Recenzje
Tajski epizod z dreszczykiem
Ilu ludzi pracujących w korporacjach ma momentami wszystkiego dosyć i marzy tylko o wyrwaniu się z tej szarej rzeczywistości? A ilu z nas myślało kiedykolwiek o rzuceniu wszystkiego w diabły i wyjechaniu do odległego, egzotycznego kraju? I w końcu, ile osób ma faktycznie odwagę do tego, żeby to zrobić?
Marek Lenarcik miał. Przebywając w Irlandii, pracując dla Microsoftu, pewnego dnia doszedł do wniosku, że wcale nie chce, by tak wyglądała reszta jego życia. Rezygnując z dobrze płatnej pracy, bezpiecznego i wygodnego życia, zdecydował się na wyjazd do Tajlandii, by po zrobieniu odpowiednich kursów, zająć się tam nauczaniem języka angielskiego.
Niestety, mam wrażenie, że zamiast na egzotyce tego kraju, cała książka opiera się na uciechach cielesnych autora. Nie do końca rozumiem cel takiego uzewnętrzniania się. Nie wiem, może mężczyźni już tak mają, że muszą się pochwalić ile to orgazmów dostarczyli swojej partnerce albo co zrobiła im urocza Tajka na środku sceny nocnego klubu, ale mnie, jako kobiety, zupełnie to nie zachwyca. Przykro mi.
Wiadomo, początkowo próbowałam sobie tłumaczyć to wszystko prostym To jest Tajlandia, a o Tajlandii przecież nie można pisać bez seksu. Ale im dalej tym bardziej mnie to dziwne dowartościowywanie się autora zaczynało nudzić, a czasem i drażnić. Tym częściej dochodziłam do wniosku, że można przecież o seksie pisać bez szczegółów. Że ok, to Tajlandia, to kluby z ping-pong show, to ladyboys, to chick with dick i inne kulturowo dość ciekawe zjawiska, ale o ekscesach Lenarcika z jego własną niby dziewczyną wcale czytać nie chcę. I z każdym kolejnym epizodzikiem myślałam sobie o raaany, znowu? kogo to obchodzi?
Momentami śmiać mi się też chciało, że jakiś facet może być aż tak naiwny, że może aż tak dać się tak wykorzystywać. Ja wiem, dla dobrego seksu można pewnie zrobić wszystko, ale znosić dziwne wybuchy zazdrości, przyjąć do siebie kobietę z dzieckiem i wcale nie najlepiej wyglądającą przeszłością, a przy okazji z byłym mężem pojawiającym się od czasu do czasu i jego rodziną, która pod żadnym pozorem nie ma zamiaru zgadzać się na żaden inny związek synowej, no i pakować w tą kobietę kupę kasy? Po co? Ale może tu faktycznie trzeba pozostać przy tym, że to Tajka, taka jest jej natura, a skoro autorowi zapewnia co i rusz najlepsze numerki w jego życiu, to po co się czepiać.
Inna sprawa, że mimo tego seksu wylewającego się z każdej strony, w gruncie rzeczy dobrze mi się tę książkę czytało i pochłonęłam ją właściwie w dwa dni, a pewnie pochłonęłabym szybciej, gdybym miała więcej czasu. Lenarcik zdecydowanie nie dba o piękno językowe, Tajski epizod z dreszczykiem nasycony jest kolokwializmami do granic możliwości i chyba właśnie to sprawia, że czyta się go tak, jakby słuchało się dobrego znajomego. Choć pozostaje jeszcze pytanie ile można słuchać o jednym i tym samym? Bo podejrzewam, że choć odrobinę więcej nie byłabym w stanie znieść.
Na plus zaliczam także ogromną szczerość i bezpośredniość autora, które widać właściwie w każdym zdaniu (choć przyznam, że czytając wywiad przeprowadzony z nim i zamieszczony na końcu książki i porównując go z wcześniejszymi fragmentami na temat szkoły w której pracował, zaczęłam w to jednak wątpić, ale tłumaczę sobie tym, że wywiad przeprowadzany był zaraz na początku jego pracy). W zasadzie to dobrze, że potrafi pisać o wszystkim, bez jakichkolwiek zahamowań, choć nadal pozostanę przy zdaniu, że o niektóre sprawy są tak intymne, że niekoniecznie muszą czytać o nich wszyscy (nie)znajomi.
