Recenzje
Campa w sakwach, czyli rowerem na Dach Świata
Jakie książki lubię najbardziej? Od jakiegoś czasu podróżnicze- zwłaszcza te, przy których otaczający mnie świat przestaje istnieć a od czytania odrywa mnie jedynie zbyt głośne burczenie w brzuchu!
„Campa w sakwach, czyli rowerem na dach świata” Piotra Strzeżysza to pierwsza książka z serii Szlaki ludzi ciekawych, którą przeczytałam i kolejna o podróży rowerowej.
Tytuł serii zobowiązuje oraz składa obietnicę. Jak się okazało zarówno po pierwszej jak i ostatniej stronie- z pokryciem!
Książki można czytać z różnych pobudek. Podróżnicze głównie dlatego, by przenieść się w inny świat, by przeczytać jak dostać się w miejsca, do których podobno dotrzeć trudno albo wręcz do których dotrzeć się nie da! Takie miejsce, jako cel podróży wybrał autor. Tybet. Wg wszelkich znaków na niebie i ziemi, podróż, której odbyć nie można bez pliku stosownych pozwoleń, nie będąc członkiem większej grupy lub wycieczki zorganizowanej. Podróż rowerowa po Tybecie? Zabroniona.
W swej odwadze, delikatnej ignorancji i niechęci do wszechobecnej biurokracji podróżnik decyduje się wykupić tylko jedno- z wielu ponoć koniecznych- pozwolenie, którego i tak nikt przez cała drogę od niego nie zażądał.
Oczywiście podróż nie mogła się odbyć tylko i wyłącznie ze względu na determinację autora, bo i ta na nic się zdawała, gdy na przykład próbował kupić bilety. Jak zawsze na drodze pojawiali się życzliwi ludzie, którzy pomagali walczyć z oporem materii w tym przypadku językowej lub ratowali strudzonego, rowerowego włóczykija ciepłym posiłkiem i dachem nad głową. Nie brakowało też sytuacji w których jedyną reakcją na spotkanie drugiego człowieka było narastające zdziwienie i złość, jak choćby wtedy, gdy napotkane dzieci natarczywie żądały pieniędzy.
Oprócz wrażeń gwarantowanych podczas lektury książki podróżniczej(spora dawka praktycznych informacji, piękne zdjęcia), niekłamaną przyjemność sprawiły mi fragmenty niejako filozoficzne. Momenty, w których autor dzieli się z czytelnikiem rozważaniami o naturze głębszej niż trasa, posiłek, który trzeba zdobyć lub przeszkody, którym trzeba podołać. Nie brak myśli o idei podróżowania rowerem, o sztuce prostoty i odwadze w podróży! A wszystko przyprawione szczyptą- nie tak pikantnych jak chińskie jedzenie- dystansu i humoru jakie towarzyszą autorowi w postrzeganiu otaczającego go świata.
„Rower to wolniejsze odkrywanie, głębsze poznawanie i wolność wyboru, niezależność i samowystarczalność. Rower prowadzi Cię do miejsc, o których nie wiedziało się, że istnieją, pomaga przeżyć chwile, o których nie myślało się, że mogą się wydarzyć. Niezaplanowane, ulotne jak kurz nieprzebytych jeszcze dróg. Gdyby nie rower, umknęłyby niezauważone, przejechane, migawkowo dostrzeżone z okna pędzącego autobusu lub jeepa. Bo są takie chwile, obrazy, spotkania, które zdarzają się tylko gdzieś pomiędzy, a rower pozwala im zasinieć.” (str. 43)
„Uśmiecham się. Cały mój dom razem z meblami upchany w czterech niewielkich sakwach. Dobra, krzepiąca myśl jak niewiele potrzeba do życia.” (str.15)
„Kreślenie czarnych scenariuszy jest jednak pozbawione sensu (…) Pewien stopień ryzyka i niebezpieczeństwa jest wpisany w wędrówkę i trzeba go umieć zaakceptować i nie myśleć o nim, w przeciwnym razie nie ma sensu wybierać się w podróż. Lepiej zostać w domu przed telewizorem albo pokopać ogródek.”(str. 169)
Ciekawym- częściowo wymuszonym przez sytuację, jaka miała miejsce na koniec letniej wyprawy Piotra- zabiegiem jest umieszczenie w książce relacji z drugiej- niemal lustrzanej podróży na Dach Świata i dalej. Sporą część trasy autor odbywa ponownie, tym razem zimą a wtedy nieoceniona okazuje się tytułowa campa czyli…
Musicie przeczytać sami- gorąco polecam!
