Recenzje
Ostatni maraton
Co się dzieje, gdy po niemal 10 latach bardzo intensywnego biegania podejmuje się decyzję o tym, by powrócić na łono rodziny w pełnym wymiarze i już nigdy nie wybiec w trasę? Pewnie możliwości jest co najmniej kilka. Ale gdy codziennością są kilkudziesięcio i kilkusetkilometrowe trasy wiadomo, że powinno to być coś spektakularnego i z przytupem. Na przykład bieg dookoła świata.
I taką właśnie decyzję podjął biegacz długodystansowy, maratończyk Piotr Kuryło. Bieg dookoła świata, wzdłuż trasy wyrysowanej pewnego dnia flamastrem na domowym globusie. Wydaje się proste Wszak wszystko zaczyna się od pomysłu, to on jest
O realizacji możemy poczytać w wydanym właśnie "Ostatnim maratonie". 20 000 kilometrów w 365 dni to spore wyzwanie, zwłaszcza, gdy chce się je pokonać biegnąc, równocześnie ciągnąc za sobą specjalnie przystosowany kajak czy wózek z najpotrzebniejszym bagażem. 365 dni - start i meta w Augustowie, a po drodze Niemcy, Holandia, Belgia, Hiszpania, Portugalia, skok przez Atlantyk i bieg z Nowego Jorku do San Francisco, by przeskoczyć do Władywostoku i stamtąd już w kierunku domu - przez Syberię, Kazachstan, Rosję, Łotwę i Litwę.
To tylko suche fakty. Podobnie, jak informacja o 15 parach zniszczonych po drodze butów, czy 7 różnych wózkach używanych przez Autora. Najważniejsze jednak dzieje się gdzieś na trasie, pomiędzy kolejnymi noclegami, pomiędzy następnymi ważnymi punktami na mapie.
Bohater "Prostej historii" Lyncha w pewnym momencie filmu mówi "wolniej jedziesz, więcej widzisz". Przede wszystkim widzisz ludzi. I tak też jest w przypadku "Ostatniego maratonu". To ludzie spotykani na trasie przez Piotra Kuryło urastają do miana cichych bohaterów tej historii. Ich proste gesty sympatii i wsparcia stanowią o bogactwie tej wyprawy. To oni wreszcie tak naprawdę umożliwiają doprowadzenie tej podróży do szczęśliwego zakończenia, zgodnego z zamierzonym celem. Stają się opiekunami, dobrymi duchami pojawiającymi się we właściwych momentach, czy wreszcie cichymi sponsorami, kiedy już w Nowym Jorku okazuje się, że właściwie fundusze się skończyły, a wszystko, co najważniejsze i najtrudniejsze dopiero czeka za horyzontem.
Autor o tych ludziach pisze, poświęcając im niemal tyle samo miejsca, co swoim zmaganiom z trasą, własnymi słabościami, samotnością, strachem, pogodą, niebezpieczeństwami napotykanymi po drodze. Zauważa ich obecność, docenia wkład...
Tak długa podróż, podczas której człowiek mimo wszystko skazany jest głównie na własne towarzystwo, niemalże zmusza do zapełnienia czymś pustych godzin biegu. Przez rok można pewnie wielokrotnie przemyśleć całe życie, przewartościować wszystko i ze 100 razy zmienić zdanie. Każdy z nas pewnie miałby o czym myśleć. Każdy z nas wypełniłby ten czas po swojemu. Piotrowi przez ten rok towarzyszyła myśl przewodnia - wyruszając w trasę z góry narzucił sobie temat rozmyślań i intencję całego biegu. Biegł w imię pokoju na świecie, pragnąc swoim wyczynem zwrócić uwagę polityków i zwykłych ludzi na ten problem. I cały czas prowadziła go modlitwa.
A czy intencja biegu została zauważona? Czy hasła o pokoju głoszone przez Autora w różnych mediach coś dały? Niech każdy sam sobie odpowie.
Na pewno zauważony i doceniony został niestrudzony biegacz i jego roczny wysiłek, hart ducha, optymizm, niezwykła siła ciała i charakteru.
