ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

E-wangeliści. Ucz się od najlepszych twórców polskiego internetu

Do lektury „E-wangelistów” podchodziłem z pewnym dystansem. Jakoś nie przepadam za pozycjami, które przedstawiają doświadczenia biznesmenów, którzy osiągnęli sukces. Żadne „czterogodzinne tygodnie pracy” (książka autorstwa T. Ferrissa) do mnie nie przemawiają. Jeżeli mam się czegoś nauczyć to muszę to przerobić samemu, poczuć to na własnej skórze. Sprawdzone wielokrotnie. Podtytuł „ucz się od najlepszych twórców polskiego internetu” utwierdzał mnie w przekonaniu, że moje obawy mogą okazać się słuszne…

Ufff! Na szczęście kolejny raz okazało się, że książek nie można oceniać po okładce! E-wangeliści to niezwykle interesująca pozycja, która powinna stać się obowiązkową lekturą osób z mojego pokolenia. Podczas gdy ja – jako dziecko – odkrywałem internet w 1997 roku większość z opisanych przez Tomasza Cisek i Pawła Nowackiego postaci już startowała z pierwszym e-biznesem. Ich doświadczenia są nie tylko cenne, ale również ciekawe. Działając w dzisiejszej branży interaktywnej powinniśmy je po prostu znać, bo dotyczą przedsięwzięć, które stanowią fundament polskiej sieci. Warto dodać, że książka jest zbiorem wywiadów z tytułowymi E-wangelistami, a ich odpowiedzi pozbawione są zbytniego „nadęcia się”. Przypominają raczej zbiór wielowątkowych wspomnień, które często się ze sobą przeplatają.

Postanowiłem zrezygnować ze standardowej recenzji – zamiast tego w wywiadzie z każdym E-wangelistą starałem się wyszukać treści, które z jakiegoś powodu są dla mnie ważne. Dziś chciałbym się z Wami nimi podzielić. Mam nadzieję, że z poniższych cytatów każdy wyniesie coś interesującego dla siebie.

Jacek Kawalec, WP.pl
Była zdecydowanie pierwsza (Bartek: Wirtualna Polska). Pamiętam, że próbowałem szukać Onetu, gdy byłem jeszcze poza Polską.

Arkadiusz Osiak, Money.pl
Postanowiliśmy stawiać firmę na nogi według modelu sprzed kilku lat, czyli przerzucić się na robienie serwisów internetowych. Wtedy zacząłem być jednocześnie: szefem firmy, dyrektorem sprzedaży, handlowcem, dyrektorem finansowym, informatykiem, grafikiem. Zacząłem jeździć po Polsce. Wykorzystaliśmy to, że mieliśmy kilka tych serwisów zakładów energetycznych w swoim portfolio. Zaczęliśmy też szukać w internecie możliwości zarabiania, takich jak sprzedaż kont mBanku, jakichś kredytów mieszkaniowych. Powiedzmy, że próbowaliśmy znaleźć pieniądze przynajmniej na pensje.

Zbigniew Sykulski, Merlin.pl
Kilka lat później kiedy po raz pierwszy w Polsce taki system (Bartek: chodzi o płatności kartą) wdrażała firma eCard, robiła to przy ścisłej współpracy z Merlinem. Ich pierwotny pomysł polegał na tym, że od razu przy składaniu zamówienia pieniądze były ściągane z karty klienta. My mówiliśmy, że nie chcemy zabierać klientowi pieniędzy z karty przed wysłaniem towaru. Oni się dziwili, mówili, że przecież tak jest bezpieczniej dla sklepu. Ale my się uparliśmy, że to jest mało wiarygodne i nieuczciwe wobec klienta (szczególnie przy dłuższych terminach realizacji). Udało się nam wywalczyć zmianę, by ściągać pieniądze z karty dopiero w momencie wysyłki towaru.

Jan Łukasz Wejchert, Onet.pl
Ojciec zaraz po krachu (Bartek: pękła bańka internetowa) powiedział mi tak: „Synu, dobrze, że ITI to nasza firma, bo inaczej by nas wyrzucili z pracy za tę transakcję. A teraz masz iść i stawić czoło problemowi. Powiedzieliśmy A i powiemy również Z! W naszej rodzinie zawsze jesteśmy nastawieni na maraton i zawsze trzeba docierać do celu”.