„Campa w sakwach, czyli rowerem na dach świata” Piotra Strzeżysza to pierwsza książka z serii Szlaki ludzi ciekawych, którą przeczytałam i kolejna o podróży rowerowej.
Tytuł serii zobowiązuje oraz składa obietnicę. Jak się okazało zarówno po pierwszej jak i ostatniej stronie- z pokryciem!
Książki można czytać z różnych pobudek. Podróżnicze głównie dlatego, by przenieść się w inny świat, by przeczytać jak dostać się w miejsca, do których podobno dotrzeć trudno albo wręcz do których dotrzeć się nie da! Takie miejsce, jako cel podróży wybrał autor. Tybet. Wg wszelkich znaków na niebie i ziemi, podróż, której odbyć nie można bez pliku stosownych pozwoleń, nie będąc członkiem większej grupy lub wycieczki zorganizowanej. Podróż rowerowa po Tybecie? Zabroniona.
W swej odwadze, delikatnej ignorancji i niechęci do wszechobecnej biurokracji podróżnik decyduje się wykupić tylko jedno- z wielu ponoć koniecznych- pozwolenie, którego i tak nikt przez cała drogę od niego nie zażądał.
Oczywiście podróż nie mogła się odbyć tylko i wyłącznie ze względu na determinację autora, bo i ta na nic się zdawała, gdy na przykład próbował kupić bilety. Jak zawsze na drodze pojawiali się życzliwi ludzie, którzy pomagali walczyć z oporem materii w tym przypadku językowej lub ratowali strudzonego, rowerowego włóczykija ciepłym posiłkiem i dachem nad głową. Nie brakowało też sytuacji w których jedyną reakcją na spotkanie drugiego człowieka było narastające zdziwienie i złość, jak choćby wtedy, gdy napotkane dzieci natarczywie żądały pieniędzy.
Oprócz wrażeń gwarantowanych podczas lektury książki podróżniczej(spora dawka praktycznych informacji, piękne zdjęcia), niekłamaną przyjemność sprawiły mi fragmenty niejako filozoficzne. Momenty, w których autor dzieli się z czytelnikiem rozważaniami o naturze głębszej niż trasa, posiłek, który trzeba zdobyć lub przeszkody, którym trzeba podołać. Nie brak myśli o idei podróżowania rowerem, o sztuce prostoty i odwadze w podróży! A wszystko przyprawione szczyptą- nie tak pikantnych jak chińskie jedzenie- dystansu i humoru jakie towarzyszą autorowi w postrzeganiu otaczającego go świata.
„Rower to wolniejsze odkrywanie, głębsze poznawanie i wolność wyboru, niezależność i samowystarczalność. Rower prowadzi Cię do miejsc, o których nie wiedziało się, że istnieją, pomaga przeżyć chwile, o których nie myślało się, że mogą się wydarzyć. Niezaplanowane, ulotne jak kurz nieprzebytych jeszcze dróg. Gdyby nie rower, umknęłyby niezauważone, przejechane, migawkowo dostrzeżone z okna pędzącego autobusu lub jeepa. Bo są takie chwile, obrazy, spotkania, które zdarzają się tylko gdzieś pomiędzy, a rower pozwala im zasinieć.” (str. 43)
„Uśmiecham się. Cały mój dom razem z meblami upchany w czterech niewielkich sakwach. Dobra, krzepiąca myśl jak niewiele potrzeba do życia.” (str.15)
„Kreślenie czarnych scenariuszy jest jednak pozbawione sensu (…) Pewien stopień ryzyka i niebezpieczeństwa jest wpisany w wędrówkę i trzeba go umieć zaakceptować i nie myśleć o nim, w przeciwnym razie nie ma sensu wybierać się w podróż. Lepiej zostać w domu przed telewizorem albo pokopać ogródek.”(str. 169)
Ciekawym- częściowo wymuszonym przez sytuację, jaka miała miejsce na koniec letniej wyprawy Piotra- zabiegiem jest umieszczenie w książce relacji z drugiej- niemal lustrzanej podróży na Dach Świata i dalej. Sporą część trasy autor odbywa ponownie, tym razem zimą a wtedy nieoceniona okazuje się tytułowa campa czyli…
Musicie przeczytać sami- gorąco polecam!
