Recenzje
Subtelna rewolucja. Liczenie od pierwszego roku życia
Autorami staje się ojciec z córką, obydwoje angażowali się w pomoc dzieciom z uszkodzeniem mózgu.
Niewielu z nas zdaje sobie sprawę z tego, że im dziecko jest młodsze tym łatwiej jest mu opanować zasady matematyki! Istnieje przekonania, że w wieku 6, czy 7 lat, gdy pójdzie do szkoły wszystkiego się nauczy. Tak jednak nie jest. Maluch najlepiej zapamiętuje nowe rzeczy od urodzenia do 4. roku życia.
Nauka dla dzieci ma stać się zabawą, a nie przykrym obowiązkiem. Nie wiele z nich ma sposobność chłonięcia nowych informacji.
Maluch musi wszystko dotknąć, polizać, dotknąć. Tylko w ten sposób może się zapoznać z nowym przedmiotem. Tymczasem dla rodziców jest to irytujące i wolą zamknąć dziecko w kojcu, aby nie musieli się nim zajmować. Opiekunowie mają wtedy spokój, nie muszą zajmować się potomkiem. Zamknięta przestrzeń nie wpływa dobrze na brzdąca, nie może się poruszać, ma ograniczone miejsce do przemieszczenia się.
Podczas uczenia się cyfr musimy pamiętać o tym, aby nie zmuszać potomka do tych działań, na które nie ma ochoty. Ma to być dla niego przyjemnością, a nie karą. Jeśli jedna ze stron jest już zmęczona warto przerwać tą czynność, aby nie kojarzyła się maluchowi z przykrym obowiązkiem.
Na początku seanse powinny trwać po kilka sekund, z czasem powinny ulegać wydłużeniu. Karty należy mieć już uszykowane szybciej i w dużej ilości. Dziecko nie może się nudzić i wciąż oglądać tego samego. Zapamiętuje te rzeczy dużo szybciej, niż myślimy. Gdy zabraknie nam materiałów do nauki warto zrobić przerwę na kilka dni, czy tygodni, aby uzupełnić materiały.
Karty należy przesuwać sprawnie, gdyż maluch nie lubi monotonii, warto poćwiczyć tą czynność z ojcem dziecka.
Poradnik napisany jest w sposób prosty i zrozumiały, podobnie zresztą, jak ten o czytaniu. Irytujące było jednak to, że autorzy podawali te same neutralne fakty, które należy wykonywać przy nauce dziecka. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie można wymyślić nic innego, bo wszystko opiera się na określonych schematach, ale można to było opisać chociaż innymi słowami. Osoby, które nie będą czytały jednego za drugim nie powinno to przeszkadzać…
Liczenie to bardzo mozolna praca, jednak możliwa do wykonania. Najważniejsze, abyśmy pamiętali o pewnych etapach, które należy wykonać przy nauce liczenia: jako pierwsze jest rozpoznawanie liczb, następnie równania, rozwiązywanie zadań, rozpoznawanie cyfr, równania z cyframi. Dzięki naszej konsekwencji i zaangażowaniu maluch na pewno szybko opanuje podstawy matematyki.
Przyznam, że jeszcze nie słyszałam, aby jakiś rodzic ćwiczył podstawy liczenia, czy czytania ze swoim nowonarodzonym dzieckiem. Jest to metoda stosunkowo nowa i może nie ma jeszcze wielu zwolenników. Ja, gdybym miała taką możliwość z pewnością bym skorzystała z tej metody.
Już po raz drugi miałam okazję przeczytać pozycje tych autorów. Z chęcią przeczytam jeszcze trzecią pozycję z tej serii.
,,Subtelna rewolucja. Liczenie od pierwszego roku życia” to doskonała pozycja głównie dla rodziców spodziewających się dziecka lub tych, którzy już je mają.
Niewielu z nas zdaje sobie sprawę z tego, że im dziecko jest młodsze tym łatwiej jest mu opanować zasady matematyki! Istnieje przekonania, że w wieku 6, czy 7 lat, gdy pójdzie do szkoły wszystkiego się nauczy. Tak jednak nie jest. Maluch najlepiej zapamiętuje nowe rzeczy od urodzenia do 4. roku życia.