Artur Gortych, Artegence
Trzeba było mocno ciąć koszty. Musiałem rozstać się ze sporą grupą ludzi. Budujesz zespół, jesteś dumny z tego, a kiedy musisz zrobić ostrą redukcję, powinieneś być twardy. To bardzo cenne menedżerskie doświadczenie.

Krzysztof Golonka, CR Media Consulting / Ad.net
Nie będzie internetu, za kilka lat ludzie nie będą mieli świadomości korzystania z internetu. Będą korzystali z informacji, oglądali telewizję. W zasadzie będą oglądali ruchome obrazy. Będą słuchali dźwięków, które dojdą do nich drogą przesyłu danych. Jedni będą to oglądali na komputerze, inni będą to oglądali w setup boksie, a jeszcze inni w komórce. Wielu z nich nie będzie miało świadomości, że korzystają z internetu jako takiego. Za dziesięć, piętnaście lat (Bartek: wywiad miał miejsce w 2007 roku).

Michał Brański, Jacek Świderski, Krzysztof Sierota, O2.pl
Ważny jest dobór wspólników. Jakaś większa kłótnia mogłaby nas wysadzić z siodła. Potrzebne są dwie rzeczy: dobry pomysł i dobrzy ludzie. Kiedy są te dwa elementy, wszystko da się jakoś poukładać.

Arjan Bakker, Allegro
Od samego początku mamy stałą zasadę, którą wcielamy w życie na każdym rynku, na jaki wchodzimy. Kochamy transakcje! Robimy wszystko, by dokonywanie transakcji z wykorzystaniem internetu przez poszczególne osoby oraz firmy było możliwe i wykorzystywane jak najczęściej. Wydaje nam się, że rozumiemy, jak to się powinno robić, więc to robimy.

Piotr Ejdys, Gemius
Sprawia mi ogromną przyjemność, jeśli mogę stworzyć przestrzeń osobom, które są zdolne i wiedzą, jak powinien wyglądać produkt, jak powinna wyglądać sprzedaż, które mogą w niezakłócony sposób pracować. I tyle.

Piotr Pokrzywa, Krzysztof Szalwa, Gadu-Gadu
Dzisiaj też nie czuję się ekspertem, bo w moim rozumieniu ekspert to człowiek, który przygotowuje analizę, wykłada na seminarium i mówi często o rzeczach oderwanych od rzeczywistości. Ja nas traktuję trochę ekspercko, ale śmiało mogę powiedzieć, że jesteśmy praktykami i realistami.

Marek Rusiecki, Ad.net
Generalnie niewiele osób po stronie klientów wiedziało, po co jest ta reklama w internecie i dlaczego. Liczyło się kliknięcia, CTR i to był cały raport z kampanii. Mało kto się pytał, czy kampania była udana, czy nie. Ważne było, że jeśli klient kupił milion odsłon, to trzeba było ten milion wyemitować i udowodnić to raportem z ad serwera. I to była cała analiza kampanii.

Marek Woźniak, ARBOmedia
Kiedy dokonaliśmy management by out, to był 2002 rok. Nastał bardzo trudny czas dla prowadzenia wszelkich negocjacji. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień w sposób diametralny ograniczyłem koszty. Zmieniliśmy biuro z dużego na malutki, w zasadzie firma przeniosła się do piwnicy. Zredukowałem zobowiązania, czyli wierzycieli, w taki sposób, ze część zobowiązań została umorzona, a cześć rozłożona w długiej perspektywie na raty. Witryny to zrozumiały, a to tez był problem, bo oczywiście byliśmy dla nich partnerem, oni polegali na nas, ale przecież mogliśmy faktycznie zbankrutować.

Rafał Agnieszczak, Fotka.pl
Szczerze mówiąc, nigdy nie miałem wzorów, nigdy nie chciałem robić tego, co robił już ktoś inny.

Marcin Pery, Gemius
Namawiałem jakiś czas temu portale, żeby wspólnie kupiły NetSprinta i na bazie tej wyszukiwarki zablokowały polski rynek przed Google’em. Tak jak się udało w Czechach.
Socjomania.pl Bartłomiej Rak, 2012-10-22

Zakamarki marki. Rzeczy, o których mogłeś nie wiedzieć, zapomnieć lub pominąć podczas budowania swojej marki

Rozdziały

"I Silna marka. Marka zaczyna się w głowie Konsumenta, a do jej zbudowania potrzebna Ci przemyślana strategia..."