http://mumagstravellers.blogspot.com/ 2012-04-01
Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku
Być może trudno w to uwierzyć, ale prawie wcale nie czytam książek podróżniczych. Jakoś tak już mam, że wolę gdzieś jechać i samodzielnie odkrywać nowe miejsce niż o nim czytać. Jednak ponieważ póki co tkwię we w miarę stacjonarnej egzystencji, to w ostatnich tygodniach sięgnęłam po kilka książek podróżniczych. Jedną z nich było „Tysiąc Szklanek Herbaty” Robba Maciąga.
„Tysiąc Szklanek Herbaty” to książka o rowerowej podróży wzdłuż historycznego Jedwabnego Szlaku. Być może znacie tę podróż z bloga Ku Słońcu, na którym Robb i Ania Maciąg dokumentowali ją. Ale książka nie jest kopią tego, co znalazło się na blogu. Książka jest inna.
Tytuł „Tysiąc Szklanek Herbaty” wziął się z jednego elementu, który spajał wszystkie odwiedzone w tej podróży kraje, miasta i wioski – czyli herbaty. Herbata lała się na trasie strumieniami, a zazwyczaj częstowali nią spotkani na trasie lokalski. I to głównie o nich jest ta książka.
Wstęp przeczytałam w jednej chwili i od razu pomyślałam, że dawno nic nie wywołało we mnie takiego głodu podróży, jak te pierwsze pięć stron książki. „Tak jak przed telewizorem umiera wiara w drugiego człowieka, tak w podróży ta wiara powraca. Podróżowanie zwraca nam życie. [...] Podróż daje nam wolność wyboru. Nie ma czasu, dat, terminów, obowiązków, rachunków, systemu, który nam coś nakazuje. ” Pomyślałam, że jeśli tak zaczyna się ta książka, to dalej musi być tylko lepiej.
Historia rozpoczyna się w Turcji, a kończy w Laosie. W między czasie Ania i Robb przemierzają tysiące kilometrów przez – dla mnie maksymalnie egzotyczne i prawie nieznane – kraje Bliskiego Wschodu i Azji Centralnej. Jest Iran, Turkmenistan, Uzbekistan, Tadżykistan, Kirgistan. Kraje, o których przed tą książką w zasadzie nic nie wiedziałam. Potem są ogromne Chiny. A praktycznie wszędzie, gdzie się pojawiają, wita ich uśmiech i serdeczność ludzi. I kolejne szklanki herbaty.
Ta książka nie jest dziennikiem z podróży. To raczej zebrane razem wspomnienia i rozważania na temat odwiedzanych miejsc i spotykanych ludzi. Czasem przejście od jednego wspomnienia do drugiego jest być może trochę mało płynne, miejscami język jest może odrobinkę niedoszlifowany (Robb jest przede wszystkim podróżnikiem, a nie pisarzem), ale to zupełnie nie przeszkadza w tym, żeby z każdą kolejną stroną mieć coraz jaśniejszy obraz tego, jak wygląda tamta część świata. A obraz tamtej części świata, jaki wydobywa się z tej książki jest bardzo pozytywny i pociągający.
Szkoda tylko, że w książce znalazło się stosunkowo niewiele zdjęć. Opisy Robba są bardzo bogate, ale większa liczba zdjęć byłaby na pewno na korzyść książki.