A sama opowieść To nie jest książka przygodowa, ani podróżnicza. Nie ma w niej kwiecistego języka, porywających opisów niebezpiecznych przygód, nie ma budowania napięcia, czy choćby próby przytrzymania uwagi czytelnika, by z niecierpliwością zaglądał na kolejne strony. Piotr snuje swoją historię w bardzo zwyczajny sposób. Po prostu zdaje relację z biegu, z tego, co mu się przydarzyło na trasie. Skupia się na samym jej przebiegu, wszelkich niedogodnościach związanych z chwilowymi kontuzjami, czy problemami ze sprzętem. Dokumentuje również jej przebieg licznymi zdjęciami, przedstawiającymi głównie jego samego. Trochę szkoda, bo przecież nie każdy z nas okrąży kulę ziemską i nie wszystkim dane będzie podziwianie krajobrazów gdzieś na styku kultur. Książka jednak może okazać się ciekawa dla tych z Was, których pociągają tego typu wyzwania, a chcieliby uniknąć pewnych błędów, czy skorzystać z podpowiedzi kogoś, kto ma takie doświadczenie już za sobą.
monoloco.pl Joanna Frukacz, 2012-09-17
Tajski epizod z dreszczykiem
Czy seks sprzeda wszystko? Mam wrażenie, że wiele osób nadal tak myśli. Bo nawet jeżeli sam seks nie sprzeda, to na pewno wywoła kontrowersję, ta poprowadzi do dyskusji i promocja murowana. Odnoszę wrażenie, że trochę tak jest w przypadku książki Marka Lenarcika Tajski epizod z dreszczykiem, bo zanim jeszcze po nią sięgnęłam, to tyle się o niej naczytałam, że mimowolnie biorąc ją do ręki miałam w wyobraźni wyrobiony obraz tego, co będzie w środku. Pornografia.
Zastrzeżenie. Jeżeli wiem, że będę czytała jakąś pozycję z zamiarem późniejszego jej zrecenzowania, to mam taką zasadę, że staram się przedtem nie czytać żadnych recenzji. Dzięki temu mogę podejść do książki z w miarę czystą głową – podkreślam w miarę, bo nawet sam opis na okładce czy znajomość innych dzieł danego autora już stwarzają pewne oczekiwania. W przypadku Tajskiego epizodu nie narzucałam sobie tego ograniczenia, bo zwyczajnie nie spodziewałam się, że będę ją tak szybko czytać i recenzować.
Dlaczego Ano dlatego, że nie planowałam kupowania tej książki. Otóż miałam możliwość rzucenia okiem na jej promocyjny fragment jeszcze zanim została oficjalnie wydana. Pamiętam, że absolutnie mnie nie zachęcił. Było tam coś w dość niewybredny sposób napisane o chęci puknięcia jakiejś dziewczyny i pukaniu jej koleżanek. Zdaję sobie sprawę, że w przypadku Tajlandii nie mówić o seksie to tak, jak pisać o Hiszpanii i nie wspomnieć o sjeście. Liberalne podejście do tych spraw to po prostu element kultury. Nie chodzi więc o treść, lecz o formę.
Ten krótki fragment, którym przecież świadomie promowano książkę, nie spodobał mi się właśnie ze względu na sposób podejścia do kobiet i sprawy seksu. Przedmiotowy, nieco wulgarny, można by pomyśleć – prostacki. Doszłam do wniosku, że jeżeli jest to miarodajna próbka, to niekoniecznie mam ochotę czytać kolejne kilkadziesiąt stron utrzymanych w tym tonie. Dlatego jeżeli gdzieś trafiłam na recenzję, nie powstrzymywałam się przed jej czytaniem, bo chciałam zwyczajnie sprawdzić, jak inne osoby reagują na tego typu literaturę.
Recenzje te utrzymywały mnie w przekonaniu, że Tajski epizod to literacki pornos z Tajlandią w tle. Dowiedziałam się z nich, że Marek Lenarcik ma talent do pisania ze swadą, jednak skupił się zupełnie nie na tym, co trzeba. Że jeśli ktoś ma ochotę poznać życie intymne autora, to zdecydowanie powinien sięgnąć po tę książkę, ale jeśli chce dowiedzieć się czegoś o Tajlandii – a przecież Tajski epizod była określana książką podróżniczą – to raczej nie ma tam czego szukać. Aż tu nagle pojawiła się propozycja przeczytania i zrecenzowania z prośbą, żeby nie koncentrować się tylko na kilkunastu stronach mocnych opisów, ale też na pozostałej treści. Niech będzie, zobaczę, ki diabeł.