Brand salience - wybijanie się marki, kluczowy obszar w kontekście sprzedaży produktów. Brzmi intrygująco! To procesy myślowe, które prowadzą do zapamiętania danej marki i "wolenia" jej od pozostałych. Warto dostrzec subtelną różnicę pomiędzy tym pojęciem, a top of mind awareness. Jak to działa? Dane wartości marki konsument przechowuje w swoich strukturach pamięciowych - im więcej takich struktur, tym konsument będzie częściej myślał o danej marce. Jak budować "wykop" marki? Poprzez pokazanie problemu i sposobu jego rozwiązania przez produkt.

"II Strategia komunikacji marki. Tworzenie marki zaczyna się od nadania jej znaczenia - takiego, które Konsument bez problemu zrozumie. Następnie markę trzeba "ubrać w słowa", nadać jej odpowiednią nazwę i "nauczyć mówić"."

Copywriting jest marginalizowany w stosunku do grafiki, a tymczasem grafika tylko przyciąga, a tekst sprzedaje. Warto skorzystać z doświadczenia innych, ale w momencie gdy teksty piszemy sami koniecznie trzeba przestrzegać pewnych reguł:
1. Nie nadużywaj specjalistycznych pojęć
2. Złap dystans - świeże spojrzenie!
3. Znajdź jedną, charakterystyczną cechę Twojej marki i staraj się ugruntować jej pozycję w głowie konsumenta. Powtarzaj, odmieniaj przez przypadki, ale konsekwentnie się jej trzymaj
4. "Waż słowa" ;) - bardzo mały odsetek czyta od deski do deski
5. Pisz piramidą
6. Nie pisz o sobie - myśl w kategoriach klienta
7. Dopasuj argumenty (emocjonalne/racjonalne) do kategorii Twojego produktu
8. Testuj i bądź otwarty - nie zawsze to co napiszesz będzie odpowiednie dla konsumenta

"III Identyfikacja wizualna. Dopieść swoją markę wizualnie. Począwszy od logo, które jest sercem komunikacji wizualnej, przez materiały reklamowe - w dzisiejszej kulturze obrazkowej Twoja marka musi dobrze wyglądać."

Magia uwodzenia wizytówką - wiele elementów jest stałych, ale sam wygląd wizytówki i stanowisko ("przekazuje esencję marki, a nie poprawia somopoczucie pracowników") pozwalają działać na struktury pamięciowe klienta. Paweł przekonuje, że warto z tego korzystać szczególnie, że wizytówka jest jednym z podstawowych punktów styczności z marką.

"IV Relacja Klient - marka. (...) prosument potrafi wpłynąć na markę, zmienić kierunek w jakim idzie firma, spowodować kryzys..."

"Kot w worku". W przypadku produktów podkreślamy te cechy, które konsument może sam zweryfikować. Można nawet podpowiadać owe sposoby weryfikacji. Z usługami jest inaczej. Klienci chcą mieć pewność, że kupują od eksperta. Reklamując usługi stawiamy na doświadczenie i staramy się redukować obawy konsumentów.

"V Nowy marketing. Internet, blogi, media społecznościowe, gry online - to narzędzia i trendy, których nie sposób ignorować. (...)"

Dobre praktyki w e-commerce - jak czerpać z realnego merchandisingu?

"VI Case study. Tiry na tory - marka akcji społecznej"

Ciekawostka - jeden TIR na drodze = 163 000 aut osobowych. Ustawiając auta osobowe koło siebie to korek z Zakopanego do Gdańska!

Moja ocena

Jestem loserem - w "Zakamarkach marki" nie znalazłem nic do czego można by się przyczepić. Fajnie się czyta, książka napisana jest na luzie, a co najważniejsze jest pełna przykładów i anegdot z życia wziętych. Socjomania poleca :)) Najgorsze jest to, że teraz chce mi się przeczytać całą książkę... Już wiem dlaczego autor tak chętnie udostępnia fragmenty...
Socjomania.pl Bartłomiej Rak, 2011-08-01

Przechytrzyć Google. Odkryj skuteczną strategię SEO i zdobądź szczyty wyszukiwarek

Po przeczytaniu książki “Przechytrzyć Google” Evana i Bradley'a Bailyn i nie złamiemy słynnych, owianych tajemnicą algorytmów najsłynniejszej wyszukiwarki, ale możemy stać się specjalistami w zakresie pozycjonowania. Przynajmniej w teorii.