Przyznam, że jestem pełna podziwu dla Ani i Robba za ich wyczyn. Chyba nie byłabym w stanie uparcie pedałować przez setki kilometrów, raz przez upalną pustynię, innym razem przez ośnieżone góry. Taka podróż nie jest dla każdego (i prawie na pewno nie dla mnie). Dlatego tym bardziej historie opowiedziane w książce wydały mi się tak interesujące, a Jedwabny Szlak tak egzotyczny i interesujący.
Czy książkę warto przeczytać? Jeśli interesują Cię podróże, szczególnie po Azji, to zdecydowanie tak. W czasach, gdy większość na wakacje jeździ w standardowe kierunki typu Azja Południowo-Wschodnia, Indie czy Ameryka Południowa (z których każdy jest niesamowity, ale coraz bardziej „oklepany”), czytanie o stosunkowo rzadko uczęszczanych kierunkach jest bardzo odświeżające. I inspirujące. Inspirujące, bo ma człowiek ochotę, żeby w kolejną podróż wybrać się gdzieś, gdzie nie docierają masy.
„Tysiąc Szklanek Herbaty” to książka o rowerowej podróży wzdłuż historycznego Jedwabnego Szlaku. Być może znacie tę podróż z bloga Ku Słońcu, na którym Robb i Ania Maciąg dokumentowali ją. Ale książka nie jest kopią tego, co znalazło się na blogu. Książka jest inna.
Tytuł „Tysiąc Szklanek Herbaty” wziął się z jednego elementu, który spajał wszystkie odwiedzone w tej podróży kraje, miasta i wioski – czyli herbaty. Herbata lała się na trasie strumieniami, a zazwyczaj częstowali nią spotkani na trasie lokalski. I to głównie o nich jest ta książka.
Wstęp przeczytałam w jednej chwili i od razu pomyślałam, że dawno nic nie wywołało we mnie takiego głodu podróży, jak te pierwsze pięć stron książki. „Tak jak przed telewizorem umiera wiara w drugiego człowieka, tak w podróży ta wiara powraca. Podróżowanie zwraca nam życie. [...] Podróż daje nam wolność wyboru. Nie ma czasu, dat, terminów, obowiązków, rachunków, systemu, który nam coś nakazuje. ” Pomyślałam, że jeśli tak zaczyna się ta książka, to dalej musi być tylko lepiej.
Historia rozpoczyna się w Turcji, a kończy w Laosie. W między czasie Ania i Robb przemierzają tysiące kilometrów przez – dla mnie maksymalnie egzotyczne i prawie nieznane – kraje Bliskiego Wschodu i Azji Centralnej. Jest Iran, Turkmenistan, Uzbekistan, Tadżykistan, Kirgistan. Kraje, o których przed tą książką w zasadzie nic nie wiedziałam. Potem są ogromne Chiny. A praktycznie wszędzie, gdzie się pojawiają, wita ich uśmiech i serdeczność ludzi. I kolejne szklanki herbaty.
Ta książka nie jest dziennikiem z podróży. To raczej zebrane razem wspomnienia i rozważania na temat odwiedzanych miejsc i spotykanych ludzi. Czasem przejście od jednego wspomnienia do drugiego jest być może trochę mało płynne, miejscami język jest może odrobinkę niedoszlifowany (Robb jest przede wszystkim podróżnikiem, a nie pisarzem), ale to zupełnie nie przeszkadza w tym, żeby z każdą kolejną stroną mieć coraz jaśniejszy obraz tego, jak wygląda tamta część świata. A obraz tamtej części świata, jaki wydobywa się z tej książki jest bardzo pozytywny i pociągający.
Szkoda tylko, że w książce znalazło się stosunkowo niewiele zdjęć. Opisy Robba są bardzo bogate, ale większa liczba zdjęć byłaby na pewno na korzyść książki.
Przyznam, że jestem pełna podziwu dla Ani i Robba za ich wyczyn. Chyba nie byłabym w stanie uparcie pedałować przez setki kilometrów, raz przez upalną pustynię, innym razem przez ośnieżone góry. Taka podróż nie jest dla każdego (i prawie na pewno nie dla mnie). Dlatego tym bardziej historie opowiedziane w książce wydały mi się tak interesujące, a Jedwabny Szlak tak egzotyczny i interesujący.