A diabeł jest mniej więcej taki: Marek Lenarcik porzuca (wcale nie z dnia na dzień, jak przeczytałam w którejś z recenzji) nieźle płatną i zapewniającą względną stabilizację pracę w korporacji w Irlandii i wyjeżdża do Tajlandii – najpierw uczyć się, jak być nauczycielem, a potem uczyć innych języka angielskiego. Poznaje kilka kobiet, znajduje pracę, układa sobie życie w Bangkoku… Jak to się wszystko kończy
Leży oto przede mną niedawno przeczytany Tajski epizod z dreszczykiem i pierwsze, co muszę powiedzieć, to to, że nie było tak źle, jak się spodziewałam. Ostry pornol okazał się nie do końca umiejętnie nakręconym w domowych warunkach wideo, na którym niewiele widać, bo kamera stoi nieco daleko, a obraz jest zamazany. Wiemy mniej więcej, co się dzieje, ale szczegółów nie zobaczymy. Ostre opisy Lenarcik używa może ze dwa razy jakichś przekleństw i to akurat nie w sytuacjach intymnych, lecz w momencie, kiedy budzik oznajmia przejmującym dzwonieniem, że czas wstawać do pracy.
W tych momentach słownictwo może nie jest wyszukane, ale też nie jakieś szczególnie szokujące. Fakt faktem, że tych momentów jest sporo, moim zdaniem nie zawsze konieczne było opisywanie kolejnych seksualnych przygód, ale widocznie autor miał ochotę się pochwalić.
Ok, to tyle, jeśli chodzi o seks. A Tajlandia No właśnie. Ci, którzy spodziewali się opisów świątyń, zabytków, kultury, zwyczajów i tym podobnych, mogą się nieco rozczarować. Miałam przyjemność być w Tajlandii dwukrotnie na wakacjach. Przez ten czas dowiedziałam się o tym kraju tyle samo, jeśli nie więcej niż to, co jest opisane w książce. Że Tajki mają obsesję na punkcie białej skóry, że Wielki Pałac w Bangkoku jest pełen turystów, że w BTS jest zimno jak w zamrażarce, że Ko Lipe to jedna z najpiękniejszych wysp na świecie, że jedzenie jest piekielnie ostre… Nic nowego.
Muszę natomiast przyznać, że sam opis Bangkoku, tego miasta-molocha o specyficznym zapachu spalin wymieszanych ze swądem smażonego ulicznego jedzenia, z powietrzem tak gorącym, że przy wysiadaniu z kolejki ma się wrażenie przesiadania się z lodówki wprost do piekarnika, z kolorowymi taksówkami – ten opis w plastycznym wykonaniu Marka Lenarcika niesamowicie przemawia do mojej wyobraźni i budzi wspaniałe wspomnienia z wizyt w tym mieście. Dzięki Tajskiemu epizodowi szybko przenoszę się na drugi koniec świata do miasta, które tak bardzo lubię.
Albo wspomniana już wcześniej Ko Lipe. Cudowna, niezbyt zatłoczona wysepka z trzema uroczymi plażami, palmami kokosowymi i wodą tak czystą i przejrzystą, że wcale nie trzeba nurkować, żeby nacieszyć wzrok podwodną fauną i florą. Tak, książka przywołuje jedne z najfajniejszych azjatyckich wspomnień i za to mogę być Markowi Lenarcikowi wdzięczna.
Więc jak Polecam tę książkę, czy nie Dobre pytanie. Na pewno nie polecam komuś, kto oczekuje długich i drobiazgowych opisów zapierających dech w piersiach tajskich atrakcji turystycznych czy szczegółowych relacji z najprzeróżniejszych wydarzeń kulturalnych Tajlandii. Ale jeśli ktoś jeszcze w tym kraju nie był to może się z Tajskiego epizodu co nieco o nim dowiedzieć. Jeżeli natomiast ktoś myśli o porzuceniu stałej pracy i wyjeździe do Azji, by tam uczyć angielskiego – Lenarcik przygotował całkiem niezły praktyczny przewodnik mówiący o tym, jak zacząć i jakich błędów unikać. Jedyne, czego mi naprawdę brakuje, to większej ilości zdjęć – chociaż niekoniecznie z łóżkowych przygód.
Przestrzegam tylko przez zbytnim przywiązywaniem się do określenia książka podróżnicza, bo Tajski epizod to raczej – moim zdaniem – dość intymna autobiografia z Tajlandią w tle. Momentami przezabawna, czasem niestety nieco żenująca, pisana lekkim językiem i dość wciągająca. Czytacie więc na własną odpowiedzialność!
Zastrzeżenie. Jeżeli wiem, że będę czytała jakąś pozycję z zamiarem późniejszego jej zrecenzowania, to mam taką zasadę, że staram się przedtem nie czytać żadnych recenzji. Dzięki temu mogę podejść do książki z w miarę czystą głową – podkreślam w miarę, bo nawet sam opis na okładce czy znajomość innych dzieł danego autora już stwarzają pewne oczekiwania. W przypadku Tajskiego epizodu nie narzucałam sobie tego ograniczenia, bo zwyczajnie nie spodziewałam się, że będę ją tak szybko czytać i recenzować.
