Recenzje
Kraków i okolice. Wycieczki i trasy rowerowe. Wydanie 1
Dziś w serii propozycji dla rowerowych moli książkowych coś bardziej praktycznego: Kraków i okolice - przewodnik na temat wycieczek i tras rowerowych wokół Krakowa autorstwa Michała Franaszka.
Autor tego zestawienia proponuje nam 20 tras, idealnych na wolne, jednodniowe wycieczki wokół Krakowa. Najdłuższe trasy liczą około 60 km, zatem są w zasięgu każdego miejskiego cyklisty, bez większego zacięcia sportowego. W każdym rozdziale poświęconym wycieczce znajdziemy informację o stopniu trudności, dystansie, szacowanym czasie przejazdu oraz mapę z profilem terenu. Mapy są na tyle dokładne, że bez problemu powinniśmy sobie z nimi poradzić w terenie. Szkoda jednak, że nie zostały na nie naniesione szlaki turystyczne, które znacznie ułatwiają orientację w terenie. Doskonałym uzupełnieniem w czasie drogi może być ta mapa okolic Krakowa, która pokrywa się z zakresem tras opisywanych w przewodniku. Dostępna jest też w droższej wersji laminowanej, której używam już od ponad roku i trzyma się świetnie.
Oprócz mapy autor przygotował szczegółowy opis dróg i miejsc, które mijamy, według mnie nawet zbyt szczegółowy, nikt chyba w czasie jazdy nie szuka w książce informacji za którym drzewem, na jakiej ścieżce i pod jakim kątem skręcić. Ale, gdybyście się zgubili to takie informacje też są ;)
Znajdziemy również standardowe, i przyznam ciekawe, opisy turystyczne miejsc godnych odwiedzenia. Książka ta może być zatem doskonała inspiracją do zaplanowania własnych wycieczek, jeśli nie chcemy się sztywno trzymać wizji przejazdu autora.
Moje największe zastrzeżenia budzi wstęp do książki, który zawiera poradnik na temat sprzętu, ubioru, przepisów ruchu etc. Zupełnie nie rozumiem namawiania do kasków i specjalistycznych sportowych ubiorów. Wszystkie opisane trasy naprawdę nie wymagają tego typu zabiegów. Poza tym szczegółem cały poradnik napisany jest rzetelnie.
Najbardziej w tych opisanych trasach podoba mi się to, że miejsce startu i zakończenia nie zawsze jest w Krakowie. Autor często sugeruje skorzystanie z pociągu lub innego środka lokomocji, aby zwiększyć zasięg naszej wyprawy. W każdym rozdziale są podane konkretne opcje komunikacji, z orientacyjnymi czasami przejazdu i częstotliwością kursowania. Ja zazwyczaj swoje wypady planuję tak, aby wyjechać z domu i wrócić na rowerze, co w ciągu jednego dnia nie pozwala mi zajrzeć dalej niż kilkadziesiąt kilometrów od miasta.
Osobiście żałuję, że pominięte są tereny na południe od Krakowa, które często odwiedzam i chętnie bym o nich poczytał więcej. Autor postawił jednak na łatwe przejażdżki, dlatego pominął bardziej górzyste tereny.
Ta lekka, mała książeczka na pewno nie zawadzi nam w sakwie. Niezależnie czy będziemy używać jej tylko, jako źródła inspiracji do wytyczenia własnych tras, czy też ściśle trzymać się wytycznych zwiedzania autora, będzie to przydatna pozycja, aby lepiej poznać miejsca wokół Krakowa, które często odwiedzamy i odkryć nowe.
Autor tego zestawienia proponuje nam 20 tras, idealnych na wolne, jednodniowe wycieczki wokół Krakowa. Najdłuższe trasy liczą około 60 km, zatem są w zasięgu każdego miejskiego cyklisty, bez większego zacięcia sportowego. W każdym rozdziale poświęconym wycieczce znajdziemy informację o stopniu trudności, dystansie, szacowanym czasie przejazdu oraz mapę z profilem terenu. Mapy są na tyle dokładne, że bez problemu powinniśmy sobie z nimi poradzić w terenie. Szkoda jednak, że nie zostały na nie naniesione szlaki turystyczne, które znacznie ułatwiają orientację w terenie. Doskonałym uzupełnieniem w czasie drogi może być ta mapa okolic Krakowa, która pokrywa się z zakresem tras opisywanych w przewodniku. Dostępna jest też w droższej wersji laminowanej, której używam już od ponad roku i trzyma się świetnie.
