Recenzje
Bieganie metodą Gallowaya. Ciesz się dobrym zdrowiem i doskonałą formą!
Bieganie to najprostszy i najtańszy ze wszystkich znanych człowiekowi sportów. Jego uprawianie wymaga jednak odpowiednich przygotowań oraz dostatecznego samozaparcia - przepis na jedno i drugie znajdziesz w książce Jeffa Gallowaya.
Bieg z przerwami wypoczynkowymi
Genialna w swej prostocie metoda Gallowaya znana jest chyba wszystkim entuzjastom biegania. Amerykański biegacz i teoretyk jogginu proponuje, by do naszych treningów biegowych wprowadzić cykliczne przerwy na marsz, dzięki, którym poprawimy swoją wydolność i lepiej rozplanujemy siły, nie tylko na dłuższych dystansach. Pierwsze efekty, jeśli wierzyć autorowi, można osiągnąć w przeciągu sześciu miesięcy.
Naprzód marsz!
Przerwy marszowe, które proponuje nam Galloway należy wprowadzać już w pierwszych treningach i nawet po przebiegnięciu stosunkowo krótkiego dystansu. 1-2 minutowy marsz po każdych 3-8 minutach biegu pozwala nam na zaoszczędzanie energii, panowanie nad zmęczeniem i ,co najważniejsze, efektywniejszy trening. Wbrew temu, co można by sądzić, im więcej przerw marszowych robimy, tym lepiej. "Bieganie metodą Gallowaya" to jednak znacznie więcej, niż tylko książka o rozsądnym wydatkowaniu energii.
Mistrz maratonu krok po kroku
Galloway prowadzi nas przez meandry dietetyki, fizjologii i profesjonalnego treningu. Doradza, jak kontrolować wagę i puls, wytyka podstawowe błędy popełniane w ćwiczeniach oraz przedstawia schematy budowy najważniejszych mięśni. Kolejne rozdziały książki omawiają m.in. techniki motywacyjne podczas codziennego treningu i biegu na zawodach, jogging kobiet w ciąży czy przygotowanie do biegania w warunkach ekstremalnych. Poradom tym towarzyszą, wplecione w poszczególne rozdziały, anegdotki i historie z życia autora lub znanych mu osób. Wszystko sprawia, że książkę czyta się bardzo dobrze i niezwykle szybko.
Poradnik rzemieślnika
Jeśli szukasz książki, która zmieni całe twoje podejście do biegania, to będziesz rozczarowany. Galloway nie przedstawia żadnej cudownej recepty na to, jak w miesiąc zostać biegaczem lub schudnąć 20 kilogramów w ciągu tygodnia, dzięki aktywności fizycznej. „Bieganie metodą Gallowaya” to raczej rzemieślniczy poradnik. Jest on przeznaczony tak dla początkujących adeptów osiedlowego dreptania, jak i dla tych, którzy planują w krótkim czasie startować w zawodach i półmaratonach. Galloway krok po kroku przedstawia wszystkie niezbędne etapy, jakie musimy przejść od entuzjasty-amatora do półprofesjonalnego biegacza. Co ważne, nie ogranicza on swoich porad jedynie do treningów.
Nie dla każdego
Autor stosunkowo mało miejsca poświęca trudnym początkom, z jakimi zmaga się każdy, kto rozpoczyna swoją przygodę z bieganiem. Książka przeznaczona jest przede wszystkim dla tych, którzy ze sportem tym już się zapoznali i są zdeterminowani na tyle, by kontynuować tą znajomość. Nie trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że początkowe rozdziały książki to tylko preludium do właściwej jej części, która przeznaczona jest dla chcących wkroczyć na drogę zawodowego biegania. Dla tych osób omawiany poradnik to nieoceniona pomoc w przygotowywaniu diety, treningu i planów ćwiczeniowych. I to głównie do nich adresowana jest książka Gallowaya.
Bieg z przerwami wypoczynkowymi
Genialna w swej prostocie metoda Gallowaya znana jest chyba wszystkim entuzjastom biegania. Amerykański biegacz i teoretyk jogginu proponuje, by do naszych treningów biegowych wprowadzić cykliczne przerwy na marsz, dzięki, którym poprawimy swoją wydolność i lepiej rozplanujemy siły, nie tylko na dłuższych dystansach. Pierwsze efekty, jeśli wierzyć autorowi, można osiągnąć w przeciągu sześciu miesięcy.