Dlaczego Ano dlatego, że nie planowałam kupowania tej książki. Otóż miałam możliwość rzucenia okiem na jej promocyjny fragment jeszcze zanim została oficjalnie wydana. Pamiętam, że absolutnie mnie nie zachęcił. Było tam coś w dość niewybredny sposób napisane o chęci puknięcia jakiejś dziewczyny i pukaniu jej koleżanek. Zdaję sobie sprawę, że w przypadku Tajlandii nie mówić o seksie to tak, jak pisać o Hiszpanii i nie wspomnieć o sjeście. Liberalne podejście do tych spraw to po prostu element kultury. Nie chodzi więc o treść, lecz o formę.
Ten krótki fragment, którym przecież świadomie promowano książkę, nie spodobał mi się właśnie ze względu na sposób podejścia do kobiet i sprawy seksu. Przedmiotowy, nieco wulgarny, można by pomyśleć – prostacki. Doszłam do wniosku, że jeżeli jest to miarodajna próbka, to niekoniecznie mam ochotę czytać kolejne kilkadziesiąt stron utrzymanych w tym tonie. Dlatego jeżeli gdzieś trafiłam na recenzję, nie powstrzymywałam się przed jej czytaniem, bo chciałam zwyczajnie sprawdzić, jak inne osoby reagują na tego typu literaturę.
Recenzje te utrzymywały mnie w przekonaniu, że Tajski epizod to literacki pornos z Tajlandią w tle. Dowiedziałam się z nich, że Marek Lenarcik ma talent do pisania ze swadą, jednak skupił się zupełnie nie na tym, co trzeba. Że jeśli ktoś ma ochotę poznać życie intymne autora, to zdecydowanie powinien sięgnąć po tę książkę, ale jeśli chce dowiedzieć się czegoś o Tajlandii – a przecież Tajski epizod była określana książką podróżniczą – to raczej nie ma tam czego szukać. Aż tu nagle pojawiła się propozycja przeczytania i zrecenzowania z prośbą, żeby nie koncentrować się tylko na kilkunastu stronach mocnych opisów, ale też na pozostałej treści. Niech będzie, zobaczę, ki diabeł.
A diabeł jest mniej więcej taki: Marek Lenarcik porzuca (wcale nie z dnia na dzień, jak przeczytałam w którejś z recenzji) nieźle płatną i zapewniającą względną stabilizację pracę w korporacji w Irlandii i wyjeżdża do Tajlandii – najpierw uczyć się, jak być nauczycielem, a potem uczyć innych języka angielskiego. Poznaje kilka kobiet, znajduje pracę, układa sobie życie w Bangkoku… Jak to się wszystko kończy
Leży oto przede mną niedawno przeczytany Tajski epizod z dreszczykiem i pierwsze, co muszę powiedzieć, to to, że nie było tak źle, jak się spodziewałam. Ostry pornol okazał się nie do końca umiejętnie nakręconym w domowych warunkach wideo, na którym niewiele widać, bo kamera stoi nieco daleko, a obraz jest zamazany. Wiemy mniej więcej, co się dzieje, ale szczegółów nie zobaczymy. Ostre opisy Lenarcik używa może ze dwa razy jakichś przekleństw i to akurat nie w sytuacjach intymnych, lecz w momencie, kiedy budzik oznajmia przejmującym dzwonieniem, że czas wstawać do pracy.
W tych momentach słownictwo może nie jest wyszukane, ale też nie jakieś szczególnie szokujące. Fakt faktem, że tych momentów jest sporo, moim zdaniem nie zawsze konieczne było opisywanie kolejnych seksualnych przygód, ale widocznie autor miał ochotę się pochwalić.
Ok, to tyle, jeśli chodzi o seks. A Tajlandia No właśnie. Ci, którzy spodziewali się opisów świątyń, zabytków, kultury, zwyczajów i tym podobnych, mogą się nieco rozczarować. Miałam przyjemność być w Tajlandii dwukrotnie na wakacjach. Przez ten czas dowiedziałam się o tym kraju tyle samo, jeśli nie więcej niż to, co jest opisane w książce. Że Tajki mają obsesję na punkcie białej skóry, że Wielki Pałac w Bangkoku jest pełen turystów, że w BTS jest zimno jak w zamrażarce, że Ko Lipe to jedna z najpiękniejszych wysp na świecie, że jedzenie jest piekielnie ostre… Nic nowego.