Oprócz mapy autor przygotował szczegółowy opis dróg i miejsc, które mijamy, według mnie nawet zbyt szczegółowy, nikt chyba w czasie jazdy nie szuka w książce informacji za którym drzewem, na jakiej ścieżce i pod jakim kątem skręcić. Ale, gdybyście się zgubili to takie informacje też są ;)
Znajdziemy również standardowe, i przyznam ciekawe, opisy turystyczne miejsc godnych odwiedzenia. Książka ta może być zatem doskonała inspiracją do zaplanowania własnych wycieczek, jeśli nie chcemy się sztywno trzymać wizji przejazdu autora.
Moje największe zastrzeżenia budzi wstęp do książki, który zawiera poradnik na temat sprzętu, ubioru, przepisów ruchu etc. Zupełnie nie rozumiem namawiania do kasków i specjalistycznych sportowych ubiorów. Wszystkie opisane trasy naprawdę nie wymagają tego typu zabiegów. Poza tym szczegółem cały poradnik napisany jest rzetelnie.
Najbardziej w tych opisanych trasach podoba mi się to, że miejsce startu i zakończenia nie zawsze jest w Krakowie. Autor często sugeruje skorzystanie z pociągu lub innego środka lokomocji, aby zwiększyć zasięg naszej wyprawy. W każdym rozdziale są podane konkretne opcje komunikacji, z orientacyjnymi czasami przejazdu i częstotliwością kursowania. Ja zazwyczaj swoje wypady planuję tak, aby wyjechać z domu i wrócić na rowerze, co w ciągu jednego dnia nie pozwala mi zajrzeć dalej niż kilkadziesiąt kilometrów od miasta.
Osobiście żałuję, że pominięte są tereny na południe od Krakowa, które często odwiedzam i chętnie bym o nich poczytał więcej. Autor postawił jednak na łatwe przejażdżki, dlatego pominął bardziej górzyste tereny.
Ta lekka, mała książeczka na pewno nie zawadzi nam w sakwie. Niezależnie czy będziemy używać jej tylko, jako źródła inspiracji do wytyczenia własnych tras, czy też ściśle trzymać się wytycznych zwiedzania autora, będzie to przydatna pozycja, aby lepiej poznać miejsca wokół Krakowa, które często odwiedzamy i odkryć nowe.
wolnyrower.blogspot.com 2012-07-17
Podręcznik Przygody Rowerowej
Nie jestem typem sportowca. Nie lubię biegać, wręcz nienawidzę gier zespołowych, a ideę dobrowolnego wysiłku fizycznego przeważnie uznaję za niedorzeczny wymysł. Zawsze jednak czerpałam przyjemność z przejażdżek rowerowych - nawet tych bez celu. Kiedy więc w ręce wpadł mi Podręcznik przygody rowerowej autorstwa Anny i Roberta Maciągów, nie mogłam odmówić sobie tak intrygującej lektury.
No bo podręcznik? Przygody? Cóż to właściwie ma znaczyć, czego powinnam się spodziewać? Sięgnęłam po książkę zaciekawiona, choć niepewna. Obawy minęły jednak jak ręką odjął już po pobieżnym przerzuceniu stron. Całość podzielono na części, a zaczynamy od Opowieści z drogi - relacji z wypraw znanych podróżników rowerowych. Następnie, z pomocą tychże, możemy zaplanować Trasę, gdybyśmy natchnieni sami chcieli wyruszyć jednośladem w świat. W kolejnych rozdziałach (Sprzęt, Zanim wyruszysz, W drodze i Wyzwania) znajdziemy natomiast mnóstwo cennych i - co najważniejsze - praktycznych wskazówek, przydatnych nie tylko na bezdrożach Azji czy piaskach pustyni, ale też na rodzimych, cudnej urody drogach.