Naprzód marsz!
Przerwy marszowe, które proponuje nam Galloway należy wprowadzać już w pierwszych treningach i nawet po przebiegnięciu stosunkowo krótkiego dystansu. 1-2 minutowy marsz po każdych 3-8 minutach biegu pozwala nam na zaoszczędzanie energii, panowanie nad zmęczeniem i ,co najważniejsze, efektywniejszy trening. Wbrew temu, co można by sądzić, im więcej przerw marszowych robimy, tym lepiej. "Bieganie metodą Gallowaya" to jednak znacznie więcej, niż tylko książka o rozsądnym wydatkowaniu energii.
Mistrz maratonu krok po kroku
Galloway prowadzi nas przez meandry dietetyki, fizjologii i profesjonalnego treningu. Doradza, jak kontrolować wagę i puls, wytyka podstawowe błędy popełniane w ćwiczeniach oraz przedstawia schematy budowy najważniejszych mięśni. Kolejne rozdziały książki omawiają m.in. techniki motywacyjne podczas codziennego treningu i biegu na zawodach, jogging kobiet w ciąży czy przygotowanie do biegania w warunkach ekstremalnych. Poradom tym towarzyszą, wplecione w poszczególne rozdziały, anegdotki i historie z życia autora lub znanych mu osób. Wszystko sprawia, że książkę czyta się bardzo dobrze i niezwykle szybko.
Poradnik rzemieślnika
Jeśli szukasz książki, która zmieni całe twoje podejście do biegania, to będziesz rozczarowany. Galloway nie przedstawia żadnej cudownej recepty na to, jak w miesiąc zostać biegaczem lub schudnąć 20 kilogramów w ciągu tygodnia, dzięki aktywności fizycznej. „Bieganie metodą Gallowaya” to raczej rzemieślniczy poradnik. Jest on przeznaczony tak dla początkujących adeptów osiedlowego dreptania, jak i dla tych, którzy planują w krótkim czasie startować w zawodach i półmaratonach. Galloway krok po kroku przedstawia wszystkie niezbędne etapy, jakie musimy przejść od entuzjasty-amatora do półprofesjonalnego biegacza. Co ważne, nie ogranicza on swoich porad jedynie do treningów.
Nie dla każdego
Autor stosunkowo mało miejsca poświęca trudnym początkom, z jakimi zmaga się każdy, kto rozpoczyna swoją przygodę z bieganiem. Książka przeznaczona jest przede wszystkim dla tych, którzy ze sportem tym już się zapoznali i są zdeterminowani na tyle, by kontynuować tą znajomość. Nie trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że początkowe rozdziały książki to tylko preludium do właściwej jej części, która przeznaczona jest dla chcących wkroczyć na drogę zawodowego biegania. Dla tych osób omawiany poradnik to nieoceniona pomoc w przygotowywaniu diety, treningu i planów ćwiczeniowych. I to głównie do nich adresowana jest książka Gallowaya.
Zdrowie.wieszjak.pl Przemysław Ziemichód
Bieganie metodą Gallowaya. Ciesz się dobrym zdrowiem i doskonałą formą!
Bieganie to najprostszy i najtańszy ze wszystkich znanych człowiekowi sportów. Jego uprawianie wymaga jednak odpowiednich przygotowań oraz dostatecznego samozaparcia - przepis na jedno i drugie znajdziesz w książce Jeffa Gallowaya.
Bieg z przerwami wypoczynkowymi
Genialna w swej prostocie metoda Gallowaya znana jest chyba wszystkim entuzjastom biegania. Amerykański biegacz i teoretyk jogginu proponuje, by do naszych treningów biegowych wprowadzić cykliczne przerwy na marsz, dzięki, którym poprawimy swoją wydolność i lepiej rozplanujemy siły, nie tylko na dłuższych dystansach. Pierwsze efekty, jeśli wierzyć autorowi, można osiągnąć w przeciągu sześciu miesięcy.
Naprzód marsz!