Muszę natomiast przyznać, że sam opis Bangkoku, tego miasta-molocha o specyficznym zapachu spalin wymieszanych ze swądem smażonego ulicznego jedzenia, z powietrzem tak gorącym, że przy wysiadaniu z kolejki ma się wrażenie przesiadania się z lodówki wprost do piekarnika, z kolorowymi taksówkami – ten opis w plastycznym wykonaniu Marka Lenarcika niesamowicie przemawia do mojej wyobraźni i budzi wspaniałe wspomnienia z wizyt w tym mieście. Dzięki Tajskiemu epizodowi szybko przenoszę się na drugi koniec świata do miasta, które tak bardzo lubię.
Albo wspomniana już wcześniej Ko Lipe. Cudowna, niezbyt zatłoczona wysepka z trzema uroczymi plażami, palmami kokosowymi i wodą tak czystą i przejrzystą, że wcale nie trzeba nurkować, żeby nacieszyć wzrok podwodną fauną i florą. Tak, książka przywołuje jedne z najfajniejszych azjatyckich wspomnień i za to mogę być Markowi Lenarcikowi wdzięczna.
Więc jak Polecam tę książkę, czy nie Dobre pytanie. Na pewno nie polecam komuś, kto oczekuje długich i drobiazgowych opisów zapierających dech w piersiach tajskich atrakcji turystycznych czy szczegółowych relacji z najprzeróżniejszych wydarzeń kulturalnych Tajlandii. Ale jeśli ktoś jeszcze w tym kraju nie był to może się z Tajskiego epizodu co nieco o nim dowiedzieć. Jeżeli natomiast ktoś myśli o porzuceniu stałej pracy i wyjeździe do Azji, by tam uczyć angielskiego – Lenarcik przygotował całkiem niezły praktyczny przewodnik mówiący o tym, jak zacząć i jakich błędów unikać. Jedyne, czego mi naprawdę brakuje, to większej ilości zdjęć – chociaż niekoniecznie z łóżkowych przygód.
Przestrzegam tylko przez zbytnim przywiązywaniem się do określenia książka podróżnicza, bo Tajski epizod to raczej – moim zdaniem – dość intymna autobiografia z Tajlandią w tle. Momentami przezabawna, czasem niestety nieco żenująca, pisana lekkim językiem i dość wciągająca. Czytacie więc na własną odpowiedzialność!
dalekoniedaleko.pl 2012-09-19
Treść jest kluczowa. Jak tworzyć powalające blogi, podkasty, wideo, e-booki, webinaria (i inne)
Zaczynam pisać ten tekst naładowana chęcią do pracy. W mojej głowie aż trzeszczy od pomysłów, planów i koncepcji, które już od dziś czekają na szybką realizację. Mam ochotę pisać, opowiadać, publikować w Internecie – jak najwięcej, jak najszybciej i jak najciekawiej. Skąd we mnie tyle zapału o godzinie 21.30 w samym środku tygodnia?
No jak to skąd, jak nie z książki? Polecam ją zatem wszystkim, którzy chcieliby zaistnieć w Sieci w ten czy inny sposób – „Treść jest kluczowa” Ann Handley i C.C. Chapmana to naprawdę dobra pozycja wśród całej masy poradników „klasy biznes”.
Po książki o tematyce marketingowej sięgam raczej z dystansem. Przeważnie ich lekturze towarzyszy mi wrażenie, że autor, który sam siebie mianował ekspertem w jakiejś dziedzinie, za bardzo chce mnie zakrzyczeć i przekabacić. A przy okazji wciągnąć do jakiejś przerażającej sekty entuzjastycznych haseł i górnolotnych historii o rewolucyjnych biznesach zmieniających życie i świat. Kiedy wśród infantylnego bełkotu tychże „rewolucjonistów” pojawia się pozycja wartościowa, czuję przypływ twórczej mocy. W czym wyraża się jej wartość? Na pewno w dobrych, chwytliwych, a przede wszystkim praktycznych radach. Tutaj jest ich bez liku.
Copywriter, bloger, a nawet właściciel – czyli dla kogo?
„Treść jest kluczowa” to książka skierowana przede wszystkim do przedsiębiorców, którzy chcieliby zabłysnąć w Internecie, a istnienie to przełożyć na prawdziwe zyski. Skorzysta na niej również copywriter, czy inny specjalista do spraw treści, a nawet bloger, niekoniecznie z zarejestrowaną w urzędzie działalnością gospodarczą. Tak szczerze mówiąc, rady tu zebrane – ze względu na swą uniwersalność i nośność – przydadzą się każdemu, kto publikuje w Internecie. Autorzy w sprawny sposób pomagają zrozumieć istotę internetowej treści, która różni się przecież od przekazu w innych mediach. Choć, jak się okazuje – nie do końca. Mnie, czyli miłośniczce literatury pięknej i fance dziennikarstwa prasowego, spodobało się podejście autorów, którzy swoją wiedzę na temat treści marketingowej nieustannie opierają na pradawnych zasadach opowiadania historii czy znanych od lat regułach dobrego tekstu dziennikarskiego.