Przyznam szczerze - nie oczekiwałam po Podręczniku rewelacji. Tym milsze było moje zaskoczenie, gdy nagle nie mogłam się od jego lektury oderwać! I choć poszczególne opowieści różniły się stylem: niektóre wręcz urzekały polotem, inne czytało się tylko nieźle, wszystkie wydały mi się jednakowo inspirujące. Okazało się, że wcale nie trzeba być bogaczem, by zwiedzić świat. A by dokonać tego na rowerze, nie trzeba mieć nawet kondycji olimpijczyka, wystarczą odpowiednie przygotowania i determinacja. Bałkany, Wietnam, a może Madagaskar? Co kto lubi - państwo Maciągowie i ich goście udowadniają, że wszystko leży w zasięgu naszej ręki. Mnie zainteresowała szczególnie gruzińska wyprawa Michała Sitarza, z której relacja okraszona została istotnymi informacjami: czy można tam podróżować bezpiecznie? kupić części do roweru? z jakimi zagrożeniami możemy się spotkać? Podobnych rad udzielają wszyscy podróżnicy, co niewątpliwie stanowi duży atut Podręcznika przygody rowerowej.
Autorzy nie koncentrują się jednak tylko i wyłącznie na przygodzie. Bazując zarówno na doświadczeniu swoim, jak i innych 'rowerzystów', podsuwają nam rozliczne wskazówki dotyczące sprzętu i podróży. Tłumaczą, jak wybrać odpowiedni rower, jak przygotować się do wyjazdu, ale także jak radzić sobie w sytuacjach kryzysowych. W drodze nie jest łatwo, zwłaszcza, gdy budżet nie pozwala na luksusowe hotele i najwyższej klasy pojazd. Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak wyczarować prysznic w szczerym polu, jak samodzielnie naprawić rower i czy możecie wybrać się w świat z dzieckiem - odsyłam do książki. Znajdziecie tam proste, rzetelne odpowiedzi na nurtujące pytania - nawet takie, które jeszcze nie przyszły Wam do głowy;) Pomocne będą także zdjęcia i tabelki natury 'pokazuję i objaśniam', które czynią wszystko bardziej przejrzystym.
Podręcznik przygody rowerowej wciągnął mnie i zainspirował, nie będąc przy tym zbiorem surrealistycznych opowiastek o podróżach niemożliwych. Zawarte w nim porady mają charakter na wskroś praktyczny i są właściwie po amerykańsku 'gotowe do użycia' i zazwyczaj nieskomplikowane. Nie będę jednak ukrywać, że książka państwa Maciągów nie jest dla każdego: o ile przygody zainteresują szersze grono odbiorców, o tyle kwestie techniczne trafią do nielicznych. Polecam ją z pewnością cyklistom i podróżnikom, ale także ludziom o otwartym umyśle, którzy pragną uwierzyć, że wszystko jest możliwe. Ze względu na nietypowy charakter Podręcznika nie wystawię mu oceny, jednak jest to pozycja ze wszech miar godna uwagi. Polecam!
No bo podręcznik? Przygody? Cóż to właściwie ma znaczyć, czego powinnam się spodziewać? Sięgnęłam po książkę zaciekawiona, choć niepewna. Obawy minęły jednak jak ręką odjął już po pobieżnym przerzuceniu stron. Całość podzielono na części, a zaczynamy od Opowieści z drogi - relacji z wypraw znanych podróżników rowerowych. Następnie, z pomocą tychże, możemy zaplanować Trasę, gdybyśmy natchnieni sami chcieli wyruszyć jednośladem w świat. W kolejnych rozdziałach (Sprzęt, Zanim wyruszysz, W drodze i Wyzwania) znajdziemy natomiast mnóstwo cennych i - co najważniejsze - praktycznych wskazówek, przydatnych nie tylko na bezdrożach Azji czy piaskach pustyni, ale też na rodzimych, cudnej urody drogach.