Przerwy marszowe, które proponuje nam Galloway należy wprowadzać już w pierwszych treningach i nawet po przebiegnięciu stosunkowo krótkiego dystansu. 1-2 minutowy marsz po każdych 3-8 minutach biegu pozwala nam na zaoszczędzanie energii, panowanie nad zmęczeniem i ,co najważniejsze, efektywniejszy trening. Wbrew temu, co można by sądzić, im więcej przerw marszowych robimy, tym lepiej. "Bieganie metodą Gallowaya" to jednak znacznie więcej, niż tylko książka o rozsądnym wydatkowaniu energii.
Mistrz maratonu krok po kroku
Galloway prowadzi nas przez meandry dietetyki, fizjologii i profesjonalnego treningu. Doradza, jak kontrolować wagę i puls, wytyka podstawowe błędy popełniane w ćwiczeniach oraz przedstawia schematy budowy najważniejszych mięśni. Kolejne rozdziały książki omawiają m.in. techniki motywacyjne podczas codziennego treningu i biegu na zawodach, jogging kobiet w ciąży czy przygotowanie do biegania w warunkach ekstremalnych. Poradom tym towarzyszą, wplecione w poszczególne rozdziały, anegdotki i historie z życia autora lub znanych mu osób. Wszystko sprawia, że książkę czyta się bardzo dobrze i niezwykle szybko.
Poradnik rzemieślnika
Jeśli szukasz książki, która zmieni całe twoje podejście do biegania, to będziesz rozczarowany. Galloway nie przedstawia żadnej cudownej recepty na to, jak w miesiąc zostać biegaczem lub schudnąć 20 kilogramów w ciągu tygodnia, dzięki aktywności fizycznej. „Bieganie metodą Gallowaya” to raczej rzemieślniczy poradnik. Jest on przeznaczony tak dla początkujących adeptów osiedlowego dreptania, jak i dla tych, którzy planują w krótkim czasie startować w zawodach i półmaratonach. Galloway krok po kroku przedstawia wszystkie niezbędne etapy, jakie musimy przejść od entuzjasty-amatora do półprofesjonalnego biegacza. Co ważne, nie ogranicza on swoich porad jedynie do treningów.
Nie dla każdego
Autor stosunkowo mało miejsca poświęca trudnym początkom, z jakimi zmaga się każdy, kto rozpoczyna swoją przygodę z bieganiem. Książka przeznaczona jest przede wszystkim dla tych, którzy ze sportem tym już się zapoznali i są zdeterminowani na tyle, by kontynuować tą znajomość. Nie trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że początkowe rozdziały książki to tylko preludium do właściwej jej części, która przeznaczona jest dla chcących wkroczyć na drogę zawodowego biegania. Dla tych osób omawiany poradnik to nieoceniona pomoc w przygotowywaniu diety, treningu i planów ćwiczeniowych. I to głównie do nich adresowana jest książka Gallowaya.
Bieg z przerwami wypoczynkowymi
Genialna w swej prostocie metoda Gallowaya znana jest chyba wszystkim entuzjastom biegania. Amerykański biegacz i teoretyk jogginu proponuje, by do naszych treningów biegowych wprowadzić cykliczne przerwy na marsz, dzięki, którym poprawimy swoją wydolność i lepiej rozplanujemy siły, nie tylko na dłuższych dystansach. Pierwsze efekty, jeśli wierzyć autorowi, można osiągnąć w przeciągu sześciu miesięcy.
Naprzód marsz!
Przerwy marszowe, które proponuje nam Galloway należy wprowadzać już w pierwszych treningach i nawet po przebiegnięciu stosunkowo krótkiego dystansu. 1-2 minutowy marsz po każdych 3-8 minutach biegu pozwala nam na zaoszczędzanie energii, panowanie nad zmęczeniem i ,co najważniejsze, efektywniejszy trening. Wbrew temu, co można by sądzić, im więcej przerw marszowych robimy, tym lepiej. "Bieganie metodą Gallowaya" to jednak znacznie więcej, niż tylko książka o rozsądnym wydatkowaniu energii.