I pozostaje mi zastanowić się czy książka bardziej przypadłaby mi do gustu, gdybym była mężczyzną i w trakcie czytania zżerałaby mnie zazdrość z powodu tego, że to Lenarcik, nie ja, miał okazję oglądać piłeczki pin-pongowe wypuszczane z najintymniejszych części kobiecego ciała.
Marek Lenarcik miał. Przebywając w Irlandii, pracując dla Microsoftu, pewnego dnia doszedł do wniosku, że wcale nie chce, by tak wyglądała reszta jego życia. Rezygnując z dobrze płatnej pracy, bezpiecznego i wygodnego życia, zdecydował się na wyjazd do Tajlandii, by po zrobieniu odpowiednich kursów, zająć się tam nauczaniem języka angielskiego.
Niestety, mam wrażenie, że zamiast na egzotyce tego kraju, cała książka opiera się na uciechach cielesnych autora. Nie do końca rozumiem cel takiego uzewnętrzniania się. Nie wiem, może mężczyźni już tak mają, że muszą się pochwalić ile to orgazmów dostarczyli swojej partnerce albo co zrobiła im urocza Tajka na środku sceny nocnego klubu, ale mnie, jako kobiety, zupełnie to nie zachwyca. Przykro mi.
Wiadomo, początkowo próbowałam sobie tłumaczyć to wszystko prostym To jest Tajlandia, a o Tajlandii przecież nie można pisać bez seksu. Ale im dalej tym bardziej mnie to dziwne dowartościowywanie się autora zaczynało nudzić, a czasem i drażnić. Tym częściej dochodziłam do wniosku, że można przecież o seksie pisać bez szczegółów. Że ok, to Tajlandia, to kluby z ping-pong show, to ladyboys, to chick with dick i inne kulturowo dość ciekawe zjawiska, ale o ekscesach Lenarcika z jego własną niby dziewczyną wcale czytać nie chcę. I z każdym kolejnym epizodzikiem myślałam sobie o raaany, znowu? kogo to obchodzi?
Momentami śmiać mi się też chciało, że jakiś facet może być aż tak naiwny, że może aż tak dać się tak wykorzystywać. Ja wiem, dla dobrego seksu można pewnie zrobić wszystko, ale znosić dziwne wybuchy zazdrości, przyjąć do siebie kobietę z dzieckiem i wcale nie najlepiej wyglądającą przeszłością, a przy okazji z byłym mężem pojawiającym się od czasu do czasu i jego rodziną, która pod żadnym pozorem nie ma zamiaru zgadzać się na żaden inny związek synowej, no i pakować w tą kobietę kupę kasy? Po co? Ale może tu faktycznie trzeba pozostać przy tym, że to Tajka, taka jest jej natura, a skoro autorowi zapewnia co i rusz najlepsze numerki w jego życiu, to po co się czepiać.
Inna sprawa, że mimo tego seksu wylewającego się z każdej strony, w gruncie rzeczy dobrze mi się tę książkę czytało i pochłonęłam ją właściwie w dwa dni, a pewnie pochłonęłabym szybciej, gdybym miała więcej czasu. Lenarcik zdecydowanie nie dba o piękno językowe, Tajski epizod z dreszczykiem nasycony jest kolokwializmami do granic możliwości i chyba właśnie to sprawia, że czyta się go tak, jakby słuchało się dobrego znajomego. Choć pozostaje jeszcze pytanie ile można słuchać o jednym i tym samym? Bo podejrzewam, że choć odrobinę więcej nie byłabym w stanie znieść.
Na plus zaliczam także ogromną szczerość i bezpośredniość autora, które widać właściwie w każdym zdaniu (choć przyznam, że czytając wywiad przeprowadzony z nim i zamieszczony na końcu książki i porównując go z wcześniejszymi fragmentami na temat szkoły w której pracował, zaczęłam w to jednak wątpić, ale tłumaczę sobie tym, że wywiad przeprowadzany był zaraz na początku jego pracy). W zasadzie to dobrze, że potrafi pisać o wszystkim, bez jakichkolwiek zahamowań, choć nadal pozostanę przy zdaniu, że o niektóre sprawy są tak intymne, że niekoniecznie muszą czytać o nich wszyscy (nie)znajomi.