Przyznam szczerze - nie oczekiwałam po Podręczniku rewelacji. Tym milsze było moje zaskoczenie, gdy nagle nie mogłam się od jego lektury oderwać! I choć poszczególne opowieści różniły się stylem: niektóre wręcz urzekały polotem, inne czytało się tylko nieźle, wszystkie wydały mi się jednakowo inspirujące. Okazało się, że wcale nie trzeba być bogaczem, by zwiedzić świat. A by dokonać tego na rowerze, nie trzeba mieć nawet kondycji olimpijczyka, wystarczą odpowiednie przygotowania i determinacja. Bałkany, Wietnam, a może Madagaskar? Co kto lubi - państwo Maciągowie i ich goście udowadniają, że wszystko leży w zasięgu naszej ręki. Mnie zainteresowała szczególnie gruzińska wyprawa Michała Sitarza, z której relacja okraszona została istotnymi informacjami: czy można tam podróżować bezpiecznie? kupić części do roweru? z jakimi zagrożeniami możemy się spotkać? Podobnych rad udzielają wszyscy podróżnicy, co niewątpliwie stanowi duży atut Podręcznika przygody rowerowej.
Autorzy nie koncentrują się jednak tylko i wyłącznie na przygodzie. Bazując zarówno na doświadczeniu swoim, jak i innych 'rowerzystów', podsuwają nam rozliczne wskazówki dotyczące sprzętu i podróży. Tłumaczą, jak wybrać odpowiedni rower, jak przygotować się do wyjazdu, ale także jak radzić sobie w sytuacjach kryzysowych. W drodze nie jest łatwo, zwłaszcza, gdy budżet nie pozwala na luksusowe hotele i najwyższej klasy pojazd. Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak wyczarować prysznic w szczerym polu, jak samodzielnie naprawić rower i czy możecie wybrać się w świat z dzieckiem - odsyłam do książki. Znajdziecie tam proste, rzetelne odpowiedzi na nurtujące pytania - nawet takie, które jeszcze nie przyszły Wam do głowy;) Pomocne będą także zdjęcia i tabelki natury 'pokazuję i objaśniam', które czynią wszystko bardziej przejrzystym.
Podręcznik przygody rowerowej wciągnął mnie i zainspirował, nie będąc przy tym zbiorem surrealistycznych opowiastek o podróżach niemożliwych. Zawarte w nim porady mają charakter na wskroś praktyczny i są właściwie po amerykańsku 'gotowe do użycia' i zazwyczaj nieskomplikowane. Nie będę jednak ukrywać, że książka państwa Maciągów nie jest dla każdego: o ile przygody zainteresują szersze grono odbiorców, o tyle kwestie techniczne trafią do nielicznych. Polecam ją z pewnością cyklistom i podróżnikom, ale także ludziom o otwartym umyśle, którzy pragną uwierzyć, że wszystko jest możliwe. Ze względu na nietypowy charakter Podręcznika nie wystawię mu oceny, jednak jest to pozycja ze wszech miar godna uwagi. Polecam!
bonesmadeofglass.blogspot.com Carrie, 2012-07-13
Chorwacja. W kraju lawendy i wina. Wyd. 6
Czasem rozmawiając o podróżach spotykam się z opinią, że nie trzeba się już ruszać z domu, aby podziwiać piękno miejsc oddalonych wiele kilometrów od naszego domu. Wirtualna rzeczywistość, odpowiednie programy mogą zastąpić wyjazd, omijając jego trudy – zmęczenie, ciężar walizki, uwierający but. Może nawet istnieje taka możliwość, żeby poczuć na twarzy podmuch wiatru znad oceanu, czy zapach egzotycznej roślinności. Możliwe. Zawsze jednak będą to odczucia zaprogramowane przez kogoś innego.
Czy tak tradycyjne medium jak książkowy przewodnik może zastąpić podróż? Oczywiście, że nie, co więcej wcale się od niego nie oczekuje. Dlatego właśnie wybieram przewodnik książkowy niż wirtualny.