Mistrz maratonu krok po kroku
Galloway prowadzi nas przez meandry dietetyki, fizjologii i profesjonalnego treningu. Doradza, jak kontrolować wagę i puls, wytyka podstawowe błędy popełniane w ćwiczeniach oraz przedstawia schematy budowy najważniejszych mięśni. Kolejne rozdziały książki omawiają m.in. techniki motywacyjne podczas codziennego treningu i biegu na zawodach, jogging kobiet w ciąży czy przygotowanie do biegania w warunkach ekstremalnych. Poradom tym towarzyszą, wplecione w poszczególne rozdziały, anegdotki i historie z życia autora lub znanych mu osób. Wszystko sprawia, że książkę czyta się bardzo dobrze i niezwykle szybko.
Poradnik rzemieślnika
Jeśli szukasz książki, która zmieni całe twoje podejście do biegania, to będziesz rozczarowany. Galloway nie przedstawia żadnej cudownej recepty na to, jak w miesiąc zostać biegaczem lub schudnąć 20 kilogramów w ciągu tygodnia, dzięki aktywności fizycznej. „Bieganie metodą Gallowaya” to raczej rzemieślniczy poradnik. Jest on przeznaczony tak dla początkujących adeptów osiedlowego dreptania, jak i dla tych, którzy planują w krótkim czasie startować w zawodach i półmaratonach. Galloway krok po kroku przedstawia wszystkie niezbędne etapy, jakie musimy przejść od entuzjasty-amatora do półprofesjonalnego biegacza. Co ważne, nie ogranicza on swoich porad jedynie do treningów.
Nie dla każdego
Autor stosunkowo mało miejsca poświęca trudnym początkom, z jakimi zmaga się każdy, kto rozpoczyna swoją przygodę z bieganiem. Książka przeznaczona jest przede wszystkim dla tych, którzy ze sportem tym już się zapoznali i są zdeterminowani na tyle, by kontynuować tą znajomość. Nie trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że początkowe rozdziały książki to tylko preludium do właściwej jej części, która przeznaczona jest dla chcących wkroczyć na drogę zawodowego biegania. Dla tych osób omawiany poradnik to nieoceniona pomoc w przygotowywaniu diety, treningu i planów ćwiczeniowych. I to głównie do nich adresowana jest książka Gallowaya.
Zdrowie.wieszjak.pl Przemysław Ziemichód
Bushcraft, czyli sztuka przetrwania
Podczas gdy Bear Grylls, wyrzucony na bezludną plażę kleci łódkę z tego, co ma pod ręką, za posiłek traktując surowe ptasie jaja i ciesząc się powiewem przygody, jego kolega po fachu Ray Mears, uzbrojony w zaprojektowany przez siebie nóż, siekierę i rozbudowaną apteczkę uprawia w dziczy ciekawą odmianę sztuki survivalu – buschcraft.
Sztuka przetrwania
Słowo bushcraft przywodzi na myśl rzemiosło i w istocie jest to sztuka przetrwania, oparta na umiejętności doboru ekwipunku, przygotowania podstawowych narzędzi przeżycia z wykorzystaniem noża, piły, siekiery bądź maczety – to cztery główne narzędzia do cięcia w bushcrafcie – oraz na poszanowaniu dla natury. Tak powiada Raymond Mears, autor bogato ilustrowanego, praktycznego przewodnika „Bushcraft, czyli sztuka przetrwania” (ang. Essential bushcraft), wydanego w Polsce w roku 2011 przez wydawnictwo Helion.
Survival, uprawiany przykładowo przez wspomnianego już, sławnego pasjonata posiłków na bazie bawolich oczu, różni się od bushcraftu brakiem przygotowania w kwestii wyposażenia. To element kluczowy – rzuceni w nieznane, nieprzyjazne warunki ćwiczymy się w sztuce przetrwania, co wymaga umiejętności, dyscypliny, kondycji, ale i wewnętrznego hartu. Bushcraft proponowany przez Mearsa jest mniej ekstremalny, nastawiony bardziej na techniczne aspekty przetrwania, jak również współpracę z naturalnym środowiskiem – co nie znaczy, że cierpi na tym współczynnik przygody czy element samodoskonalenia się.
Kim jest Raymond Mears?