Ekspert?

Evan Bailyn mówi o sobie “ekspert ds. SEO”. Ma rację - po wpisaniu jego nazwiska do wyszukiwarki Google wyniki są imponujące. Nie mam na myśli treści, ale przede wszystkim kolejności stron, które się wyświetlają. Nawet jako laik (chociaż po przeczytaniu książki!) widzę, że układają się w bardzo przemyślanej, oczekiwanej i sensownej kolejności.

Wg autora byłam idealnym czytelnikiem tej książki, ponieważ jak sam pisze: najlepiej byłoby, gdyby każdy zaczynał lekturę bez żadnej wiedzy na temat optymalizacji. O SEO wiedziałam tyle... co nic. Coś mi tam świtało, że chodzi o to, który wynik pokazuje się jak najwyżej w wyszukiwarce, ale nie miałam pojęcia na jakich zasadach to funkcjonuje.

Teraz już wiem: najważniejsze są odnośniki, PageRank się nie liczy, za to TrustRank jak najbardziej, Google AdWrords są całkiem przydatne, a najlepszą strategią jest tzw. atomowa piłka. Po szczegóły sięgnijcie do “Przechytrzyć...”. Chociaż można zgłosić się też do mnie, bo po lekturze wiem całkiem sporo.

Z książki Bailyn’a możemy dowiedzieć się jakie są składniki optymalizacji w Google: wybór słów kluczowych, tytuł strony, odnośniki, budowa adresu URL i czas, który musi upłynąć. Autor obala mity o SEO: że na pozycję w rankingach Google wpływa wskaźnik CTR, czy zamieszczanie komentarzy na blogach. Porusza też temat tzw. “optymalizacji w czarnym kapeluszu”, czyli technik quasi-hakerskich - przedstawia je, jednocześnie do nich nie zachęcając. Daje również rady, w jaki sposób podbić ocenę TrustRank swojej strony: pozyskiwać serwisy, które mają dużo odnośników przychodzących i pod żadnym pozorem ich nie sprzedają.

Na tak!

Książka jest napisana bardzo przystępnym językiem, a jednocześnie bardzo profesjonalnie. Chociaż jest typowo techniczną pozycją, to czyta się ją łatwo i szybko, również dzięki humorystycznym, inteligentnym komentarzom autora (np. Billu Gate’sie, jeśli czytasz tę książkę - ta uwaga cię nie dotyczy). Dobrze spisał się też tłumacz Bartosz Sałbut, który poradził sobie z wyzwaniem, jednocześnie dodając polskie przykłady, które są dla nas istotniejsze niż te amerykańskie.

Może trochę brak w “Przechytrzyć (...)” spójności - autor na samym początku traktuje czytelnika jak ucznia, tłumacząc banalne rzeczy na przykładach: PageRank funkcjonuje mniej więcej na tej samej zasadzie co popularność w szkole. (...) Im więcej masz przyjaciół, tym lepiej. Oznacza to, że jeśli masz sześciu całkiem fajnych przyjaciół, to wszystko w porządku.
Czytając dalej, te porównania znikają, chociaż mam wrażenie, że znalazłoby się dla nich miejsce w bardziej skomplikowanych przypadkach. Można traktować to zarówno jako wadę i zaletę książki - autor ma nadzieję, że im dalej jesteśmy, tym więcej wiemy i takie analogie nie są nam już potrzebne.

Dwie siostry

Bardzo podobał mi się przede wszystkim ostatni rozdział o SEO w kontekście social media. Autor porównuje optymalizację i media społecznościowe do dwóch sióstr. Jedna z nich jest mądra i pracowita (SEO), a druga atrakcyjniejsza (SM). Jeśli jesteśmy zainteresowani generowaniem coraz większego ruchu na stronie, koniecznie powinniśmy poznać prawdziwe oblicza obu sióstr.
Bailyn dywaguje też na temat przyszłości wyszukiwania społecznościowego (najprawdopodobniej wyszukiwanie będzie uwzględniać preferencje znajomych), czy społecznościowego przewidywania kontekstowego (mogą pojawiać się propozycje związane z tym co aktualnie oglądamy). Wydaje mi się, że jego spostrzeżenia są bardzo trafne i właśnie w tę stronę będzie zmierzało pozycjonowanie.