Czego natomiast po wydawnictwie przewodnikowym zwykle się spodziewam? Rzeczowych informacji odnośnie kwestii praktycznych związanych z możliwością dojazdu, przejazdu, zwrócenia uwagi na interesujące elementy zwłaszcza miast, w których się zatrzymuję, informacji o godzinach otwarcia obiektów wartych oglądnięcia. To przewodnikowe podstawy. Książki wydane przez Bezdroża dają o wiele więcej. Lubię w nich wiadomości historyczne. Nie zawsze przed wyjazdem zdążę rozczytać się w literaturze omawiającej dzieje zwiedzanego kraju, a bez tego jego ogląd jest pozbawiony nieco wnikliwszego spojrzenia niż tylko estetyczne „ochy” i „achy” na widok pięknej architektury. Lubię ciekawostki kulturoznawcze w szarych ramkach wplecione w tekst. Lubię też noty o autorach. Noty te dają delikatne poczucie, że daję się prowadzić znajomym, których pasją jest właśnie ten kraj, w którym się znajduję. To oni odkrywają przede mną to, czego dotychczas nie znałem – ciekawostki krajobrazowe, najbardziej interesujące punkty architektury. Autorzy jednak nie są nachalni, ich osobowości, ich doradztwo nie przytłacza mnie aż tak bardzo, bym nie mógł dostać tego, co w podróży cenie najwyżej – własne doświadczenie przestrzeni.
Przewodnik „Chorwacja. W kraju lawendy i wina” Zuzanny Brusić i Salomei Pamuły był mi pomocny zwłaszcza w większych miastach kraju, gdzie tłum turystów i upalna pogoda stają się często czynnikiem dezorientującym. Często w podróży po przybyciu do miejsc chętnie odwiedzanych przez turystów pod wpływem zmęczenia omiatałem jedynie wzrokiem budowle w centrum i zasiadałem przy piwie, jeszcze bardziej rozleniwiającym. W ten sposób przy pierwszej mojej wizycie w Dubrowniku nie zobaczyłem wnętrza kościoła sv. Vlaho, nie przespacerowałem wzdłuż fortyfikacji miejskich, o zobaczeniu z bliska imponującego fortu Lovrijenac nie wspomnę.
W przewodniku nie ma fotografii moich ulubionych dubrownickich podwórek, zakątka za skałą w miejscowości Orasac gdzie rozbiłem namiot, ani kafejki w Hvarze, w której prócz mnie przesiadywali od rana do nocy tylko miejscowi. Tych niezapomnianych punktów podróży nie znalazłam w przewodniku Bezdroży. I bardzo dobrze, bo w ogóle nie powinno ich tam być. Dobry przewodnik zostawia miejsce na to, by podróżny mógł sam powęszyć, przeżyć, odkryć.
Taki właśnie jest przewodnik „Chorwacja. W kraju lawendy i wina” – cichy towarzysz podróży, odzywający się wtedy, kiedy trzeba, nie gadający za dużo, ale konkretnie.
Czy tak tradycyjne medium jak książkowy przewodnik może zastąpić podróż? Oczywiście, że nie, co więcej wcale się od niego nie oczekuje. Dlatego właśnie wybieram przewodnik książkowy niż wirtualny.
Czego natomiast po wydawnictwie przewodnikowym zwykle się spodziewam? Rzeczowych informacji odnośnie kwestii praktycznych związanych z możliwością dojazdu, przejazdu, zwrócenia uwagi na interesujące elementy zwłaszcza miast, w których się zatrzymuję, informacji o godzinach otwarcia obiektów wartych oglądnięcia. To przewodnikowe podstawy. Książki wydane przez Bezdroża dają o wiele więcej. Lubię w nich wiadomości historyczne. Nie zawsze przed wyjazdem zdążę rozczytać się w literaturze omawiającej dzieje zwiedzanego kraju, a bez tego jego ogląd jest pozbawiony nieco wnikliwszego spojrzenia niż tylko estetyczne „ochy” i „achy” na widok pięknej architektury. Lubię ciekawostki kulturoznawcze w szarych ramkach wplecione w tekst. Lubię też noty o autorach. Noty te dają delikatne poczucie, że daję się prowadzić znajomym, których pasją jest właśnie ten kraj, w którym się znajduję. To oni odkrywają przede mną to, czego dotychczas nie znałem – ciekawostki krajobrazowe, najbardziej interesujące punkty architektury. Autorzy jednak nie są nachalni, ich osobowości, ich doradztwo nie przytłacza mnie aż tak bardzo, bym nie mógł dostać tego, co w podróży cenie najwyżej – własne doświadczenie przestrzeni.