Czy książkę warto przeczytać? Jeśli interesują Cię podróże, szczególnie po Azji, to zdecydowanie tak. W czasach, gdy większość na wakacje jeździ w standardowe kierunki typu Azja Południowo-Wschodnia, Indie czy Ameryka Południowa (z których każdy jest niesamowity, ale coraz bardziej „oklepany”), czytanie o stosunkowo rzadko uczęszczanych kierunkach jest bardzo odświeżające. I inspirujące. Inspirujące, bo ma człowiek ochotę, żeby w kolejną podróż wybrać się gdzieś, gdzie nie docierają masy.
careerbreak.pl 2012-04-03
RozGROMić konkurencję. Sprawdzone w boju strategie dowodzenia, motywowania i zwyciężania (twarda oprawa)
Jak zobaczyłem na okładce gen. Romana Polko w stroju napoleońskim to natychmiast skojarzyłem tę książkę ze „Sztuką wojny” Sun Tzu. Upewniłem się w swoich oczekiwaniach, gdy przeczytałem podtytuł „Sprawdzone w boju strategie dowodzenia, motywowania i zwyciężania”. Tak, taką książkę napisał sławny dowódca Gromu wraz z żoną dr Pauliną Polko. Na ostatniej stronie okładki jest z resztą cytat z Sun Tzu. Wiedziałem zatem, że będzie to książka, która na bazie doświadczeń wojskowych pokaże jak skutecznie zwyciężać.
Tytuły rozdziałów wzbudziły jeszcze bardziej mój apetyt na książkę bo zawierały te pojęcia jakich zazwyczaj się szuka w biznesie. „Zespół”, „kryzys”, „zmiana”, „negocjacje”, „zwycięstwo” i tylko ostatni tytuł sugerował dawkę sztuki wojskowej „Ranger School. Szkoła leadershipu w błocie”. Przystąpiłem więc do uważnej lektury, bo w strategii liczy się każde zdanie i słowo.
Na początku było całkiem nieźle. Rzeczywiście widać było, że doświadczenie generała jest abstrahowane przez jego żonę na rzeczywistość biznesową. Było sporo tej wojskowości, ale znajdowałem też niezbędne uogólnienia. Rzeczywiście, pomyślałem, będzie to polski Sun Tzu. Wydaje mi się nawet, że ta książka powstała pod wpływem lektury wielkiego Chińczyka. Muszę w tym miejscu oddać, niewojskowe, honory żonie generała, Paulinie Polko, bo całe to uogólnianie musiało być dokonane przez nią. Wartość książki rosła w moich oczach z każdą stroną.
Niestety tej wojskowości było coraz więcej, a wniosków do zastosowania w biznesie coraz mniej. Poznałem bardzo dokładnie całą historię kariery wojskowej generała. Poznałem ją z takimi szczegółami, że obawiam się wielkiej poczytności tej książki wśród służb specjalnych naszych wrogów. W końcu nie każdy generał, który osiągnął tak wielki sukces, pisze o tym jak to zrobił. I nie chodzi o nazwy jednostek i taktykę walki, ale o najważniejsze, o organizację, logistykę i sposób motywowania żołnierzy.
Abstraktów pani Pauliny Polko było coraz mniej, aby w końcu, przy niektórych rozdziałach sprowadziły się do wypunktowanych haseł na końcu. Czytelnik musi sobie z tym radzić sam. Sprawdziłem, rzeczywiście zapał żony generała malał wraz ze wzrostem szczegółowości opisów sztuki wojennej. Sztuka abstrahowania to szczególna umiejętność i nie każdy ją posiada. Dobry strateg, a takim z pewnością jest generał, powinien to przekazać czytelnikowi. Nie można oczekiwać tego od ludzi, którzy na co dzień uwikłani są w problemy z własnym biznesem.