I pozostaje mi zastanowić się czy książka bardziej przypadłaby mi do gustu, gdybym była mężczyzną i w trakcie czytania zżerałaby mnie zazdrość z powodu tego, że to Lenarcik, nie ja, miał okazję oglądać piłeczki pin-pongowe wypuszczane z najintymniejszych części kobiecego ciała.
lekturyreportera.pl Izabela Raducka, 2012-08-06
Z nurtem Amazonki. Pionierska wyprawa Piotra Chmielińskiego
Z nurtem Amazonki to książka zaliczona do setki największych podróżniczych bestsellerów wszech czasów, opowieść o jednej z najgłośniejszych ekspedycji XX w.
Książka jest wyjątkowa z kilku powodów.
Po pierwsze ponieważ przedstawia wyjątkową, historyczną wyprawę Piotra Chmielińskiego, pierwszego człowieka, który zdołał przepłynąć Amazonkę od źródeł do ujścia, kilometr po kilometrze.
A po drugie, sposób ukazania wyprawy, opisy, zdjęcia, anegdoty, czyli jednym słowem cała książka, są unikalne i niesamowite, tak, jak niesamowici byli bohaterowie wyprawy.
Opis wyprawy został zrekonstruowany na podstawie notatek Joe Kane’a – jedynego z członków międzynarodowej ekipy, który dotrzymał kroku niezmordowanemu Piotrowi Chmielińskiemu podczas trwającej pół roku walki i przygody; walki z samym sobą i wszechobecnym żywiołem. Piotr Chmieliński był pomysłodawcą wyprawy i zdecydowanie wybija się na pierwszy plan, widać to wyraźnie w trakcie lektury książki. Widać także, że podróżnik ma jasno wytyczony cel i bardzo silną osobowość, wręcz dominującą, ale w przypadku tego typu przedsięwzięć to dobrze, musi być jeden przywódca, który wszystkim steruje, nadaje rytm i sens całej wyprawie. I Piotr Chmieliński bez wątpienia taką osobą jest. To bardzo miły polski akcent, a z Piotra Chmielińskiego możemy być dumni.
Książka napisana jest językiem prostym, ale barwnym i niezwykle plastycznym. Przez cały czas lektury miałam wrażenie, jakbym podróżowała wraz z jej bohaterami. Jest to duży plus, gdyż dzięki temu cała relacja bardzo zyskuje, czytelnik czuje, że jest w samym środku wydarzeń, że z ekipą Chmielińskiego przemierza Amazonkę
Jest to wspaniała pozycja nie tylko o pięknie i grozie królowej rzek, ale także o wyjątkowych ludziach, o walce z własnymi słabościami, o pokonaniu pewnego progu zarówno w życiu, jak i w sobie. Ale dla mnie to przede wszystkim książka o wspanialej przyjażni, która połączyła dwóch głównych bohaterów.
Opuściliśmy spokojną cofkę. Wiosłując pod prąd, mogliśmy w pewnym stopniu panować nad pontonem. Jak wskazówkę zegara powoli przesunęliśmy przód pontonu w poprzek prądu, a potem centymetr po centymetrze weszliśmy w główny nurt, nabierając dużej szybkości. Pamiętam sensacje żołądkowe i chorobliwie słodki smak w ustach, kiedy, lecąc w powietrzu jak na diabelskim młynie w wesołym miasteczku, wpadliśmy w gardziel. Pamiętam białe ściany wody wokół nas i to, że uderzyliśmy w kilka głazów z hukiem głośniejszym od samej rzeki; raz trzasnąłem głową tak gwałtownie, że mało co, a skręciłbym kark. Pamiętam ponton przyparty do skały, podnoszący się do góry jedną stroną i gotowy przekoziołkować; rozpaczliwie rzuciliśmy się na wysoka burtę, podczas gdy rzeka ryczała pod naszymi stopami. Pamiętam, jak utkwiłem wzrok w ostrej jak brzytwa krawędzi skały na wprost nas i jak gapiłem się na nią, gdy jakimś cudem przemknęła obok mojej głowy. Pamiętam nasilenie krzyków Chmielińskiego- były głośniejsze i bardziej desperackie niż kiedykolwiek dotąd
A sam autor, pomysłodawca, mimo ogromnego sukcesu jaki odniósł, jawi się nam, jako człowiek tak zwyczajny, tak skromny, tak normalny, że aż niesamowity.