Przewodnik „Chorwacja. W kraju lawendy i wina” Zuzanny Brusić i Salomei Pamuły był mi pomocny zwłaszcza w większych miastach kraju, gdzie tłum turystów i upalna pogoda stają się często czynnikiem dezorientującym. Często w podróży po przybyciu do miejsc chętnie odwiedzanych przez turystów pod wpływem zmęczenia omiatałem jedynie wzrokiem budowle w centrum i zasiadałem przy piwie, jeszcze bardziej rozleniwiającym. W ten sposób przy pierwszej mojej wizycie w Dubrowniku nie zobaczyłem wnętrza kościoła sv. Vlaho, nie przespacerowałem wzdłuż fortyfikacji miejskich, o zobaczeniu z bliska imponującego fortu Lovrijenac nie wspomnę.
W przewodniku nie ma fotografii moich ulubionych dubrownickich podwórek, zakątka za skałą w miejscowości Orasac gdzie rozbiłem namiot, ani kafejki w Hvarze, w której prócz mnie przesiadywali od rana do nocy tylko miejscowi. Tych niezapomnianych punktów podróży nie znalazłam w przewodniku Bezdroży. I bardzo dobrze, bo w ogóle nie powinno ich tam być. Dobry przewodnik zostawia miejsce na to, by podróżny mógł sam powęszyć, przeżyć, odkryć.
Taki właśnie jest przewodnik „Chorwacja. W kraju lawendy i wina” – cichy towarzysz podróży, odzywający się wtedy, kiedy trzeba, nie gadający za dużo, ale konkretnie.
travelstory.pl Stanisław Krzaczyński
Zen Steve'a Jobsa
Steve Jobs to mityczny bohater współczesności. Jego życiorys, filozofia życiowa, historia kariery i produktów, które wprowadził na rynek, to z kolei niemalże cała mitologia, jeśli nie religia. Nic dziwnego, że niedługo po śmierci tego arcywspółczesnego wizjonera wysypały się jak grzyby po deszczu jego biografie, zapisy wspomnień, publikacje z wywiadami czy nawet poradniki uczące czytelnika, jak być nowym Jobsem. Można by z tych publikacji stworzyć osobny regał, tak jak osobne półki stawia się poszczególnym gatunkom literatury. Gdzieś w gąszczu tych wielu słów, często opasłych tomów i wielkich ksiąg o komputerowym rewolucjoniście znalazła się również ta książeczka – skromna, ascetycznie wydana, objętością nie sięgającą nawet stu stron. Ale co najważniejsze – warta uwagi. „Zen Steve’a Jobsa” to nic innego jak komiks. Udany.
Niewątpliwie karkołomnym zadaniem byłaby próba ujęcia całego życia Jobsa w jednym komiksowym albumie. Być może zadanie to powiodłoby się, gdyby zrobić ze Steve’a superbohatera, a jego „przygody” rozłożyć na wiele tasiemcowych zeszytów. Twórcy „Zenu”, Caleb Melby z „Forbesa” oraz agencja JESS3 wyznaczyli sobie jednak inne zadanie. Postanowili krótko, zwięźle i jak najbardziej esencjonalnie ująć w komiksie jedną gałąź, a raczej gałązkę z życia twórcy Apple’a. Rzecz dotyczy jego szczególnej więzi z buddyjskim kapłanem Zen – Kobunem Chino Otogawą. Melby tłumaczy swój pomysł na komiks nie tylko własną fascynacją Jobsem i jego inspirującą przyjaźnią z buddystą, ale ogromnymi podobieństwami między dwójką z pozoru różnych ludzi. Jak sam pisze w posłowiu: „Kobun był dla buddyzmu tym, kim Steve był dla przemysłu komputerowego – buntownikiem i indywidualistą”.