Problem mój z tą książką jest tylko taki, że generał nie użył swoich umiejętności i nie dokonał tego, czego przed wiekami dokonał Sun Tzu. Pani Paulina Polko próbowała wcielić się w rolę wielkiego stratega i doskonale ją odegrała, póki starczyło jej zapału lub cierpliwości. Generał jest ewidentnie zafascynowany swoją historią i swoim sukcesem. Nie wiem tylko, czy ja też muszę.
Polecam więc tę książkę tylko w tym zakresie, który zawiera tekst dr Pauliny Polko, wielkiego stratega. Pozostałą część książki polecam fanatykom historii wojskowości.
Tytuły rozdziałów wzbudziły jeszcze bardziej mój apetyt na książkę bo zawierały te pojęcia jakich zazwyczaj się szuka w biznesie. „Zespół”, „kryzys”, „zmiana”, „negocjacje”, „zwycięstwo” i tylko ostatni tytuł sugerował dawkę sztuki wojskowej „Ranger School. Szkoła leadershipu w błocie”. Przystąpiłem więc do uważnej lektury, bo w strategii liczy się każde zdanie i słowo.
Na początku było całkiem nieźle. Rzeczywiście widać było, że doświadczenie generała jest abstrahowane przez jego żonę na rzeczywistość biznesową. Było sporo tej wojskowości, ale znajdowałem też niezbędne uogólnienia. Rzeczywiście, pomyślałem, będzie to polski Sun Tzu. Wydaje mi się nawet, że ta książka powstała pod wpływem lektury wielkiego Chińczyka. Muszę w tym miejscu oddać, niewojskowe, honory żonie generała, Paulinie Polko, bo całe to uogólnianie musiało być dokonane przez nią. Wartość książki rosła w moich oczach z każdą stroną.
Niestety tej wojskowości było coraz więcej, a wniosków do zastosowania w biznesie coraz mniej. Poznałem bardzo dokładnie całą historię kariery wojskowej generała. Poznałem ją z takimi szczegółami, że obawiam się wielkiej poczytności tej książki wśród służb specjalnych naszych wrogów. W końcu nie każdy generał, który osiągnął tak wielki sukces, pisze o tym jak to zrobił. I nie chodzi o nazwy jednostek i taktykę walki, ale o najważniejsze, o organizację, logistykę i sposób motywowania żołnierzy.
Abstraktów pani Pauliny Polko było coraz mniej, aby w końcu, przy niektórych rozdziałach sprowadziły się do wypunktowanych haseł na końcu. Czytelnik musi sobie z tym radzić sam. Sprawdziłem, rzeczywiście zapał żony generała malał wraz ze wzrostem szczegółowości opisów sztuki wojennej. Sztuka abstrahowania to szczególna umiejętność i nie każdy ją posiada. Dobry strateg, a takim z pewnością jest generał, powinien to przekazać czytelnikowi. Nie można oczekiwać tego od ludzi, którzy na co dzień uwikłani są w problemy z własnym biznesem.
Problem mój z tą książką jest tylko taki, że generał nie użył swoich umiejętności i nie dokonał tego, czego przed wiekami dokonał Sun Tzu. Pani Paulina Polko próbowała wcielić się w rolę wielkiego stratega i doskonale ją odegrała, póki starczyło jej zapału lub cierpliwości. Generał jest ewidentnie zafascynowany swoją historią i swoim sukcesem. Nie wiem tylko, czy ja też muszę.
Polecam więc tę książkę tylko w tym zakresie, który zawiera tekst dr Pauliny Polko, wielkiego stratega. Pozostałą część książki polecam fanatykom historii wojskowości.
teslawski.wordpress.com 2012-04-03
Serwisy społecznościowe. Budowa, administracja i moderacja
(...) kupiłem niedawno książkę „Serwisy społecznościowe. Budowa, administracja i moderacja”, której współautorem jest Arvind Juneja, jeden z moderatorów GL. Troszkę się zawiodłem, bo na temat administracji i moderacji (i ważnego pytania PO CO nam społeczność) mamy właściwie dwa rozdziały: pierwszy i ostatni. Pozostałe rozdziały omawiają sposoby konfiguracji rozmaitych skryptów oraz (co ciekawsze) różne przydatne narzędzia, na przykład generatory logo w stylu Web 2.0. :-) Dla ludzi planujących odpalenie forum będzie to ważna lektura, ale jeśli ktoś już wybrał technologię, nie skorzysta niestety za wiele.