W jednym z wywiadów zapytano mnie kiedyś, skąd bierze się w człowieku potrzeba odkrywania, bicia rekordów, robienia czegoś po raz pierwszy. Sam wówczas zadałem sobie pytanie, co mnie pchało w świat, kazało podejmować ryzyko, zaprowadziło nad Amazonkę? Myślę, że nie była to potrzeba bicia rekordów. Przede wszystkim była to ciekawość poznawania nowych miejsc i przekonanie, że warto dołożyć wszelkich sił, by osiągnąć postawiony sobie cel. – tak o swoim wyczynie (wpisanym do Księgi Rekordów Guinnessa) mówi Piotr Chmieliński.
Wyjątkową ozdobą książki są magiczne wręcz zdjęcia autorstwa Zbigniewa Bzdaka, zostały one wykonane w najbardziej emocjonujących i najważniejszych momentach wyprawy.
Książka jest wyjątkowa z kilku powodów.
Po pierwsze ponieważ przedstawia wyjątkową, historyczną wyprawę Piotra Chmielińskiego, pierwszego człowieka, który zdołał przepłynąć Amazonkę od źródeł do ujścia, kilometr po kilometrze.
A po drugie, sposób ukazania wyprawy, opisy, zdjęcia, anegdoty, czyli jednym słowem cała książka, są unikalne i niesamowite, tak, jak niesamowici byli bohaterowie wyprawy.
Opis wyprawy został zrekonstruowany na podstawie notatek Joe Kane’a – jedynego z członków międzynarodowej ekipy, który dotrzymał kroku niezmordowanemu Piotrowi Chmielińskiemu podczas trwającej pół roku walki i przygody; walki z samym sobą i wszechobecnym żywiołem. Piotr Chmieliński był pomysłodawcą wyprawy i zdecydowanie wybija się na pierwszy plan, widać to wyraźnie w trakcie lektury książki. Widać także, że podróżnik ma jasno wytyczony cel i bardzo silną osobowość, wręcz dominującą, ale w przypadku tego typu przedsięwzięć to dobrze, musi być jeden przywódca, który wszystkim steruje, nadaje rytm i sens całej wyprawie. I Piotr Chmieliński bez wątpienia taką osobą jest. To bardzo miły polski akcent, a z Piotra Chmielińskiego możemy być dumni.
Książka napisana jest językiem prostym, ale barwnym i niezwykle plastycznym. Przez cały czas lektury miałam wrażenie, jakbym podróżowała wraz z jej bohaterami. Jest to duży plus, gdyż dzięki temu cała relacja bardzo zyskuje, czytelnik czuje, że jest w samym środku wydarzeń, że z ekipą Chmielińskiego przemierza Amazonkę
Jest to wspaniała pozycja nie tylko o pięknie i grozie królowej rzek, ale także o wyjątkowych ludziach, o walce z własnymi słabościami, o pokonaniu pewnego progu zarówno w życiu, jak i w sobie. Ale dla mnie to przede wszystkim książka o wspanialej przyjażni, która połączyła dwóch głównych bohaterów.
Opuściliśmy spokojną cofkę. Wiosłując pod prąd, mogliśmy w pewnym stopniu panować nad pontonem. Jak wskazówkę zegara powoli przesunęliśmy przód pontonu w poprzek prądu, a potem centymetr po centymetrze weszliśmy w główny nurt, nabierając dużej szybkości. Pamiętam sensacje żołądkowe i chorobliwie słodki smak w ustach, kiedy, lecąc w powietrzu jak na diabelskim młynie w wesołym miasteczku, wpadliśmy w gardziel. Pamiętam białe ściany wody wokół nas i to, że uderzyliśmy w kilka głazów z hukiem głośniejszym od samej rzeki; raz trzasnąłem głową tak gwałtownie, że mało co, a skręciłbym kark. Pamiętam ponton przyparty do skały, podnoszący się do góry jedną stroną i gotowy przekoziołkować; rozpaczliwie rzuciliśmy się na wysoka burtę, podczas gdy rzeka ryczała pod naszymi stopami. Pamiętam, jak utkwiłem wzrok w ostrej jak brzytwa krawędzi skały na wprost nas i jak gapiłem się na nią, gdy jakimś cudem przemknęła obok mojej głowy. Pamiętam nasilenie krzyków Chmielińskiego- były głośniejsze i bardziej desperackie niż kiedykolwiek dotąd
A sam autor, pomysłodawca, mimo ogromnego sukcesu jaki odniósł, jawi się nam, jako człowiek tak zwyczajny, tak skromny, tak normalny, że aż niesamowity.