Udało mu się tu zgrabnie i jasno zarysować kontury tej specyficznej więzi, gdzie być może nie było pełnej zgody i harmonii, ale wzajemny wpływ uczynił wiele dobrego. Historia ta fajnie pokazuje jak wszystko to, co poznajemy, czego się uczymy i dowiadujemy się o świecie może przyczynić się do naszych sukcesów w dziedzinach zupełnie z tą wiedzą niezwiązanych. Jobs przecież w rewolucyjny sposób czerpał z nauk buddyzmu inspirację w projektowaniu technologicznych perełek. Jego historia dowodzi, że nic, czego się uczymy, nie idzie w las, niezależnie od poziomu użyteczności tejże wiedzy.
Historia Jobsa i Kobuna jest niewątpliwie interesująca i złożona. Trudno jednak oczekiwać od komiksu, by oddał całą głębię psychologicznej więzi i przedstawił biograficzną opowieść w najmniejszych szczegółach. Melby tworzy zatem „wywar”, bardzo jednak wyrazisty i czytelny, a to ogromny plus tej publikacji. Sprawne i zgrabne dialogi oraz płynnie poprowadzona narracja, mimo że skonstruowana z oderwanych od siebie klocków, tworzą ze sobą spójną całość. Swoje dokładają też „czyste”, skromne kadry, czyniąc komiks jeszcze bardziej symbolicznym i jasnym w przekazie. Czyta się to świetnie, z zaciekawieniem i z pełnym zrozumieniem, nic tu nie zgrzyta, wszystko do siebie pasuje. Historia ta, choć w gruncie rzeczy smutna (nad przyjaźnią Jobsa i Kobuna zawisną w końcu czarne chmury), krótka i uproszczona – potrafi zainspirować i wywołuje ciepły uśmiech na twarzy czytelnika, niezależnie od jego sympatii do iPodów czy iPhonów. Być może przy komiksie tym uśmiechnąłby się sam Jobs, a ze względu na jego chorobliwy wręcz perfekcjonizm, byłoby to nie lada osiągnięcie.
Niewątpliwie karkołomnym zadaniem byłaby próba ujęcia całego życia Jobsa w jednym komiksowym albumie. Być może zadanie to powiodłoby się, gdyby zrobić ze Steve’a superbohatera, a jego „przygody” rozłożyć na wiele tasiemcowych zeszytów. Twórcy „Zenu”, Caleb Melby z „Forbesa” oraz agencja JESS3 wyznaczyli sobie jednak inne zadanie. Postanowili krótko, zwięźle i jak najbardziej esencjonalnie ująć w komiksie jedną gałąź, a raczej gałązkę z życia twórcy Apple’a. Rzecz dotyczy jego szczególnej więzi z buddyjskim kapłanem Zen – Kobunem Chino Otogawą. Melby tłumaczy swój pomysł na komiks nie tylko własną fascynacją Jobsem i jego inspirującą przyjaźnią z buddystą, ale ogromnymi podobieństwami między dwójką z pozoru różnych ludzi. Jak sam pisze w posłowiu: „Kobun był dla buddyzmu tym, kim Steve był dla przemysłu komputerowego – buntownikiem i indywidualistą”.
Udało mu się tu zgrabnie i jasno zarysować kontury tej specyficznej więzi, gdzie być może nie było pełnej zgody i harmonii, ale wzajemny wpływ uczynił wiele dobrego. Historia ta fajnie pokazuje jak wszystko to, co poznajemy, czego się uczymy i dowiadujemy się o świecie może przyczynić się do naszych sukcesów w dziedzinach zupełnie z tą wiedzą niezwiązanych. Jobs przecież w rewolucyjny sposób czerpał z nauk buddyzmu inspirację w projektowaniu technologicznych perełek. Jego historia dowodzi, że nic, czego się uczymy, nie idzie w las, niezależnie od poziomu użyteczności tejże wiedzy.