webaudit.pl 2009-05-28
The Smashing Book #2
The Smashing Book #2 z założenia jest zbiorem praktycznych projektów na których opierają się wskazówki oraz porady jak konstruować swój serwis internetowy. Znajdziemy tutaj dziewięć rozdziałów przedstawiających zasady, jakie powinni przestrzegać graficy, najlepsze sposoby na przygotowanie prototypów stron WWW oraz możliwości CSS3 w zakresie typografii. Z kart książki dowiemy się również jak powinien wyglądać porządny sklep internetowy, aby osiągnąć murowany sukces w sieci, oraz jak zachęcić użytkowników do klikania we właściwych miejscach.
Tak właśnie książka jest opisywana i reklamowana przez wydawnictwo. Do tego ma bardzo profesjonalne podwaliny merytoryczne, ponieważ oparta jest o doświadczenie oraz cenną wiedzę twórców internetowego giganta w dziedzinie projektowania stron internetowych jakim jest Smashing Magazine.
Po takim wstępnie biorę książkę w ciemno … Jednak już po pierwszym rozdziale możemy się troszeczkę rozczarować. Od razu rzuca się w oczy zamiłowanie autora do filozofii i psychologii, co przekłada się na rozważania momentami lekko nużące. Pomimo, iż rozmyślanie nad różnicami między grafiką użytkową a internetową wydawać by się mogło interesujące, to jednak ciągłe zagłębianie się w podobne rozważania (JS czy CSS, modny czy skromny) może momentami sprawić, że odłożymy książkę na półkę. Jak wiadomo w informatyce jest wiele kwestii spornych i czasami bezcelowe jest dyskutowanie nad wyższością jednego języka programowania nad drugim, czy też jakiegoś rozwiązania nad innym. Wszystko to jedynie kwestia przyzwyczajeń i upodobań twórcy.
Zatem o czym jest SB? Oczywiście jak najbardziej o projektowaniu stron internetowych, użyteczności, prawidłowej kompozycji czy układzie. Wszystko jest opatrzone przykładami (dobrymi i złymi), opisane na schematach i rozrysowane od podstaw. Znajdziemy tutaj wiele wskazówek oraz porad często bardzo interesujących, jak i takich zupełnie nieprzydatnych. W książce przedstawione są również przykłady kodu źródłowego wraz z jego zastosowaniem.Wszystko to zamknięte w lekko filozoficzne akapity i bardzo starannie złożone pod względem typograficznym oraz ilustracyjnym. Książka elegancko wydana na przyjemnym, kredowym papierze i kolorowymi zdjęciami i screenshotami w środku.
Nie znajdziemy tutaj jednak konkretnych rozwiązań (w stylu „zrób TO a zwyciężysz”), podanych na tacy sposobów czy gotowych do wklejenia trików (choć niektórzy tego by oczekiwali). To dlatego, że nie jest to pozycja „101 praktycznych porad”, a książka opisowa, z której każdy wyciągnąć może to, co dla niego jest najważniejsze. Warto zatem zastanowić się czego oczekujemy od tego typu publikacji, być może znajdziemy książkę bardziej odpowiadającą naszym oczekiwaniom.Dla kogo zatem jest The Smashing Book #2?
Dla kogo
Książka przede wszystkim skierowana jest do osób początkujących i ma służyć jako rodzaj wprowadzenia (rzekłbym nawet – mentora przewodniego). Nieco filozoficzne rozważania nad grafiką wyjęte niczym z wykładów ASP mają za zadanie uwrażliwić czytelnika na pewne delikatne meandry grafiki.
