija się znacznie szybciej, jeśli jest pobudzony do działania. Jeśli dziecko pozostaje bierne nie ma on szansy na to, aby się powiększać. Mózg przeciętnego człowieka waży między 1,4-1,8 kg, więc niezbyt wiele.
Kiedyś dzieci nie były rozdzielane od matki. Teraz najpierw oddaje się je do żłobka, następnie do szkoły do ukończenia 18. roku życia. Często zapomina się, że tylko rodzicielka może ukoić dziecko. Nieważne, jakby była zmęczona, czy rozdrażniona i tak zrobi to lepiej, niż inna postronna osoba.
Rozwój dziecka jest bardzo ważny i każdemu z nas powinno zależeć na tym, aby odbywał się, jak najlepiej.
Język poradnika jest prosty i zrozumiały, czyta się go szybko. Całości dopełniają tabelki, schematy, obrazki. Wszystko jest doskonale opisane. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tą tematyką, jednak jestem bardzo zadowolona.
Z twórczością tych autorów spotkałam się już dwukrotnie podczas czytania dwóch pozostałych książek z tej serii – czytanie i liczenie od pierwszego roku życia. Na żadnej z tych pozycji się nie zawiodłam, każda spełniła moje oczekiwania. Może jeszcze kiedyś przeczytam inną pozycję tych autorów.
,,Subtelna rewolucja. Wykorzystaj potencjał swojego malucha od pierwszego dnia życia” to doskonała pozycja dla rodziców dzieci, którzy chcą, aby ich pociechy rozwijały się w prawidłowym tempie. Chyba każdemu z nas na tym zależy!
recenzje-kiti.blogspot.com 2013-01-27
Subtelna rewolucja. Czytanie od pierwszego roku życia
Autorami staje się ojciec z córką, obydwoje angażowali się w pomoc dzieciom z uszkodzeniem mózgu.
Małe dzieci nie mają jeszcze dobrze rozwiniętego wzroku, dlatego podczas nauki czytania należy pamiętać, aby litery były duże. Wyprodukowano nawet specjalne tablice, które można kupić do nauki lub zrobić je samodzielnie. Najpierw powinny być pisane czerwonym pisakiem, z czasem kolor powinien zmieniać się na czarny wraz ze zmniejszaniem się wielkości.
Istnieje wiele obaw rodziców związanych z pójściem dziecka do 1 klasy. Mity utwierdzają rodziców w przekonaniu, że ich dziecko potrafiące czytać będzie się gorzej czuło w szkole. Wcale nie musi tak być, jeśli nauczyciel postąpi mądrze. Maluch nie będzie cofnięty w rozwoju, nie będzie się nudził. Być może nawet będzie się dzielił swoją wiedzą z rówieśnikami.
Dużo łatwiej jest zostawić dziecko w kojcu, aby odpocząć od niego i nie martwić się o jego bezpieczeństwo. Powszechnie wiadomo, że pociechy należą do osób ciekawskich, które muszą wszystkiego dotknąć, powąchać, zjeść. Na tym polega ich nauka, korzystają z 5 zmysłów, które posiadają. Rodzice często utrudniają im kontakt z nowymi rzeczami. Chcą, aby pociesze nic się nie stało.
Należy pamiętać, że nauka ma być dla dziecka zabawą. Nie można zmuszać malucha, aby za wszelką cenę zapamiętywał nowe litery. Gdy matka lub sam zainteresowany jest zmęczony warto sobie odpuścić, zrobić krótką kilkudniową przerwę, niż męczyć się wzajemnie.
Bardzo ważne jest, aby mieć przygotowane dużo plansz, które chcemy przedstawiać brzdącowi. Potomek nie lubi monotonii, dlatego nie jest wskazane pokazywanie po kilka razy tego samego. Dziecko będzie się wtedy niecierpliwić.
Maluch lubi ruch, gdy dana rzecz szybko się odbywa. Podczas pokazywania kart trzeba to robić sprawnie i dość szybko. W przeciwnym wypadku dziecko zacznie się nudzić i irytować. Warto przekładanie kart poćwiczyć z ojcem dziecka, aby nabrać wprawy w tej czynności.
Nie wskazane jest także przepytywanie dziecka ze zdobytej wiedzy. Nauka czytania ma być dla niego zabawą, a nie czymś związanym ze stresem.
Dziecko najlepiej chłonie wiedzę przed ukończeniem 6. roku życia. Nauka języka obcego jest możliwa tylko przed tą datą, później maluch już tak dobrze nie opanuje w pełni zagranicznej mowy.
Droga to czytania jest długa, jednak możliwa do wykonania. Najpierw należy uczyć dziecko pojedynczych słów, następnie pary wyrazów, potem krótkie, długie zdania, a na końcu książki.