Ku pochwale ciekawych historii
Otóż to – nie każdy zdaje sobie bowiem sprawę, że teksty publikowane w Internecie również powinny opowiadać historie. Być może nie tak zawoalowane i skomplikowane jak u Dostojewskiego, ale przede wszystkim budzące ciekawość. Pobuszujmy po sieci – Internet pełny jest stron firmowych uginających się pod niechlujnymi tekstami, niezjadliwym żargonem czy sztucznymi sformułowaniami, prawda? Dlaczego tak się dzieje? No cóż, przedstawicielom „poważnych firm” widocznie wciąż się wydaje, że powinni zwracać się do ludzi właśnie jako „poważna firma” – z nadęciem, zupełnie serio i bez cienia uśmiechu. Nic bardziej mylnego! Najlepiej sprzedający się przekaz internetowy to ten do bólu „ludzki”. Bez sztuczności i brzydkich kalek językowych. Naturalny, swobodny i spontaniczny. Przede wszystkim jednak ciekawy. Autorzy tej książki uczą zatem pisać „po ludzku”.
Jak pisać „po ludzku”?
Uczą streszczać się, wykreślać niepotrzebne zdania i słowa (wierz lub nie – Internet naprawdę nie lubi przydługich zdań i trudnych słów), zaciekawiać, odpowiednio grupować treści, wymyślać fajne nagłówki, dać się odnaleźć, opowiadać skuteczne historie. Warto zauważyć, że ich rady to zaledwie (i aż) podpowiedzi, nie reguły – zawsze pozostawiają sporo przestrzeni do wykorzystania, inspirują. Nie narzucają jedynych słusznych rozwiązań, pochwalają kreatywność. Co fajne, Handley i Chapman sami stosują się do swoich porad. Dlatego ich książkę czyta się „miodnie”, z zaciekawieniem i rosnącą motywacją. Polecam żółtodziobom w dziedzinie, ale i każdemu dobremu copywriterowi. Książka zaraża branżowym entuzjazmem.
No jak to skąd, jak nie z książki? Polecam ją zatem wszystkim, którzy chcieliby zaistnieć w Sieci w ten czy inny sposób – „Treść jest kluczowa” Ann Handley i C.C. Chapmana to naprawdę dobra pozycja wśród całej masy poradników „klasy biznes”.
Po książki o tematyce marketingowej sięgam raczej z dystansem. Przeważnie ich lekturze towarzyszy mi wrażenie, że autor, który sam siebie mianował ekspertem w jakiejś dziedzinie, za bardzo chce mnie zakrzyczeć i przekabacić. A przy okazji wciągnąć do jakiejś przerażającej sekty entuzjastycznych haseł i górnolotnych historii o rewolucyjnych biznesach zmieniających życie i świat. Kiedy wśród infantylnego bełkotu tychże „rewolucjonistów” pojawia się pozycja wartościowa, czuję przypływ twórczej mocy. W czym wyraża się jej wartość? Na pewno w dobrych, chwytliwych, a przede wszystkim praktycznych radach. Tutaj jest ich bez liku.
Copywriter, bloger, a nawet właściciel – czyli dla kogo?
„Treść jest kluczowa” to książka skierowana przede wszystkim do przedsiębiorców, którzy chcieliby zabłysnąć w Internecie, a istnienie to przełożyć na prawdziwe zyski. Skorzysta na niej również copywriter, czy inny specjalista do spraw treści, a nawet bloger, niekoniecznie z zarejestrowaną w urzędzie działalnością gospodarczą. Tak szczerze mówiąc, rady tu zebrane – ze względu na swą uniwersalność i nośność – przydadzą się każdemu, kto publikuje w Internecie. Autorzy w sprawny sposób pomagają zrozumieć istotę internetowej treści, która różni się przecież od przekazu w innych mediach. Choć, jak się okazuje – nie do końca. Mnie, czyli miłośniczce literatury pięknej i fance dziennikarstwa prasowego, spodobało się podejście autorów, którzy swoją wiedzę na temat treści marketingowej nieustannie opierają na pradawnych zasadach opowiadania historii czy znanych od lat regułach dobrego tekstu dziennikarskiego.