W jednym z wywiadów zapytano mnie kiedyś, skąd bierze się w człowieku potrzeba odkrywania, bicia rekordów, robienia czegoś po raz pierwszy. Sam wówczas zadałem sobie pytanie, co mnie pchało w świat, kazało podejmować ryzyko, zaprowadziło nad Amazonkę? Myślę, że nie była to potrzeba bicia rekordów. Przede wszystkim była to ciekawość poznawania nowych miejsc i przekonanie, że warto dołożyć wszelkich sił, by osiągnąć postawiony sobie cel. – tak o swoim wyczynie (wpisanym do Księgi Rekordów Guinnessa) mówi Piotr Chmieliński.
Wyjątkową ozdobą książki są magiczne wręcz zdjęcia autorstwa Zbigniewa Bzdaka, zostały one wykonane w najbardziej emocjonujących i najważniejszych momentach wyprawy.
pasje-fascynacje-mola-ksiazkowego.blogspot.com anetapzn, 2012-07-19
Egipt. Oazy w cieniu piramid
Egipt dla żółtodziobów
Rozpoznaję dwa typy podróży: takie, które przygotowuję sumiennie obczytując się w literaturze mniej lub bardziej związaną z miejscem, gdzie się udaję oraz takie bez przygotowania, trochę przypadkowe – przy takich okazjach oglądam świat oczami naiwnego dziecka ledwo się domyślając dlaczego w tym miejscu globu wygląda, tak jak wygląda. Od razu mówię: oba typy podróży są dla mnie równowartościowe. Czasem jednak jest tak, że co prawda nie znajduję czasu, aby przygotować się „merytorycznie” do wycieczki. Jednak miejsce przeznaczenia jest tak kulturowo interesujące, że nie wypadałoby być w nim, nie wiedząc, gdzie się jest. W Egipcie jest wiele takich miejsc.
Aby podjąć – nazwijmy to śmiesznie – „świadomą podróż” do Egiptu, trzeba by przygotowywać się do niej latami, „pół-świadomą” – miesiącami. A jest przecież tyle innych miejsc na świecie, których żal byłoby nie zobaczyć. Nie jeden „nieświadomy turysta” stanie przed dylematem: lecieć, czy nie lecieć do Egiptu Ja poleciałem „nieświadomie”, ale z przewodnikiem (książkowym).
Książka „Egipt. Oazy w cieniu piramid” Szymona Zdziebłowskiego zawiera dokładnie tyle informacji, ile turysta (tu: ja) jest w stanie przyswoić przemieszczając się środkami komunikacji publicznej między większymi miastami w Egipcie, równocześnie nie odnosząc większych start na obserwacjach krajobrazu. Wiadomości o tym, co zobaczymy w Kairze, Luksorze, czy Aleksandrii w pigułce połykamy, by potem oglądać miejsca bez nosa wciśniętego w przewodnik, ale za to z pewną już nabytą „świadomością”.
W przewodnikach wydawnictwa Bezdroża bardzo lubię rozdziały rozszerzające kontekst kulturowy, dzięki którym wyobraźnia turysty zaczyna oscylować w odpowiednich kierunkach. Łatwiej mu się „wczuć” w atmosferę miejsca. W „Egipcie…” zamieszczono rozdział na temat polskich koneksji Egiptem, który może sprawić, że podróżując do Egiptu będziemy czuli się jak kontynuatorzy dzieła polskich przodków. Rozdział ten było moim pierwszym egipskim odkryciem. Oczywiście, wizyta w kraju „pod piramidami” przerosła wszystkie oczekiwania jakie rozbudziła lektura rozdziałów przewodnika, niemniej przydatne okazały się i te tłumaczące dlaczego należy biegać wokół gigantycznego skarabeusza w Karnaku, ale także te praktyczne, mówiące o transporcie, walucie i zabezpieczeniach. „Egipt. Oazy w cieniu piramid” to kompaktowy „podręcznik do Egiptu”.