Nauka dla dzieci ma stać się zabawą, a nie przykrym obowiązkiem. Nie wiele z nich ma sposobność chłonięcia nowych informacji.
Maluch musi wszystko dotknąć, polizać, dotknąć. Tylko w ten sposób może się zapoznać z nowym przedmiotem. Tymczasem dla rodziców jest to irytujące i wolą zamknąć dziecko w kojcu, aby nie musieli się nim zajmować. Opiekunowie mają wtedy spokój, nie muszą zajmować się potomkiem. Zamknięta przestrzeń nie wpływa dobrze na brzdąca, nie może się poruszać, ma ograniczone miejsce do przemieszczenia się.
Podczas uczenia się cyfr musimy pamiętać o tym, aby nie zmuszać potomka do tych działań, na które nie ma ochoty. Ma to być dla niego przyjemnością, a nie karą. Jeśli jedna ze stron jest już zmęczona warto przerwać tą czynność, aby nie kojarzyła się maluchowi z przykrym obowiązkiem.
Na początku seanse powinny trwać po kilka sekund, z czasem powinny ulegać wydłużeniu. Karty należy mieć już uszykowane szybciej i w dużej ilości. Dziecko nie może się nudzić i wciąż oglądać tego samego. Zapamiętuje te rzeczy dużo szybciej, niż myślimy. Gdy zabraknie nam materiałów do nauki warto zrobić przerwę na kilka dni, czy tygodni, aby uzupełnić materiały.
Karty należy przesuwać sprawnie, gdyż maluch nie lubi monotonii, warto poćwiczyć tą czynność z ojcem dziecka.
Poradnik napisany jest w sposób prosty i zrozumiały, podobnie zresztą, jak ten o czytaniu. Irytujące było jednak to, że autorzy podawali te same neutralne fakty, które należy wykonywać przy nauce dziecka. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie można wymyślić nic innego, bo wszystko opiera się na określonych schematach, ale można to było opisać chociaż innymi słowami. Osoby, które nie będą czytały jednego za drugim nie powinno to przeszkadzać…
Liczenie to bardzo mozolna praca, jednak możliwa do wykonania. Najważniejsze, abyśmy pamiętali o pewnych etapach, które należy wykonać przy nauce liczenia: jako pierwsze jest rozpoznawanie liczb, następnie równania, rozwiązywanie zadań, rozpoznawanie cyfr, równania z cyframi. Dzięki naszej konsekwencji i zaangażowaniu maluch na pewno szybko opanuje podstawy matematyki.
Przyznam, że jeszcze nie słyszałam, aby jakiś rodzic ćwiczył podstawy liczenia, czy czytania ze swoim nowonarodzonym dzieckiem. Jest to metoda stosunkowo nowa i może nie ma jeszcze wielu zwolenników. Ja, gdybym miała taką możliwość z pewnością bym skorzystała z tej metody.
Już po raz drugi miałam okazję przeczytać pozycje tych autorów. Z chęcią przeczytam jeszcze trzecią pozycję z tej serii.
,,Subtelna rewolucja. Liczenie od pierwszego roku życia” to doskonała pozycja głównie dla rodziców spodziewających się dziecka lub tych, którzy już je mają.
recenzje-kiti.blogspot.com 2013-01-27
E-wangeliści. Ucz się od najlepszych twórców polskiego internetu
Porywająca opowieść o początkach polskiego internetu. O sile ludzkiej determinacji i wierze w fenomen internetu. O fascynacji pomysłami zza Wielkiej Wody. Przeczytałem w rekordowo szybkim czasie i jestem pod ogromnym wrażeniem. Podziwiam ludzi, którzy w pewnym momencie swojego życia potrafili postawić wszystko na jedną, mocno wówczas niepewną kartę, i odnieść sukces. Moim zdaniem „E-wangeliści” to lektura obowiązkowa dla wszystkich planujących przygodę, której na imię będzie „start-up”.