Historia Jobsa i Kobuna jest niewątpliwie interesująca i złożona. Trudno jednak oczekiwać od komiksu, by oddał całą głębię psychologicznej więzi i przedstawił biograficzną opowieść w najmniejszych szczegółach. Melby tworzy zatem „wywar”, bardzo jednak wyrazisty i czytelny, a to ogromny plus tej publikacji. Sprawne i zgrabne dialogi oraz płynnie poprowadzona narracja, mimo że skonstruowana z oderwanych od siebie klocków, tworzą ze sobą spójną całość. Swoje dokładają też „czyste”, skromne kadry, czyniąc komiks jeszcze bardziej symbolicznym i jasnym w przekazie. Czyta się to świetnie, z zaciekawieniem i z pełnym zrozumieniem, nic tu nie zgrzyta, wszystko do siebie pasuje. Historia ta, choć w gruncie rzeczy smutna (nad przyjaźnią Jobsa i Kobuna zawisną w końcu czarne chmury), krótka i uproszczona – potrafi zainspirować i wywołuje ciepły uśmiech na twarzy czytelnika, niezależnie od jego sympatii do iPodów czy iPhonów. Być może przy komiksie tym uśmiechnąłby się sam Jobs, a ze względu na jego chorobliwy wręcz perfekcjonizm, byłoby to nie lada osiągnięcie.
experymentt.wordpress.com Dorota Jędrzejewska, 2012-08-04
Zen Steve'a Jobsa
To tylko komiks i aż komiks zarazem. W nietuzinkowy sposób przedstawia nie tyle biografię, co kluczowe momenty życia Steve‘a Jobsa, które odcisnęły swe piętno na decyzjach i myśleniu guru nowych technologii.
Polskie wydanie tej książki ukazało się w czerwcu nakładem wydawnictwa Helion. Wydawać by się mogło, że skoro to komiks, adresatami będą ci, którym brak czasu bądź chęci, aby sięgnąć po mniej lub bardziej opasłe tomy biografii twórcy kultowej marki Apple (a tych sporo w ostatnich miesiącach pojawiło się na naszym rynku). Nic bardziej błędnego, bo komiks „Zen Steve’a Jobsa“ jest wspaniałym, mocno inspirującym dziełem, które zachwycić może ludzi mocno zakorzenionych w świecie biznesu, marketingu, reklamy, nowych mediów oraz designu; równie dobrze zaciekawi miłośników wydawnictw nietuzinkowych od strony edytorskiej. Dlaczego? Bo po pierwsze, autorem tekstu jest Caleb Melby, autor amerykańskiego „Forbesa“, a za kształt graficzny odpowiada Jess3, agencja kreatywna, która specjalizuje się w wizualizacji danych (atrakcyjne graficznie stories tworzy dla takich marek, jak Google, Nike, Twitter czy Facebook). Jakiej jeszcze rekomendacji tu potrzeba? Osiemdziesiąt stron komiksu – włączywszy w to noty biograficzne i wywiad z autorem – warto wziąć ze sobą w wakacyjną podróż albo, po prostu, codzienny przejazd do i z pracy.
Polskie wydanie tej książki ukazało się w czerwcu nakładem wydawnictwa Helion. Wydawać by się mogło, że skoro to komiks, adresatami będą ci, którym brak czasu bądź chęci, aby sięgnąć po mniej lub bardziej opasłe tomy biografii twórcy kultowej marki Apple (a tych sporo w ostatnich miesiącach pojawiło się na naszym rynku). Nic bardziej błędnego, bo komiks „Zen Steve’a Jobsa“ jest wspaniałym, mocno inspirującym dziełem, które zachwycić może ludzi mocno zakorzenionych w świecie biznesu, marketingu, reklamy, nowych mediów oraz designu; równie dobrze zaciekawi miłośników wydawnictw nietuzinkowych od strony edytorskiej. Dlaczego? Bo po pierwsze, autorem tekstu jest Caleb Melby, autor amerykańskiego „Forbesa“, a za kształt graficzny odpowiada Jess3, agencja kreatywna, która specjalizuje się w wizualizacji danych (atrakcyjne graficznie stories tworzy dla takich marek, jak Google, Nike, Twitter czy Facebook). Jakiej jeszcze rekomendacji tu potrzeba? Osiemdziesiąt stron komiksu – włączywszy w to noty biograficzne i wywiad z autorem – warto wziąć ze sobą w wakacyjną podróż albo, po prostu, codzienny przejazd do i z pracy.
kultura.wp.pl Krzysztof Ratnicyn