Książkę polecam zarówno osobom, które uważają się za profesjonalistów w dziedzinie pozycjonowania, jak i laikom, którzy nigdy nie mieli z tym tematem do czynienia. Zachęcam do lektury!
Socjomania.pl Katarzyna Ostrowska, 2012-07-28

Ostatni maraton

Ta historia wymaga specjalnego wstępu, wstępu i przeprosin.

Polacy potrafią dokonywać rzeczy niebywałych. W 1995 roku Marek Kamiński dotarł z kolegą na nartach do Bieguna Północnego: 770 km w 72 dni, do Bieguna Południowego już samotnie na nartach 1400 km w 53 dni. Mówiła wtedy o tym cała Polska. Bardziej niesamowite i niebezpieczne wydają się jednak być wyczyny Jerzego Kukuczki, który w latach '80tych XX wieku wspinał się w spektakularny sposób, wytyczał nowe trasy, w trudnych warunkach, jego nieoficjalny wyścig z Reinholdem Messnerem śledziła także cała Polska. Niezwykłe były też wyczyny Krzysztofa Baranowskiego, który samotnie jachtem opłynął Świat.

Z drugiej strony często chyba pasjonujemy się wyczynami kogoś spoza Polskim mimo, że na naszym podwórku porównywalne wyczyny też są osiągane. Zgodnie z przysłowiem: "cudze chwalicie swego nie znacie i sami nie wiecie co posiadacie".

To będzie właśnie historia takiego wyczynowca.

Wstęp

Przepraszam i ze wstydem przyznaję, że powinniśmy byli tę historię opisać już kilka lat temu. Zajmowały się nią nawet tzw media masowe, ale my, skupieni na tym nazwijmy to "mierzalnym wyczynie" zupełnie jej nie zauważaliśmy. Stukała już do nas kilkukrotnie. W 2008 roku ktoś opowiadał mi historię jakiegoś człowieka, który biegał dystanse tak kosmiczne, że wydawało mi się to jakąś ściemą. W 2010 roku, dostaliśmy maila od jakiegoś sponsora, który proponował patronowanie medialne pewnej abstrakcyjnej biegowej podróży. Chyba musiało to zostać wtedy zupełnie niezauważone, czy zlekceważone bo nie otrzymał od nas odpowiedzi (za co niedawno go przepraszałem). Kiedy w czerwcu 2012 zostaliśmy nawet patronem medialnym książki nie rozumiałem wielkości dzieła, które zostało dokonane. Sprawa wróciła do mnie dwa dni temu.

Dwa dni temu odbyło się spotkanie w Warszawie ze Scottem Jurkiem. Scott barwnie opowiadał o swojej biegowej karierze. Niestety dopiero po rozstaniu ze Scottem przypomniałem sobie, że w 2007 roku, kiedy Scott wygrał Sparthathlon (wyścig na dystansie 246 km Aten do Sparty) drugim człowiekiem na mecie, był Polak. Zacząłem składać klocki w jedną całość. I nagle olśniło mnie. Że to ten sam Polak, którego książkę opisującą podróż, którą odbył 4 lata później mam w domu. Wiecie jaka była różnica pomiędzy Scottem Jurkiem a tym Polakiem? Poza tym, że Scott wygrał w czasie 23h12 min z nieco ponad godzinną przewagą ? A taka, że Scott do Grecji przyleciał samolotem. A Polak....... przybiegł do Grecji. Z Polski. Nazywał się Piotr Kuryło. (na zdjęciu: podium Sparthathlonu z 2007 roku, w środku Scott, z prawej Piotr)

Ostatni Maraton.

Piotr Kuryło napisał książkę, która dokumentuje jego chyba najbardziej ekstremalną wyprawę o jakiej słyszałem: wyprawę biegiem dookoła świata. Póki nie zaczniemy próbować realnie zastanawiać się, co się z tym wiąże będzie trudno nam dostrzec ekstremalizm zadania.

Tym bardziej, że co chwila dobiegają do nas informacje o różnych wydaje się szalonych przedsięwzięciach choćby z tego roku, kiedy dwóch młodych ludzi postanowiło przebiec Polskę z Południa na Północ.

Piotr Kuryło to nie był człowiek zamożny, którego znudziło zarządzanie własną firmą, w związku z czym postanowił przy pomocy zgromadzonych środków finansowych zorganizować sobie wyprawę zapewniając sobie wszelkie możliwe bufory bezpieczeństwa. Wprost przeciwnie.