W książce Tomasza Ciska i Pawła Nowackiego, autorów którzy sami brali udział w tworzeniu polskiego internetu i rynku e-commerce, znajdziecie historię sukcesu 15, a właściwie 18 (15 wywiadów, 18 osób), Apostołów. Apostołów głoszących dobrą nowinę, którzy pomogli przeprowadzić nasze społeczeństw0 do Ziemi Obiecanej czyli świata 2.0 (a może nawet 3.).
Początki polskiego internetu nie sięgają wbrew pozorom odległych czasów. Oficjalnie to rok 1991. Obserwując poczynania bohaterów opisanej książki można prześledzić w telegraficznym skrócie rozwój sieci i zmian, jakie niosła dla nas wszystkich. Zmian technologicznych, społecznych i kulturowych. Książka jest świadectwem minionych czasów oraz niewyczerpanym zbiorem inspiracji.
Kogo poznamy, dzięki książce „E-wangeliści”?
- Jacka Kawalca (Wirtualna Polska),
- Arkadiusz Osiaka (Money.pl),
- Zbigniewa Sykulskiego (Merlin.pl),
- Jana Łukasza Wejcherta (Onet.pl),
- Artura Gortycha (Artegence),
- Krzysztofa Golonki (CR Media Consulting),
- Michał Brański, Jacek Świderski i Krzysztof Sierota (założyciele o2.pl),
- Arjana Bakkera (Allegro.pl),
- Piotra Ejdysa (Gemius),
- Piotra Pokrzywy i Krzysztofa Szalwy (Gadu-Gadu),
- Marka Rusieckiego (Ad.net) ,
- Marcina Woźniaka (ArboMedia),
- Rafała Agnieszczaka (Fotka.pl),
- Marcina Pery (Gemius, Redefine) ,
- Artura Zawadzkiego (Gemius).
Książka została napisana w formie wywiadu. Twórcy polskiego internetu odpowiadali w 2008 na ten sam zestaw pytań, dodatkowo zaktualizowanych w 2012 r.
Jaka historia podobała mi się najbardziej?
1. Na pewno fajnie czytało się wywiad z Rafałem Agnieszczakiem z Fotki.pl . Pewnie ze względu na to, iż jest prawdziwym oryginałem (np. nie posiada paszportu, nie korzysta z urlopów).
2. Prawdziwą inspiracją był wywiad z Arturem Gorychem, założycielem i prezesem firmy Artegence. Wydawało mi się nieprawdopodobne, jak można było założyć i z sukcesami prowadzić działalność reklamową w internecie w Polsce, w latach 90. Nikt wtedy nie wiedział jak to robić, mało kto miał dostęp do sieci, reklamodawcy nie chcieli kierować tam swoich budżetów. Ogromny wysiłek, jaki trzeba było włożyć w edukację rynku, zasługuje na uznanie.
3. Za prawdziwie fascynującą uznaję opowieść o początkach poczty i portalu o2.pl oraz ich właścicielach („Było nas trzech, w każdym z nas inna krew”). O serwerach przewożonych z miejsca na miejsce. O działalności prowadzonej w piwnicy. O latach życia pod kreską i inwestowania wszystkich pieniędzy w firmę.
4. Na pewno warto również zapoznać się z wywiadami z Piotrem Ejdysem z Gemiusa i Arjanem Bakkerem z Allegro. To przecież jedne z nielicznych firm z polskiego sektora internetowego, które odniosły sukces międzynarodowy.
Ps. warto także zwrócić uwagę na opis heroicznej walki w obronie praw akcjonariuszy mniejszościowych, jaką Jacek Kawalec i Maciej Grabski z Wirtualnej Polski stoczyli z TPS SA. Walki, co ważne wygranej. Przykład równie olbrzymiej determinacji to historia Marcina Woźniaka z ArboMedia, który utrzymał firmę na rynku po wycofaniu się inwestora.
W książce Tomasza Ciska i Pawła Nowackiego, autorów którzy sami brali udział w tworzeniu polskiego internetu i rynku e-commerce, znajdziecie historię sukcesu 15, a właściwie 18 (15 wywiadów, 18 osób), Apostołów. Apostołów głoszących dobrą nowinę, którzy pomogli przeprowadzić nasze społeczeństw0 do Ziemi Obiecanej czyli świata 2.0 (a może nawet 3.).