Czy warto
Osobiście uważam, że książka jest bardzo dobrą pozycją dla grafika, projektanta stron internetowych i aplikacji mobilnych, z pominięciem osób zaawansowanych (chociaż czasami i tacy powinni sięgnąć do źródła tej wiedzy). Czytając Smashing Book #2 warto skupić się na głównym wątku każdego rozdziału i umiejętnie wyłuskiwać najistotniejsze fakty. Warto też markować złote myśli i konkretne rady, by później łatwo odnaleźć to, co nas interesuje. Jeżeli nie jesteś pewien czy książka Cię zainteresuje to polecam przeczytanie fragmentu publikowanego na stronie helionu.
Tak właśnie książka jest opisywana i reklamowana przez wydawnictwo. Do tego ma bardzo profesjonalne podwaliny merytoryczne, ponieważ oparta jest o doświadczenie oraz cenną wiedzę twórców internetowego giganta w dziedzinie projektowania stron internetowych jakim jest Smashing Magazine.
Po takim wstępnie biorę książkę w ciemno … Jednak już po pierwszym rozdziale możemy się troszeczkę rozczarować. Od razu rzuca się w oczy zamiłowanie autora do filozofii i psychologii, co przekłada się na rozważania momentami lekko nużące. Pomimo, iż rozmyślanie nad różnicami między grafiką użytkową a internetową wydawać by się mogło interesujące, to jednak ciągłe zagłębianie się w podobne rozważania (JS czy CSS, modny czy skromny) może momentami sprawić, że odłożymy książkę na półkę. Jak wiadomo w informatyce jest wiele kwestii spornych i czasami bezcelowe jest dyskutowanie nad wyższością jednego języka programowania nad drugim, czy też jakiegoś rozwiązania nad innym. Wszystko to jedynie kwestia przyzwyczajeń i upodobań twórcy.
Zatem o czym jest SB? Oczywiście jak najbardziej o projektowaniu stron internetowych, użyteczności, prawidłowej kompozycji czy układzie. Wszystko jest opatrzone przykładami (dobrymi i złymi), opisane na schematach i rozrysowane od podstaw. Znajdziemy tutaj wiele wskazówek oraz porad często bardzo interesujących, jak i takich zupełnie nieprzydatnych. W książce przedstawione są również przykłady kodu źródłowego wraz z jego zastosowaniem.Wszystko to zamknięte w lekko filozoficzne akapity i bardzo starannie złożone pod względem typograficznym oraz ilustracyjnym. Książka elegancko wydana na przyjemnym, kredowym papierze i kolorowymi zdjęciami i screenshotami w środku.
Nie znajdziemy tutaj jednak konkretnych rozwiązań (w stylu „zrób TO a zwyciężysz”), podanych na tacy sposobów czy gotowych do wklejenia trików (choć niektórzy tego by oczekiwali). To dlatego, że nie jest to pozycja „101 praktycznych porad”, a książka opisowa, z której każdy wyciągnąć może to, co dla niego jest najważniejsze. Warto zatem zastanowić się czego oczekujemy od tego typu publikacji, być może znajdziemy książkę bardziej odpowiadającą naszym oczekiwaniom.Dla kogo zatem jest The Smashing Book #2?
Dla kogo
Książka przede wszystkim skierowana jest do osób początkujących i ma służyć jako rodzaj wprowadzenia (rzekłbym nawet – mentora przewodniego). Nieco filozoficzne rozważania nad grafiką wyjęte niczym z wykładów ASP mają za zadanie uwrażliwić czytelnika na pewne delikatne meandry grafiki.
Czy warto
Osobiście uważam, że książka jest bardzo dobrą pozycją dla grafika, projektanta stron internetowych i aplikacji mobilnych, z pominięciem osób zaawansowanych (chociaż czasami i tacy powinni sięgnąć do źródła tej wiedzy). Czytając Smashing Book #2 warto skupić się na głównym wątku każdego rozdziału i umiejętnie wyłuskiwać najistotniejsze fakty. Warto też markować złote myśli i konkretne rady, by później łatwo odnaleźć to, co nas interesuje. Jeżeli nie jesteś pewien czy książka Cię zainteresuje to polecam przeczytanie fragmentu publikowanego na stronie helionu.
PSDblog.pl Gerard Brożnowicz, 2012-03-27