Raymond Mears to angielski prezenter telewizyjny, a także zagorzały podróżnik, który w kompleksowy sposób pokazuje nam, jak w sytuacji kryzysowej, dzięki umiejętnościom i szacunku dla wiedzy pierwotnych plemion, wykorzystując ekwipunek i otoczenie, przeżyć w ekstremalnych okolicznościach, a także – jak przygotować się do wyprawy swojego życia, jak rozniecić ogień pierwotnymi metodami, jak łowić ryby w przeręblu, jak upleść porządny sznur, jak pozyskać wodę z kaktusa i pustynnych korzeni, jak zbudować szałas lub igloo, jak upolować królika i wiele więcej. A to wszystko w dbałości o własne bezpieczeństwo i zdrowie.
Ekwipunek
Zawartość bagażu, z jakim ruszamy w dzicz, powinna być dostosowana do klimatu. Nic nieprzydatnego! Lekki śpiwór, nóż, apteczka, worek brezentowy, sprzęt nawigacyjny i do destylacji, a także „coś, w czym będziesz mógł przenosić wodę” to niezbędne minimum. O wyposażeniu i wielkości plecaka, a także o tym, jakie notatki robić na szlaku, czym się różnią buty do dżungli od „eskimosek” i co powinno znaleźć się w apteczce – w rozdziale EKWIPUNEK.
Narzędzia do cięcia
Rozdział NARZĘDZIA DO CIĘCIA odsłania przed nami tajniki podstawowych narzędzi bushcraftu: noża, piły, siekiery i paranga, który można opcjonalnie zastąpić maczetą. Każda z tych powierzchni tnących ma w buszu swoje przeznaczenie, a także określone sposoby posługiwania się nią, począwszy od chwytów, przez techniki przycinania, na przechowywaniu kończąc. Niezwykle precyzyjne porady, zilustrowane doskonałymi technicznymi grafikami oraz kolorowymi zdjęciami autorstwa Bena McNutta sprawiają, że ciosanie, struganie, cięcie drewna na opał, drążenie pnia, ścinanie drzew (choć rzadko stosowane w buschcrafcie, ale jak podkreśla Mears, może się jednak przydać podczas ewakuacji w lasach tropikalnych) – wejdą nam w krew.
Woda
Człowiek potrzebuje wody do życia niemal w takim samym stopniu jak powietrza. To zdominuje całą trasę planowanej przez ciebie podróży – mówi Mears o podstawowym obowiązku podróżnika, jakim jest zaopatrywanie się w wodę. W rozdziale WODA dowiadujemy się, jak planować podróż z uwzględnieniem „niebieskich punktów” na mapie, jak sprawdzać, czy woda jest zdatna oraz skąd ją pozyskiwać, gdy wydaje się, że słowo „lać” dotyczy jedynie żaru z nieba… Odwodnienie to jedno z największych zagrożeń na szlaku. W poradniku Raya Maersa znajdziemy listę, uwzględniającą roślinność, owady i zwierzęta, których obecność wskazuje na bliskie występowanie wody, a także kilka najskuteczniejszych metod pozyskiwania płynu życia, takich jak wykorzystanie roślin, drzew, śniegu. Oraz – punkt po punkcie – wszystkie metody filtracji i uzdatniania.
Ogień
Odpowiednie nastawienie oraz umiejętności to klucz do rozpalenia ogniska według bushcraftu. W tym rozdziale znajdziemy kompletną encyklopedię ognia, rozpoczynającą się od wyboru rodzaju zapałek i sposobu ich przechowywania, opisującą wszystkie stosowane przez bushcraft rozpałki, dostępne człowiekowi dzięki naturze i cywilizacji (mam tu na myśli gumową oponę), a także techniki, takie jak własnoręczna produkcja łuku i pługu ogniowego czy wzniecanie płomienia piłą z bambusa, środkami chemicznymi i starym, dobrym ręcznym świdrem. A na własnoręcznie wznieconym ogniu można już usmażyć potrawę w woku… Wszystkie czynności są starannie opisanie i zilustrowane.