Początki polskiego internetu nie sięgają wbrew pozorom odległych czasów. Oficjalnie to rok 1991. Obserwując poczynania bohaterów opisanej książki można prześledzić w telegraficznym skrócie rozwój sieci i zmian, jakie niosła dla nas wszystkich. Zmian technologicznych, społecznych i kulturowych. Książka jest świadectwem minionych czasów oraz niewyczerpanym zbiorem inspiracji.
Kogo poznamy, dzięki książce „E-wangeliści”?
- Jacka Kawalca (Wirtualna Polska),
- Arkadiusz Osiaka (Money.pl),
- Zbigniewa Sykulskiego (Merlin.pl),
- Jana Łukasza Wejcherta (Onet.pl),
- Artura Gortycha (Artegence),
- Krzysztofa Golonki (CR Media Consulting),
- Michał Brański, Jacek Świderski i Krzysztof Sierota (założyciele o2.pl),
- Arjana Bakkera (Allegro.pl),
- Piotra Ejdysa (Gemius),
- Piotra Pokrzywy i Krzysztofa Szalwy (Gadu-Gadu),
- Marka Rusieckiego (Ad.net) ,
- Marcina Woźniaka (ArboMedia),
- Rafała Agnieszczaka (Fotka.pl),
- Marcina Pery (Gemius, Redefine) ,
- Artura Zawadzkiego (Gemius).
Książka została napisana w formie wywiadu. Twórcy polskiego internetu odpowiadali w 2008 na ten sam zestaw pytań, dodatkowo zaktualizowanych w 2012 r.
Jaka historia podobała mi się najbardziej?
1. Na pewno fajnie czytało się wywiad z Rafałem Agnieszczakiem z Fotki.pl . Pewnie ze względu na to, iż jest prawdziwym oryginałem (np. nie posiada paszportu, nie korzysta z urlopów).
2. Prawdziwą inspiracją był wywiad z Arturem Gorychem, założycielem i prezesem firmy Artegence. Wydawało mi się nieprawdopodobne, jak można było założyć i z sukcesami prowadzić działalność reklamową w internecie w Polsce, w latach 90. Nikt wtedy nie wiedział jak to robić, mało kto miał dostęp do sieci, reklamodawcy nie chcieli kierować tam swoich budżetów. Ogromny wysiłek, jaki trzeba było włożyć w edukację rynku, zasługuje na uznanie.
3. Za prawdziwie fascynującą uznaję opowieść o początkach poczty i portalu o2.pl oraz ich właścicielach („Było nas trzech, w każdym z nas inna krew”). O serwerach przewożonych z miejsca na miejsce. O działalności prowadzonej w piwnicy. O latach życia pod kreską i inwestowania wszystkich pieniędzy w firmę.
4. Na pewno warto również zapoznać się z wywiadami z Piotrem Ejdysem z Gemiusa i Arjanem Bakkerem z Allegro. To przecież jedne z nielicznych firm z polskiego sektora internetowego, które odniosły sukces międzynarodowy.
Ps. warto także zwrócić uwagę na opis heroicznej walki w obronie praw akcjonariuszy mniejszościowych, jaką Jacek Kawalec i Maciej Grabski z Wirtualnej Polski stoczyli z TPS SA. Walki, co ważne wygranej. Przykład równie olbrzymiej determinacji to historia Marcina Woźniaka z ArboMedia, który utrzymał firmę na rynku po wycofaniu się inwestora.
jaceklipski.pl Jacek Lipski, 2013-02-17
Rozmowa kwalifikacyjna. O czym nie wiedza kandydaci do pracy, czyli sekrety rekrutujących. Wydanie II rozszerzone
Pracy nie musiałem szukać już od dawna i mam wielką nadzieję, że już nigdy nie będę musiał. Pamiętam jednak te chwile, gdy każda rozmowa kwalifikacyjna była pewnym stresem. Z czasem ten strach znikał, przychodziło doświadczenie oraz pewność siebie. W ostatnim czasie trafiła w moje ręce książka, która zdradza wiele sekretów rozmów kwalifikacyjnych. Tych dla pracowników, jak i dla pracodawców. Wątpliwość pojawiła się wraz z pytaniem czy jedna publikacja jest w stanie zwiększyć nasze szanse w trakcie rozmowy o pracę.