"Zimą 2010 roku miałem dosyć mojego biegania. Złożyły się na to trzy sprawy. Pierwszą było to, że po ośmiu latach, w ciągu których fanatycznie uprawiałem bieganie, moja rodzina zubożała materialnie."

To materialne zubożenie martwiło go tak bardzo, że postanowił rzucić bieganie. Ale przed tym - stwierdził, że wybierze się w jeden, ostatni bieg, bieg dookoła Świata. Zaplanował trasę - najpierw przez Europę do Portugalii. Tam samolotem do Nowego Jorku, biegiem przez Stany Zjednoczone, z Zachodniego Wybrzeża samolotem do Władywostoku i stamtąd biegiem do rodzinnego Augustowa. Ponieważ nie był człowiekiem zamożnym, to przyjął, że będzie nocował w namiocie, gdzieś przy drodze. Dostał trochę pieniędzy od sponsora, firmy Ślepsk, co pozwoliło między innymi kupić bilet z Lizbony do Nowego Jorku. Ponieważ nie chciał być zależny od mostów postanowił, że będzie szybciej jeśli będzie biegł z kajakiem na kółkach, który będzie ciągnął za sobą.

Po kilku dniach, po przebiegnięciu około 400km pisał tak:

"Nogi miałem coraz słabsze, forma spadała. Spodziewałem się tego, podczas moich wcześniejszych wypraw przechodziłem podobny kryzys. Taki stan trwał zwykle, pogłębiając się, mniej więcej do dziesiątego dnia biegu".

Czy gdybyście po 400km biegu czuli, że słabniecie, nie zawrócilibyście? Być może wytrzymali by to tylko jacyś ultrasi lub adventureowcy. Piotr oczywiście biegł dalej.

Książka nie jest pisana barwnym językiem. Myślę, że gdyby Piotr skontaktował się najpierw z Chrisem McDougalem lub dowolnym innym pisarzem powstałaby z tego ciekawsza literacko pozycja. A tak jest to po prostu dokumentacja jego drogi.

Bieganie (czy pływanie kajakiem) to tylko jedna trudność. Do tego dochodzą przydrożne noclegi w namiocie, warunki pogodowe, ludzie, zwierzęta oraz naprawy psującego się sprzętu (wózków, łatanie dętek, butów). Po około 1000km pisał:

"W Niemczech deszcz dał mi nieźle w kość. Po niedługim czasie takiego biegu w ciągłym deszczu wszystko miałem mokre. Nawet moja goreteksowa kurtka całkiem nasiąkła wodą. Ulewy minęły po jakimś tygodniu kiedy ja wbiegałem właśnie do Holandii."

Nie zawrócilibyście, musząc biec ciągle w deszczu, potem w deszczu rozstawiać namiot i nocować w namiocie przy drodze z perspektywą jeszcze 19 tys km przed wami?

Co ciekawe biegnąc przez bogatą Europę czy potem Stany, doznawał znacznie mniej pomocy i życzliwości od ludzi niż biegnąc przez Syberię, gdzie zatrzymywało się przy nim wielu ludzi.

Płynąc kajakiem w Hiszpanii musiał ewakuować się przed zbliżającym się wodospadem i stracił większość dobytku, który ze sobą ciągnął, wraz z baniakiem wody, która na suchych i wielkich hiszpańskich pustych przestrzeniach decydowała o życiu. Po około 3000 km pisał:

"Obudziłem się wycieńczony a podczas drogi osłabłem jeszcze bardziej. Mój organizm był zupełnie odwodniony. Sikałem ciemnobrązowym moczem. Powinienem pić zdecydowanie więcej wody. Ledwo stawiałem kolejne kroki. .........Następnego dnia czułem się gorzej. Mocz był już ciemnobrunatny a każdy krok wiązał się z ogromnym wysiłkiem. Późno w nocy dotarłem do większego miasta. ........Rano gdy starałem się poruszać palcami u rąk wykręcały się one i kurczyły. To dawał o sobie znać brak magnezu. Znalazłem jakieś centrum handlowe i poczekałem przed wejściem na jego otwarcie. Kupiłem kilka gorzkich czekolad oraz wodę i przed sklepem urządziłem sobie śniadanie......W kolejnym sklepie - tym razem sportowym - sprawiłem sobie dwie pary butów. W tych, które miałem na nogach nie dało się już biec. Kupiłem także taką wielką torbę na kółkach, bo kręgosłup nadwerężony dźwiganiem plecaka bolał strasznie".