Rozpoznaję dwa typy podróży: takie, które przygotowuję sumiennie obczytując się w literaturze mniej lub bardziej związaną z miejscem, gdzie się udaję oraz takie bez przygotowania, trochę przypadkowe – przy takich okazjach oglądam świat oczami naiwnego dziecka ledwo się domyślając dlaczego w tym miejscu globu wygląda, tak jak wygląda. Od razu mówię: oba typy podróży są dla mnie równowartościowe. Czasem jednak jest tak, że co prawda nie znajduję czasu, aby przygotować się „merytorycznie” do wycieczki. Jednak miejsce przeznaczenia jest tak kulturowo interesujące, że nie wypadałoby być w nim, nie wiedząc, gdzie się jest. W Egipcie jest wiele takich miejsc.
Aby podjąć – nazwijmy to śmiesznie – „świadomą podróż” do Egiptu, trzeba by przygotowywać się do niej latami, „pół-świadomą” – miesiącami. A jest przecież tyle innych miejsc na świecie, których żal byłoby nie zobaczyć. Nie jeden „nieświadomy turysta” stanie przed dylematem: lecieć, czy nie lecieć do Egiptu Ja poleciałem „nieświadomie”, ale z przewodnikiem (książkowym).
Książka „Egipt. Oazy w cieniu piramid” Szymona Zdziebłowskiego zawiera dokładnie tyle informacji, ile turysta (tu: ja) jest w stanie przyswoić przemieszczając się środkami komunikacji publicznej między większymi miastami w Egipcie, równocześnie nie odnosząc większych start na obserwacjach krajobrazu. Wiadomości o tym, co zobaczymy w Kairze, Luksorze, czy Aleksandrii w pigułce połykamy, by potem oglądać miejsca bez nosa wciśniętego w przewodnik, ale za to z pewną już nabytą „świadomością”.
W przewodnikach wydawnictwa Bezdroża bardzo lubię rozdziały rozszerzające kontekst kulturowy, dzięki którym wyobraźnia turysty zaczyna oscylować w odpowiednich kierunkach. Łatwiej mu się „wczuć” w atmosferę miejsca. W „Egipcie…” zamieszczono rozdział na temat polskich koneksji Egiptem, który może sprawić, że podróżując do Egiptu będziemy czuli się jak kontynuatorzy dzieła polskich przodków. Rozdział ten było moim pierwszym egipskim odkryciem. Oczywiście, wizyta w kraju „pod piramidami” przerosła wszystkie oczekiwania jakie rozbudziła lektura rozdziałów przewodnika, niemniej przydatne okazały się i te tłumaczące dlaczego należy biegać wokół gigantycznego skarabeusza w Karnaku, ale także te praktyczne, mówiące o transporcie, walucie i zabezpieczeniach. „Egipt. Oazy w cieniu piramid” to kompaktowy „podręcznik do Egiptu”.
travelstory.pl Stanisław Krzaczyński
Jak tego dowieść - krótka opowieść. Dowody matematyczne dla każdego
„Jak tego dowieść – krótka opowieść” to książka, którą można nazwać podręcznikiem, pozycja skierowana do czytelnika zainteresowanego teoriami matematycznymi. Autor usiłuje dowieść, że matematykę może zrozumieć czytelnik nawet nie posiadający wiedzy uniwersyteckiej. Jednakże podkreślić należy, że jest to książka przeznaczona dla tej grupy czytelniczej, która interesuje się zagadnieniami matematycznymi w stopniu wykraczającym poza poziom ogólny wiedzy i dotyczy dowodów matematycznych, traktowanych jako dzieło, któremu należy się precyzja, szczegółowość i logika.