Zanim przejdę do właściwej recenzji warto pamiętać o kilku faktach, które wyniosłem nie z niej, tylko z własnego doświadczenia. Chcąc dostać jakąkolwiek pracę musimy zdawać sobie sprawę z tego, że na to stanowisko kandyduje zapewne setka innych kandydatów. Walka o stanowisko zaczyna się najczęściej dużo wcześniej niż przy biurku osoby rekrutującej. Aby się wyróżnić, niekoniecznie musimy wykazać się wiedzą. Ona nie jest najważniejsza. Kiedy rezygnowano ze mnie na ostatnim etapie rekrutacji wiedziałem, że wiedzą nie ustępowałem nikomu. Decydowały szczegóły. O nich właśnie jest ta książka.
Wiecie, że o rzeczach banalnych zapominamy najczęściej? Dopiero w momencie gdy ktoś nam o nich przypomina najpierw uśmiechamy się pobłażliwie, by po chwili zdać sobie sprawę z tego, że nie pamiętaliśmy o drobiazgach. Do książki poruszającej tematykę rozmów kwalifikacyjnych podchodziłem bez zbytniego zapału, licząc bardziej na aspekty psychologiczne niż interesujące mnie rozwiązania. Jak się okazuje znalezione w publikacji porady stosować można również w trakcie rozmów z klientami, co mocno poszerza grono jej potencjalnych odbiorców.
Co więc znalazłem w środku? Potwierdzenie czegoś, z czym wiele osób nie chce się pogodzić. Na rynku pracy jesteśmy produktem. Czymś, co trzeba zareklamować i sprzedać. Jesteśmy rozwiązaniem problemu pracodawcy, w końcu potrzebuje on kogoś do wykonywania konkretnych zadań. Jeżeli już ‘na dzień dobry’ nie przypadniemy mu do gustu, uratowanie sytuacji może być bardzo trudne.
Książka zawiera 40 podstawowych zasad, które teoretycznie mają doprowadzić nas do sukcesu. Teoretycznie, gdyż wielu z nich nie damy rady się nauczyć. Nie zmienimy siebie, swoich przyzwyczajeń, możemy nad nimi co najwyżej mocno pracować. Niektóre porady wywołuję drwiący uśmiech na twarzy i wątpliwość, że ktoś może postępować inaczej niż jest napisane. Jak widać, może. Jeżeli do tej pory, pomimo wielu rozmów kwalifikacyjnych, nie udało się dostać wymarzonej posady, ta książka da nam właściwą odpowiedź. Po jej lekturze nie przychodzą mi do głowy pomysły, których mogło w niej zabraknąć.
Na koniec pamiętajcie o jednym. Żadna książka nie sprawi, że w cudowny sposób dostaniecie pracę. Rynek jest ciężko, jak wszędzie wygrywają najsilniejsi. Pracy nigdy nie dostaje najlepszy kandydat, posiadający fantastyczny życiorys. Pracę dostaje ten, który oprócz suchych faktów zaprezentuje coś czym przekona do siebie innych. Braki w wiedzy można nadrobić. Każdą wadę można nadrobić. Najważniejsze, by całokształt wypadł pozytywnie.
Czy zatem warto ją kupić? Tak, jeżeli poszukujecie pracy albo na co dzień pracujecie z klientami. Jeżeli pominiemy kilka banałów, na których sam przewijałem kartki otrzymamy chyba najlepszy jaki do tej pory czytałem poradnik nie tylko dla szukających pracy, lecz także dla rekrutujących pracodawców.