A przed nim jeszcze 17 tys km. Nie zawrócilibyście?

Nie będę już opisywał kolejnych historii, zainteresowanym polecam książkę, którą wydało wydawnictwo Bezdroża. To nie jest książka, która zachęca do biegania. Nie ma tam nic zachęcającego. To jest książka dla tych, którzy już rozumieją, że bieganie może stać się uzależniające, może stać się biegoholizmem, Piotr postanowił wyleczyć je megadawką samego biegania. (jedyna przerwa jaką miał to był okres od 5.02.2011 do 26.03.2011, Polonia amerykańska przekonała go do przeczekania w USA najostrzejszego okresu zimy, na który natknąłby się w Rosji)

Każdy czytając tę książkę pewnie znajdzie dla siebie coś innego. Mi podobało się szczególnie swoiste posłannictwo, które czynił Piotr. Po drodze, zwłaszcza w Rosji otrzymywał od ludzi różne dary, na przykład kiełbasę. Potem tą sama kiełbasę darował komuś napotkanemu dalej. Na Syberii spotkał człowieka, który szedł szukać pracy do oddalonego o 300 km miasta. Ten człowiek nie był w stanie utrzymać tempa Piotra więc został, ale jakiś czas później, kiedy koło Piotra zatrzymał się jakiś mężczyzna oferując pomoc, Piotr poprosił aby ten pomógł człowiekowi, który idzie kilkanaście kilometrów wcześniej, jakiś czas potem mijał Piotra z pasażerem. Kilka tygodni potem stała przy drodze dziewczyna sprzedająca miód, na pustej drodze, przy hulającym wietrze. Miód kosztował 800 rubli, Piotrowi wydało się to za drogo, ale zrobiło mu się żal dziewczyny, zawrócił i kupił miód. Wieczorem tego dnia obcy mężczyzna wręczył Piotrowi 5000 rubli. "Kto rzuci za siebie znajdzie przed sobą" - pomyślał Piotr.

Książka nie epatuje jakimś megabohaterstwem, choć jestem pewien, że mogłaby, gdyby tylko przy jej pisaniu pomagał jakiś wprawny pisarz. Cała wyprawa ma w tle cel wyższy: "Dla pokoju" co mimo nie wątpię szczerych chęci autora wygląda trochę jak na siłę dorabiana ideologia. Piotr był biegoholikiem i to wystarcza, jako powód do biegania. Nie wątpię, że chęci Piotra były szczere ale sposób opisywania niezbyt fortunny. Nie znajdziecie tam także żadnych porad treningowych. Wszystko co możecie znaleźć, to podziw i szacunek dla tego jaką siłę miał w sobie ten człowiek.

Piotr rzucił bieganie. Rozmawiałem z jego żoną i rzeczywiście nie biega. Ale nie znaczy to, że nic nie robi. Właśnie .........płynie kajakiem pod prąd Wisły, wyruszył z Gdańska, płynie do źródeł Wisły pod hasłem "Zawsze pod Prąd" - ta akcją chce zwrócić uwagę na problemy ludzi niepełnosprawnych. W Niedzielę, 21 października dotrze do Warszawy. Będzie go można spotkać około 15:00 gdzieś w okolicy nadbrzeża przy Stadionie Narodowym, będziemy jeszcze o tym informować.
Bieganie.pl Adam Klein, 2012-10-19

Ostatni maraton

Pan Piotr Kuryło to polski maratończyk i ultramaratończyk, uczestnik Spartathlonu i Mistrzostw Polski w Biegu 24-godzinnym, który w roku 2010 zdecydował się, że czas zakończyć karierę sportowca. Postanowił on również, że przed ostatecznym odejściem trzeba zrobić coś dobrego i godnego zapamiętania. Tak zrodził się pomysł na obiegnięcie kuli ziemskiej w intencji pokoju na świecie, a książka "Ostatni maraton" jest relacją z tego jak przebiegła realizacja tego planu.