Gdy będziemy pokazywać dziecku słowa lepiej robić to z większą ilością wyrazów. Korzystniej będzie, jeśli nauczy się większej ilości, niż wciąż będzie powtarzało te same.
Poradnik napisany jest w sposób prosty, przystępny dla przeciętnego czytelnika. Ja pomimo tego, że nie mam potomka przeczytałam go bardzo szybko i z wielką przyjemnością. Dowiedziałam się wielu dotąd mi nie znanych faktów.
Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością tych autorów , a zarazem serią ,,Subtelna rewolucja”. Mam do przeczytania jeszcze 2 pozycje, po które sięgnę niedługo z wielką chęcią.
,,Subtelna rewolucja. Czytanie od pierwszego roku życia” to doskonała pozycja dla rodziców dzieci, którym zależy na ich wczesnej edukacji i rozwoju.
Małe dzieci nie mają jeszcze dobrze rozwiniętego wzroku, dlatego podczas nauki czytania należy pamiętać, aby litery były duże. Wyprodukowano nawet specjalne tablice, które można kupić do nauki lub zrobić je samodzielnie. Najpierw powinny być pisane czerwonym pisakiem, z czasem kolor powinien zmieniać się na czarny wraz ze zmniejszaniem się wielkości.
Istnieje wiele obaw rodziców związanych z pójściem dziecka do 1 klasy. Mity utwierdzają rodziców w przekonaniu, że ich dziecko potrafiące czytać będzie się gorzej czuło w szkole. Wcale nie musi tak być, jeśli nauczyciel postąpi mądrze. Maluch nie będzie cofnięty w rozwoju, nie będzie się nudził. Być może nawet będzie się dzielił swoją wiedzą z rówieśnikami.
Dużo łatwiej jest zostawić dziecko w kojcu, aby odpocząć od niego i nie martwić się o jego bezpieczeństwo. Powszechnie wiadomo, że pociechy należą do osób ciekawskich, które muszą wszystkiego dotknąć, powąchać, zjeść. Na tym polega ich nauka, korzystają z 5 zmysłów, które posiadają. Rodzice często utrudniają im kontakt z nowymi rzeczami. Chcą, aby pociesze nic się nie stało.
Należy pamiętać, że nauka ma być dla dziecka zabawą. Nie można zmuszać malucha, aby za wszelką cenę zapamiętywał nowe litery. Gdy matka lub sam zainteresowany jest zmęczony warto sobie odpuścić, zrobić krótką kilkudniową przerwę, niż męczyć się wzajemnie.
Bardzo ważne jest, aby mieć przygotowane dużo plansz, które chcemy przedstawiać brzdącowi. Potomek nie lubi monotonii, dlatego nie jest wskazane pokazywanie po kilka razy tego samego. Dziecko będzie się wtedy niecierpliwić.
Maluch lubi ruch, gdy dana rzecz szybko się odbywa. Podczas pokazywania kart trzeba to robić sprawnie i dość szybko. W przeciwnym wypadku dziecko zacznie się nudzić i irytować. Warto przekładanie kart poćwiczyć z ojcem dziecka, aby nabrać wprawy w tej czynności.
Nie wskazane jest także przepytywanie dziecka ze zdobytej wiedzy. Nauka czytania ma być dla niego zabawą, a nie czymś związanym ze stresem.
Dziecko najlepiej chłonie wiedzę przed ukończeniem 6. roku życia. Nauka języka obcego jest możliwa tylko przed tą datą, później maluch już tak dobrze nie opanuje w pełni zagranicznej mowy.
Droga to czytania jest długa, jednak możliwa do wykonania. Najpierw należy uczyć dziecko pojedynczych słów, następnie pary wyrazów, potem krótkie, długie zdania, a na końcu książki.
Gdy będziemy pokazywać dziecku słowa lepiej robić to z większą ilością wyrazów. Korzystniej będzie, jeśli nauczy się większej ilości, niż wciąż będzie powtarzało te same.
Poradnik napisany jest w sposób prosty, przystępny dla przeciętnego czytelnika. Ja pomimo tego, że nie mam potomka przeczytałam go bardzo szybko i z wielką przyjemnością. Dowiedziałam się wielu dotąd mi nie znanych faktów.
Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością tych autorów , a zarazem serią ,,Subtelna rewolucja”. Mam do przeczytania jeszcze 2 pozycje, po które sięgnę niedługo z wielką chęcią.
,,Subtelna rewolucja. Czytanie od pierwszego roku życia” to doskonała pozycja dla rodziców dzieci, którym zależy na ich wczesnej edukacji i rozwoju.
recenzje-kiti.blogspot.com 2013-01-22