Zanim przejdę do właściwej recenzji warto pamiętać o kilku faktach, które wyniosłem nie z niej, tylko z własnego doświadczenia. Chcąc dostać jakąkolwiek pracę musimy zdawać sobie sprawę z tego, że na to stanowisko kandyduje zapewne setka innych kandydatów. Walka o stanowisko zaczyna się najczęściej dużo wcześniej niż przy biurku osoby rekrutującej. Aby się wyróżnić, niekoniecznie musimy wykazać się wiedzą. Ona nie jest najważniejsza. Kiedy rezygnowano ze mnie na ostatnim etapie rekrutacji wiedziałem, że wiedzą nie ustępowałem nikomu. Decydowały szczegóły. O nich właśnie jest ta książka.
Wiecie, że o rzeczach banalnych zapominamy najczęściej? Dopiero w momencie gdy ktoś nam o nich przypomina najpierw uśmiechamy się pobłażliwie, by po chwili zdać sobie sprawę z tego, że nie pamiętaliśmy o drobiazgach. Do książki poruszającej tematykę rozmów kwalifikacyjnych podchodziłem bez zbytniego zapału, licząc bardziej na aspekty psychologiczne niż interesujące mnie rozwiązania. Jak się okazuje znalezione w publikacji porady stosować można również w trakcie rozmów z klientami, co mocno poszerza grono jej potencjalnych odbiorców.
Co więc znalazłem w środku? Potwierdzenie czegoś, z czym wiele osób nie chce się pogodzić. Na rynku pracy jesteśmy produktem. Czymś, co trzeba zareklamować i sprzedać. Jesteśmy rozwiązaniem problemu pracodawcy, w końcu potrzebuje on kogoś do wykonywania konkretnych zadań. Jeżeli już ‘na dzień dobry’ nie przypadniemy mu do gustu, uratowanie sytuacji może być bardzo trudne.
Książka zawiera 40 podstawowych zasad, które teoretycznie mają doprowadzić nas do sukcesu. Teoretycznie, gdyż wielu z nich nie damy rady się nauczyć. Nie zmienimy siebie, swoich przyzwyczajeń, możemy nad nimi co najwyżej mocno pracować. Niektóre porady wywołuję drwiący uśmiech na twarzy i wątpliwość, że ktoś może postępować inaczej niż jest napisane. Jak widać, może. Jeżeli do tej pory, pomimo wielu rozmów kwalifikacyjnych, nie udało się dostać wymarzonej posady, ta książka da nam właściwą odpowiedź. Po jej lekturze nie przychodzą mi do głowy pomysły, których mogło w niej zabraknąć.
Na koniec pamiętajcie o jednym. Żadna książka nie sprawi, że w cudowny sposób dostaniecie pracę. Rynek jest ciężko, jak wszędzie wygrywają najsilniejsi. Pracy nigdy nie dostaje najlepszy kandydat, posiadający fantastyczny życiorys. Pracę dostaje ten, który oprócz suchych faktów zaprezentuje coś czym przekona do siebie innych. Braki w wiedzy można nadrobić. Każdą wadę można nadrobić. Najważniejsze, by całokształt wypadł pozytywnie.
Czy zatem warto ją kupić? Tak, jeżeli poszukujecie pracy albo na co dzień pracujecie z klientami. Jeżeli pominiemy kilka banałów, na których sam przewijałem kartki otrzymamy chyba najlepszy jaki do tej pory czytałem poradnik nie tylko dla szukających pracy, lecz także dla rekrutujących pracodawców.
newcreative.pl .
Olo na Atlantyku. Kajakiem przez ocean
Można przepłynąć kajakiem Atlantyk, ale to wcale nie znaczy, że się napisze o tym dobrą książkę. A jednak! Aleksandrowi Dobie, najsłynniejszemu obecnie polskiemu kajakarzowi, sztuka ta udała się wyśmienicie.
Kajakarstwo to tylko jedna z wielu pasji Aleksandra Doba. Kajakiem przepłynął ponad 80 tysięcy kilometrów, z czego 20 tysięcy po morzach i oceanach. Od tych liczb może się zakręcić w głowie. A to przecież nie wszystko!
Jego najbardziej znany wyczyn to, dokonane na przełomie 2010 i 2011 roku, pokonanie Atlantyku na trasie z Dakaru w Senegalu do Fortalezy w Brazylii – czyli z kontynentu afrykańskiego na kontynent południowoamerykański. W prostej linii to około 3,2 tysiąca kilometrów. Doba przewiosłował 5,4 tysiąca kilometrów walcząc z wiatrem i prądami.