Przygotowania do wyprawy obejmowały sprowadzenie odpowiedniego sprzętu, znalezienie sponsorów, a także sporo ćwiczeń fizycznych. Po pokonaniu pierwszych trudności bieg rozpoczął się dnia 7.08.10 w Augustowie rodzinnym mieście p. Piotra. Trasę wyznaczono przez: Niemcy, Holandię, Belgię, Francję, Hiszpanię, Portugalię, USA, Rosję, Kazachstan, Łotwę, Litwę aby na koniec znów trafić do Polski. Kuryło był zmobilizowany i nie przejmował się ani warunkami atmosferycznymi, ani szkodami jakie taki bieg mógł spowodować w jego organizmie. Wyruszył samotnie i nie korzystał ze stałego wsparcia. Zdał się na boską opatrzność i dobroć ludzi, których po drodze spotykał.

Wyprawa p. Piotra wzbudziła wiele zainteresowania. W każdym z krajów, w których się znalazł, udzielał więc wywiadów, brał udział w konferencjach i z przyjemnością opowiadał innym jak ważny jest pokój na świecie. To właśnie ta wiara, ten szczytny cel były jego największą motywacją w cięższych chwilach. W prawdzie zdarzały się momenty, gdy ogarniały go lekkie wątpliwości, jednak wystarczyła modlitwa lub rozmowa z bliskimi, a jego entuzjazm znów osiągał wysoki stopień.

W trakcie czytania o kolejnych etapach podróży pana Piotra bardzo mocno odczuwa się, jak istotną rolę odgrywa dla niego religia. Wielokrotnie powtarza on bowiem różne modlitwy, oddaje się pod opiekę opatrzności, a nawet mówi obcym ludziom: "Dżizus Chrystus maj God, Dżizus Chrystus maj hart forewer"

Wielokrotnie podczas podróży błogosławi on ludziom, którzy bezinteresownie mu pomagają. Szczególnie mocno przeżywa on także 3 prezenty, które dostaje: Biblię, różaniec i zwykły kubek z ciepłym napojem. Są one dla niego symbolem miłości do bliźniego i tego, że na świecie jest wielu dobrych ludzi.

Co się jednak tyczy moich uczuć w trakcie czytania, to mimo iż sama jestem wierząca, to ciągłe podkreślanie jak ważny jest Bóg i wiara w niego, momentami mnie irytowało. Z książki, która miała być relacją z podróży, robiła się bowiem emocjonalno-religijna gadanina, a nie tego oczekiwałam. Zdziwiło mnie również, że autor na swej trasie spotykał praktycznie samych dobrych ludzi i nie spotkało go prawie nic złego. Wydaje mi się to trochę podejrzane, zwłaszcza, że znał on jedynie j. rosyjski i j.polski, a przecież przemieszczał się również przez inne państwa i powinien mieć większe problemy chociażby z komunikacją! Nie wiem więc czy sytuacje w których był on zagrożony, chory czy po prostu zły, zostały wycięte/pominięte aby książka była śliczna, piękna i udowadniająca, że siła wyższa czuwa? Czy może autentycznie pan Kuryło miał aż tyle szczęścia w trakcie swojej wyprawy?

Sama relacja jest dość krótka bo cała książeczka ma zaledwie 176 str z czego przynajmniej 36 stron to zdjęcia. Nie ukrywam, że są one miłym dodatkiem do tej historii, jednak nie wiem czemu Pan Kuryło się na nich w ogóle nie uśmiecha! Rozumiem, że można być zmęczonym, że podróż może doskwierać i nie zawsze ma się ochotę na uśmiech. Jednakowoż jeżeli cały czas się podkreśla, że Bóg nas kocha i się nami opiekuje, że musimy dbać o to, by na ziemi był pokój, to wypadałoby żeby pokazać, że to co robimy sprawia nam radość i przyjemność, że spełniamy swoje marzenie. Z drugiej strony jeżeli na zdjęciach widać, że jest ciężko to warto by było o tym trochę więcej napisać, aby całość była spójna i konsekwentna.

Książki nie mogę ocenić w kategoriach warto/ nie warto przeczytać. Jeżeli kogoś interesuje postać pana Kuryło, bieganie i nie przeszkadza mu spora dawka odniesień do duchowości, to może po nią sięgnąć. Dla mnie nie była to jednak bardzo wybitna ani wartościowa lektura. Podziwiam Pana Piotra za pomysł i wprowadzenie go w czyn, a także za szczytną intencję, jednak kariery pisarskiej mu niestety nie przewiduję.
jarken.blogspot.com Jarka