Ku pochwale ciekawych historii
Otóż to – nie każdy zdaje sobie bowiem sprawę, że teksty publikowane w Internecie również powinny opowiadać historie. Być może nie tak zawoalowane i skomplikowane jak u Dostojewskiego, ale przede wszystkim budzące ciekawość. Pobuszujmy po sieci – Internet pełny jest stron firmowych uginających się pod niechlujnymi tekstami, niezjadliwym żargonem czy sztucznymi sformułowaniami, prawda? Dlaczego tak się dzieje? No cóż, przedstawicielom „poważnych firm” widocznie wciąż się wydaje, że powinni zwracać się do ludzi właśnie jako „poważna firma” – z nadęciem, zupełnie serio i bez cienia uśmiechu. Nic bardziej mylnego! Najlepiej sprzedający się przekaz internetowy to ten do bólu „ludzki”. Bez sztuczności i brzydkich kalek językowych. Naturalny, swobodny i spontaniczny. Przede wszystkim jednak ciekawy. Autorzy tej książki uczą zatem pisać „po ludzku”.
Jak pisać „po ludzku”?
Uczą streszczać się, wykreślać niepotrzebne zdania i słowa (wierz lub nie – Internet naprawdę nie lubi przydługich zdań i trudnych słów), zaciekawiać, odpowiednio grupować treści, wymyślać fajne nagłówki, dać się odnaleźć, opowiadać skuteczne historie. Warto zauważyć, że ich rady to zaledwie (i aż) podpowiedzi, nie reguły – zawsze pozostawiają sporo przestrzeni do wykorzystania, inspirują. Nie narzucają jedynych słusznych rozwiązań, pochwalają kreatywność. Co fajne, Handley i Chapman sami stosują się do swoich porad. Dlatego ich książkę czyta się „miodnie”, z zaciekawieniem i rosnącą motywacją. Polecam żółtodziobom w dziedzinie, ale i każdemu dobremu copywriterowi. Książka zaraża branżowym entuzjazmem.
textingstudio.pl Dorota Jędrzejewska
Pamięć genialna! Poznaj triki i wskazówki mistrza
Ile da się zapamiętać?
Dominic O’Brien potrafi zapamiętać w ciągu 30 minut 2385 losowo wybranych cyfr kodu dwójkowego. Ośmiokrotnie zdobywał tytuł mistrza Word Memory Championships, na koncie ma wyróżnienia Brain od the Lear, Grandmaster of Memory Championships International. A przede wszystkim dzięki swoim niezwykłym zdolnościom zapamiętywania przechytrzył krupierów blackjacka w Las Vegas – wygrał fortunę i dostał dożywotni zakaz przekraczania progu kasyna. W książce „Pamięć genialna” przedstawia teorie dotyczące działa pamięci, a przede wszystkim ćwiczenia rozwijające zdolności do zapamiętywania, na przykład dzięki budowaniu łańcuchów skojarzeń czy zastosowaniu metody podróży. W końcu jak mawiał Napoleon, „głowa bez pamięci to twierdza bez garnizonu”.
Dominic O’Brien potrafi zapamiętać w ciągu 30 minut 2385 losowo wybranych cyfr kodu dwójkowego. Ośmiokrotnie zdobywał tytuł mistrza Word Memory Championships, na koncie ma wyróżnienia Brain od the Lear, Grandmaster of Memory Championships International. A przede wszystkim dzięki swoim niezwykłym zdolnościom zapamiętywania przechytrzył krupierów blackjacka w Las Vegas – wygrał fortunę i dostał dożywotni zakaz przekraczania progu kasyna. W książce „Pamięć genialna” przedstawia teorie dotyczące działa pamięci, a przede wszystkim ćwiczenia rozwijające zdolności do zapamiętywania, na przykład dzięki budowaniu łańcuchów skojarzeń czy zastosowaniu metody podróży. W końcu jak mawiał Napoleon, „głowa bez pamięci to twierdza bez garnizonu”.
Coaching 5/2012 (14)
Zen Steve'a Jobsa
Jaka praca ma sens
„Nie cierpię komiksów!” – pomyślałam sięgając po Zen Steve’a Jobsa, czyli komiks właśnie. Jednak po kilku minutach lektura mnie wciągnęła, a mniej więcej po godzinie doszłam do wniosku, że komiksy mają szereg zalet.
Jobs, twórca legendarnej już firmy Apple, to postać inspirująca. Gdy zmarł jesienią ubiegłego roku, zainteresowanie jego osobą jeszcze się wzmogło i cały świat zapadł na „jobsomanię”. Na fali wzmożonej fascynacji Stevem Jobsem powstał również komiks, będący fragmentarycznym zapisem jego wieloletniej relacji z mistrzem zen Kobunem Chino Otogawą.