Przepłynięcie tego dystansu zajęło pochodzącemu z Polic kajakarzowi niemal 100 dób. I o tym właśnie opowiada w swojej książce „Olo na Atlantyku. Kajakiem przez ocean.” To prawie 300 stron, wbrew tu i ówdzie przejawianym obawom autora, pasjonującej opowieści o tym, jak się zostaje pierwszym człowiekiem w historii, który kajakiem, bez pomocy żagla, a tylko używając siły własnych mięśni, przepłynął Ocean Atlantycki.
Co znamienne, sam Aleksander Doba nie lubi tak o sobie mówić. Jest na to zbyt skromny. Swojej wyprawy nie traktuje w kategorii wyczynu. „Protestuję, gdy ktoś mi gratuluje, mówiąc że udało mi się przepłynąć Atlantyk. Wtedy podkreślam: nie „udało” mi się – ja zrealizowałem dobrze, wszechstronnie przygotowaną eskapadę” - pisze w książce.
„Eskapadę”, dobre sobie! Po lekturze „Ola na Atlantyku” słowo to nabiera zupełnie innego znaczenia. Kajakarzowi życzymy więcej podobnych „eskapad”, zwłaszcza że wiemy, iż wyznaczył sobie nowe cele. Mamy nadzieję, że po nich doczekamy się równie udanych opowieści jak ta o pokonaniu Atlantyku.
Kajakarstwo to tylko jedna z wielu pasji Aleksandra Doba. Kajakiem przepłynął ponad 80 tysięcy kilometrów, z czego 20 tysięcy po morzach i oceanach. Od tych liczb może się zakręcić w głowie. A to przecież nie wszystko!
Jego najbardziej znany wyczyn to, dokonane na przełomie 2010 i 2011 roku, pokonanie Atlantyku na trasie z Dakaru w Senegalu do Fortalezy w Brazylii – czyli z kontynentu afrykańskiego na kontynent południowoamerykański. W prostej linii to około 3,2 tysiąca kilometrów. Doba przewiosłował 5,4 tysiąca kilometrów walcząc z wiatrem i prądami.
Przepłynięcie tego dystansu zajęło pochodzącemu z Polic kajakarzowi niemal 100 dób. I o tym właśnie opowiada w swojej książce „Olo na Atlantyku. Kajakiem przez ocean.” To prawie 300 stron, wbrew tu i ówdzie przejawianym obawom autora, pasjonującej opowieści o tym, jak się zostaje pierwszym człowiekiem w historii, który kajakiem, bez pomocy żagla, a tylko używając siły własnych mięśni, przepłynął Ocean Atlantycki.
Co znamienne, sam Aleksander Doba nie lubi tak o sobie mówić. Jest na to zbyt skromny. Swojej wyprawy nie traktuje w kategorii wyczynu. „Protestuję, gdy ktoś mi gratuluje, mówiąc że udało mi się przepłynąć Atlantyk. Wtedy podkreślam: nie „udało” mi się – ja zrealizowałem dobrze, wszechstronnie przygotowaną eskapadę” - pisze w książce.
„Eskapadę”, dobre sobie! Po lekturze „Ola na Atlantyku” słowo to nabiera zupełnie innego znaczenia. Kajakarzowi życzymy więcej podobnych „eskapad”, zwłaszcza że wiemy, iż wyznaczył sobie nowe cele. Mamy nadzieję, że po nich doczekamy się równie udanych opowieści jak ta o pokonaniu Atlantyku.
portalmorski.pl Tomasz Falba, 2013-02-13
Rewolucja social media
Długo mi zajęło zakończenie lektury książki Michała Sadowskiego Rewolucja w social mediach. Ale udało się. Cały czas miałam wrażenie, że czytam książkę z instrukcją obsługi do zakupionego produktu. Ale sama książka z tego rodzaju broszurką nie ma nic wspólnego. Jeśli macie w domu/pracy stosy książek o mediach społecznościowych czy choćby o samym Facebooku – możecie je wyrzucić do kosza. Nie tylko dlatego, że na końcu tego posta traficie na opis konkursu, w którym, dzięki uprzejmości Onepress, możecie wygrać jeden z trzech egzemplarzy książki Michała. To naprawdę kawał wartościowej książki.