Schronienie
Niebezpieczeństwa podczas podróży często przyjmują maskę zmiennej pogody, niesprzyjających warunków atmosferycznych i środowiskowych. Przez zwierzętami nocy, ekspozycją na promieniowanie, utratą ciepła czy nawet hipotermią ochroni nas odpowiednie SCHRONIENIE. W rozdziale na ten temat Mears opisuje najważniejsze stany zagrożenia życia lub zdrowia, jakie mogą przydarzyć nam się podczas wyprawy, wraz z technikami pierwszej pomocy. Dzięki niezwykłej zapobiegawczości i pomysłowości, jaką cechuje się bushcraft prezentowany przez Mearsa, będziemy przygotowani na każdą ewentualność. A takie rzeczy jak pień drzewa, jaskinia, sangar, okop czy zbudowane z drzewa łóżko, wiata, tipi, szałas albo aborygeńska wiltja zapewnią nam odpowiednią ochronę w przystankach w podróży.
Olinowanie
Nie dałoby się zbudować wielu narzędzi bushcraftu (nie mówiąc już o pokonaniu wartkiego nurtu rzeki) bez odpowiedniej liny bądź sznura. Jeżeli nie zabraliśmy go ze sobą – co po lekturze tej książki już się nie zdarzy – możemy go upleść. Ale będziemy musieli wykorzystać materiały, jakie znajdziemy wokół siebie – korzenie, witki, korę i włókna drzew, egzotyczne rośliny. Sznurek z liści juki? Z pokrzywy? Nic prostszego. Jak zrobić to wszystko i jeszcze poprawnie zawiązać jeden z kilkudziesięciu praktycznych rodzajów węzłów, dowiesz się z rozdziału OLINOWANIE.
Na szlaku
Powiadają, że podróż zaczyna się od jednego kroku. Może i tak, ale prawdziwy buschcraftowiec przygotowuje się do niej fizycznie i psychicznie, a jego przygoda zaczyna się na długo przed wyjściem z domu. W rozdziale NA SZLAKU Ray Mears wyjaśnia, co oznacza odpowiednie nastawienie – do siebie, do ludzi spotkanych w podróży, a także do samego żywiołu przygody. Psychologiczne podejście szybko okazuje się czysto pragmatyczne, zwłaszcza gdy dołącza do niego troska o własne bezpieczeństwo i zdrowie. Przygotowanie na ryzyko typu przeszkody wodne i lądowe, a także mniejsze lub większe dolegliwości w podróży, to podstawa w sztuce bushcraftu.
Dary ziemi
Szacunek do natury, nie bezwzględna eksploatacja jej zasobów – mówi Mears w ostatnim rozdziale bushcraftowej biblii, DARY ZIEMI. Mimo że na brak pożywienia na szlaku możemy być narażeni w ostateczności, pozyskiwanie pokarmu w ekstremalnych warunkach to istotna kwestia survivalu według Mearsa. Z jakich nasion i owoców prawdziwy człowiek lasu pozyska wartości odżywcze? Co zrobi, gdy ogarnie go pasja myśliwego?
W ekwipunku każdego fascynata sztuki przetrwania w dziczy, oprócz noża, sprzętu nawigacyjnego i „czegoś, w czym będziesz mógł gotować”, powinna znaleźć się książka „Bushcraft, czyli sztuka przetrwania” – fascynujące i kompleksowe kompendium survivalu w zgodzie z naturą.
Sztuka przetrwania
Słowo bushcraft przywodzi na myśl rzemiosło i w istocie jest to sztuka przetrwania, oparta na umiejętności doboru ekwipunku, przygotowania podstawowych narzędzi przeżycia z wykorzystaniem noża, piły, siekiery bądź maczety – to cztery główne narzędzia do cięcia w bushcrafcie – oraz na poszanowaniu dla natury. Tak powiada Raymond Mears, autor bogato ilustrowanego, praktycznego przewodnika „Bushcraft, czyli sztuka przetrwania” (ang. Essential bushcraft), wydanego w Polsce w roku 2011 przez wydawnictwo Helion.
Survival, uprawiany przykładowo przez wspomnianego już, sławnego pasjonata posiłków na bazie bawolich oczu, różni się od bushcraftu brakiem przygotowania w kwestii wyposażenia. To element kluczowy – rzuceni w nieznane, nieprzyjazne warunki ćwiczymy się w sztuce przetrwania, co wymaga umiejętności, dyscypliny, kondycji, ale i wewnętrznego hartu. Bushcraft proponowany przez Mearsa jest mniej ekstremalny, nastawiony bardziej na techniczne aspekty przetrwania, jak również współpracę z naturalnym środowiskiem – co nie znaczy, że cierpi na tym współczynnik przygody czy element samodoskonalenia się.