Młody Steve poznał Kobuna jeszcze w czasach szkolnych. Spotykali się z różną częstotliwością przez wiele lat, szczególnie w najtrudniejszych dla Jobsa chwilach. Kobun nauczał go kaligrafii, łucznictwa i, jak można zgadywać, wywarł znaczące piętno na jego rozwoju. Z czasem ich przyjaźń rozluźniła się. Jobs poświęcił się poszukiwaniu perfekcji za wszelką cenę, a Kobun poszukiwaniu wewnętrznej harmonii i mądrości. Ich ścieżki stykały się coraz rzadziej, by wreszcie rozejść się na zawsze.
Zen Steve’a Jobsa pokazuje wybrane fragmenty rozmów obu bohaterów, nie komentując ich ani nie próbując stworzyć spójnej narracji. Czytelnik sam musi wyciągnąć wnioski z tego komiksowego „koanu”.
Dla mnie jeden z wniosków jest taki, że istnieje związek między pracą a duchowością. Nasze przekonania znajdują wyraz w tym, jak działamy i w jaki sposób pracujemy. Dla Jobsa Apple stał się szaleństwem, dla którego poświęcił część swoich wewnętrznych poszukiwań, być może nawet wszystkie. Czy cena za sukces nie była za wysoka? Tutaj znowu brakuje jednoznacznej odpowiedzi.
Dialog Steve’a i Kobuna to wewnętrzny dialog każdego z nas, chociaż dokładne słowa dysputy mogą być całkiem inne. Ważne jest, żeby być świadomym swoich codziennych małych wyborów i wartości, którym służymy w naszej pracy.
Przeczytanie komiksu Zen Steve’a Jobsa zajmie ci mniej niż godzinę czasu, ale to może być bardzo wartościowa godzina, która pozwoli nieco inaczej spojrzeć na codzienne zawodowe zmagania.
„Nie cierpię komiksów!” – pomyślałam sięgając po Zen Steve’a Jobsa, czyli komiks właśnie. Jednak po kilku minutach lektura mnie wciągnęła, a mniej więcej po godzinie doszłam do wniosku, że komiksy mają szereg zalet.
Jobs, twórca legendarnej już firmy Apple, to postać inspirująca. Gdy zmarł jesienią ubiegłego roku, zainteresowanie jego osobą jeszcze się wzmogło i cały świat zapadł na „jobsomanię”. Na fali wzmożonej fascynacji Stevem Jobsem powstał również komiks, będący fragmentarycznym zapisem jego wieloletniej relacji z mistrzem zen Kobunem Chino Otogawą.
Młody Steve poznał Kobuna jeszcze w czasach szkolnych. Spotykali się z różną częstotliwością przez wiele lat, szczególnie w najtrudniejszych dla Jobsa chwilach. Kobun nauczał go kaligrafii, łucznictwa i, jak można zgadywać, wywarł znaczące piętno na jego rozwoju. Z czasem ich przyjaźń rozluźniła się. Jobs poświęcił się poszukiwaniu perfekcji za wszelką cenę, a Kobun poszukiwaniu wewnętrznej harmonii i mądrości. Ich ścieżki stykały się coraz rzadziej, by wreszcie rozejść się na zawsze.
Zen Steve’a Jobsa pokazuje wybrane fragmenty rozmów obu bohaterów, nie komentując ich ani nie próbując stworzyć spójnej narracji. Czytelnik sam musi wyciągnąć wnioski z tego komiksowego „koanu”.
Dla mnie jeden z wniosków jest taki, że istnieje związek między pracą a duchowością. Nasze przekonania znajdują wyraz w tym, jak działamy i w jaki sposób pracujemy. Dla Jobsa Apple stał się szaleństwem, dla którego poświęcił część swoich wewnętrznych poszukiwań, być może nawet wszystkie. Czy cena za sukces nie była za wysoka? Tutaj znowu brakuje jednoznacznej odpowiedzi.
Dialog Steve’a i Kobuna to wewnętrzny dialog każdego z nas, chociaż dokładne słowa dysputy mogą być całkiem inne. Ważne jest, żeby być świadomym swoich codziennych małych wyborów i wartości, którym służymy w naszej pracy.
Przeczytanie komiksu Zen Steve’a Jobsa zajmie ci mniej niż godzinę czasu, ale to może być bardzo wartościowa godzina, która pozwoli nieco inaczej spojrzeć na codzienne zawodowe zmagania.
Gazeta Ubezpieczeniowa Aleksandra Wysocka-Zańko