Książka podzielona jest na kilka części. Niektóre z nich zawierają “oczywiste oczywistości”. Jednak to nic złego z kilku powodów. Po pierwsze, do tej pory spotkałam (Wy zapewne też) wiele osób, którym takie oczywiste rzeczy powinno się wpakować do głowy. Po drugie gdy jest się na początku drogi trzeba taką kompleksową dawkę nawet najbardziej oczywistych rzeczy przyjąć. Po trzecie – zajmując się na co dzień komunikacją warto od czasu do czasu przyswoić pewne informacje od podstaw, aby o tych elementarnych rzeczach nie zapominać.
W Rewolucji znajdziecie informacje krok po kroku – na co zwracać uwagę w komunikacji budowanej w oparciu o media społecznościowe, wskazówki jak na negatywne komentarze reagować oraz jak wykorzystywać okazje, które mogą się przytrafić. Wszystko poparte ciekawymi przykładami, które można zobaczyć dzięki umieszczonym w książce QR kodom. Dwie części książki szczególnie mocno kojarzą mi się z wspomnianą instrukcją obsługi. Są to fragment dotyczący narzędzi monitoringu oraz analizy i pomiaru skuteczności działań w ms (To pewnie dlatego, że sama na co dzień korzystam z Brand24:)). Szacunek dla Michała za to, że w rozdziale prezentującym narzędzia, obok tego współtworzonego przez siebie pokazał kilka innych. I to neutralnie.
Pominęłam tylko jeden rozdział, ten o przyszłości social media – tylko dlatego, że nie lubię takiego prorokowania:)
Podsumowując – książkę polecam. Najbardziej początkującym oraz osobom, które nie rozumieją społecznościowego zrywu i często na tym tracą (te osoby lub reprezentowane przez nie marki). Naprawdę możecie wyrzucić wrzucić wszystkie inne książki o social media i Facebooku, które ukazały się w Polsce.
Książka podzielona jest na kilka części. Niektóre z nich zawierają “oczywiste oczywistości”. Jednak to nic złego z kilku powodów. Po pierwsze, do tej pory spotkałam (Wy zapewne też) wiele osób, którym takie oczywiste rzeczy powinno się wpakować do głowy. Po drugie gdy jest się na początku drogi trzeba taką kompleksową dawkę nawet najbardziej oczywistych rzeczy przyjąć. Po trzecie – zajmując się na co dzień komunikacją warto od czasu do czasu przyswoić pewne informacje od podstaw, aby o tych elementarnych rzeczach nie zapominać.
W Rewolucji znajdziecie informacje krok po kroku – na co zwracać uwagę w komunikacji budowanej w oparciu o media społecznościowe, wskazówki jak na negatywne komentarze reagować oraz jak wykorzystywać okazje, które mogą się przytrafić. Wszystko poparte ciekawymi przykładami, które można zobaczyć dzięki umieszczonym w książce QR kodom. Dwie części książki szczególnie mocno kojarzą mi się z wspomnianą instrukcją obsługi. Są to fragment dotyczący narzędzi monitoringu oraz analizy i pomiaru skuteczności działań w ms (To pewnie dlatego, że sama na co dzień korzystam z Brand24:)). Szacunek dla Michała za to, że w rozdziale prezentującym narzędzia, obok tego współtworzonego przez siebie pokazał kilka innych. I to neutralnie.
Pominęłam tylko jeden rozdział, ten o przyszłości social media – tylko dlatego, że nie lubię takiego prorokowania:)
Podsumowując – książkę polecam. Najbardziej początkującym oraz osobom, które nie rozumieją społecznościowego zrywu i często na tym tracą (te osoby lub reprezentowane przez nie marki). Naprawdę możecie wyrzucić wrzucić wszystkie inne książki o social media i Facebooku, które ukazały się w Polsce.
marketingdokobiet.pl 2013-02-04