Autor przedstawia trzydzieści pełnych dowodów matematycznych obejmujących taką tematykę, jak: pola figur płaskich, liczby pierwsze, wymierne i naturalne, a także rzeczywiste i zachodzące między nimi zależności, kąty wewnętrzne trójkąta, słynne twierdzenie Pitagorasa, funkcje trygonometryczne, szeregi geometryczne, silnie, liczba π i inne. Są to pełne dowody, doskonale i logicznie omówione, poparte wzorami, ich przekształceniami i rozwinięciami. W tym momencie warto nadmienić, że autor operuje pojęciami znanymi, a jednocześnie w sposób przystępny i precyzyjny podaje ich zastosowanie w twierdzeniach, które dowodzi. Dzięki temu czytelnik ma szansę zrozumieć nie tylko ich zastosowanie, ale także konstrukcję dowodu, która zazwyczaj wydaje się nieprzystępna lub mało dokładna. Autor krok po kroku podaje kolejne fakty i przeprowadza nas po pełnym, rzetelnie przeprowadzonym dowodzie. Jest to ogromna zaleta książki, w większości podręczników spotykamy bowiem dowody niezwykle uproszczone, stąd często zupełnie niezrozumiałe, poza ich ogólnym zarysem.
Dzięki tym wszystkich staraniom autora, książka jest idealnym podręcznikiem dla uczniów, zwłaszcza przygotowujących się do matury, na której zadania z dowodami, pojawiają się dość często i zazwyczaj sprawiają wiele problemów. Dzięki tej książce mamy okazję poznać nie tylko twierdzenia, które są powszechnie znane, ale także poznać logikę rozumowania i schemat konstrukcji dowodu rzetelnego i pełnego, a tym samym doskonałego. Polecam serdecznie uczniom i nauczycielom, jako mistrzowski podręcznik, książkę którą warto przestudiować zaspokajając własną ciekawość oraz znacznie wzbogacając wiedzę na temat dowodzenia matematycznego.
Autor przedstawia trzydzieści pełnych dowodów matematycznych obejmujących taką tematykę, jak: pola figur płaskich, liczby pierwsze, wymierne i naturalne, a także rzeczywiste i zachodzące między nimi zależności, kąty wewnętrzne trójkąta, słynne twierdzenie Pitagorasa, funkcje trygonometryczne, szeregi geometryczne, silnie, liczba π i inne. Są to pełne dowody, doskonale i logicznie omówione, poparte wzorami, ich przekształceniami i rozwinięciami. W tym momencie warto nadmienić, że autor operuje pojęciami znanymi, a jednocześnie w sposób przystępny i precyzyjny podaje ich zastosowanie w twierdzeniach, które dowodzi. Dzięki temu czytelnik ma szansę zrozumieć nie tylko ich zastosowanie, ale także konstrukcję dowodu, która zazwyczaj wydaje się nieprzystępna lub mało dokładna. Autor krok po kroku podaje kolejne fakty i przeprowadza nas po pełnym, rzetelnie przeprowadzonym dowodzie. Jest to ogromna zaleta książki, w większości podręczników spotykamy bowiem dowody niezwykle uproszczone, stąd często zupełnie niezrozumiałe, poza ich ogólnym zarysem.
Dzięki tym wszystkich staraniom autora, książka jest idealnym podręcznikiem dla uczniów, zwłaszcza przygotowujących się do matury, na której zadania z dowodami, pojawiają się dość często i zazwyczaj sprawiają wiele problemów. Dzięki tej książce mamy okazję poznać nie tylko twierdzenia, które są powszechnie znane, ale także poznać logikę rozumowania i schemat konstrukcji dowodu rzetelnego i pełnego, a tym samym doskonałego. Polecam serdecznie uczniom i nauczycielom, jako mistrzowski podręcznik, książkę którą warto przestudiować zaspokajając własną ciekawość oraz znacznie wzbogacając wiedzę na temat dowodzenia matematycznego.
urodaizdrowie.pl Grażyna A., 2012-08-06
Objective-C. Podstawy
Objective-C. Podstawy" to publikacja, od której adepci programowania mobilnych urządzeń Apple'a powinni zacząć. Autorzy przedstawili solidne podstawy wiedzy. Skupili się na istocie sprawy - języku Objective-C, w którym powstają programy na wszystkie urządzenia pracujące pod kontrolą systemu iOS. Tym, którzy już mają wiedzę dotyczącą programowania, polecamy „Objective-C. Leksykon profesjonalisty". Autor w zwięzły sposób opisuje podstawowe działania i struktury języka Objective-C.
PC Format AS, 2012-09-01