Kim jest Raymond Mears?
Raymond Mears to angielski prezenter telewizyjny, a także zagorzały podróżnik, który w kompleksowy sposób pokazuje nam, jak w sytuacji kryzysowej, dzięki umiejętnościom i szacunku dla wiedzy pierwotnych plemion, wykorzystując ekwipunek i otoczenie, przeżyć w ekstremalnych okolicznościach, a także – jak przygotować się do wyprawy swojego życia, jak rozniecić ogień pierwotnymi metodami, jak łowić ryby w przeręblu, jak upleść porządny sznur, jak pozyskać wodę z kaktusa i pustynnych korzeni, jak zbudować szałas lub igloo, jak upolować królika i wiele więcej. A to wszystko w dbałości o własne bezpieczeństwo i zdrowie.
Ekwipunek
Zawartość bagażu, z jakim ruszamy w dzicz, powinna być dostosowana do klimatu. Nic nieprzydatnego! Lekki śpiwór, nóż, apteczka, worek brezentowy, sprzęt nawigacyjny i do destylacji, a także „coś, w czym będziesz mógł przenosić wodę” to niezbędne minimum. O wyposażeniu i wielkości plecaka, a także o tym, jakie notatki robić na szlaku, czym się różnią buty do dżungli od „eskimosek” i co powinno znaleźć się w apteczce – w rozdziale EKWIPUNEK.
Narzędzia do cięcia
Rozdział NARZĘDZIA DO CIĘCIA odsłania przed nami tajniki podstawowych narzędzi bushcraftu: noża, piły, siekiery i paranga, który można opcjonalnie zastąpić maczetą. Każda z tych powierzchni tnących ma w buszu swoje przeznaczenie, a także określone sposoby posługiwania się nią, począwszy od chwytów, przez techniki przycinania, na przechowywaniu kończąc. Niezwykle precyzyjne porady, zilustrowane doskonałymi technicznymi grafikami oraz kolorowymi zdjęciami autorstwa Bena McNutta sprawiają, że ciosanie, struganie, cięcie drewna na opał, drążenie pnia, ścinanie drzew (choć rzadko stosowane w buschcrafcie, ale jak podkreśla Mears, może się jednak przydać podczas ewakuacji w lasach tropikalnych) – wejdą nam w krew.
Woda
Człowiek potrzebuje wody do życia niemal w takim samym stopniu jak powietrza. To zdominuje całą trasę planowanej przez ciebie podróży – mówi Mears o podstawowym obowiązku podróżnika, jakim jest zaopatrywanie się w wodę. W rozdziale WODA dowiadujemy się, jak planować podróż z uwzględnieniem „niebieskich punktów” na mapie, jak sprawdzać, czy woda jest zdatna oraz skąd ją pozyskiwać, gdy wydaje się, że słowo „lać” dotyczy jedynie żaru z nieba… Odwodnienie to jedno z największych zagrożeń na szlaku. W poradniku Raya Maersa znajdziemy listę, uwzględniającą roślinność, owady i zwierzęta, których obecność wskazuje na bliskie występowanie wody, a także kilka najskuteczniejszych metod pozyskiwania płynu życia, takich jak wykorzystanie roślin, drzew, śniegu. Oraz – punkt po punkcie – wszystkie metody filtracji i uzdatniania.
Ogień
Odpowiednie nastawienie oraz umiejętności to klucz do rozpalenia ogniska według bushcraftu. W tym rozdziale znajdziemy kompletną encyklopedię ognia, rozpoczynającą się od wyboru rodzaju zapałek i sposobu ich przechowywania, opisującą wszystkie stosowane przez bushcraft rozpałki, dostępne człowiekowi dzięki naturze i cywilizacji (mam tu na myśli gumową oponę), a także techniki, takie jak własnoręczna produkcja łuku i pługu ogniowego czy wzniecanie płomienia piłą z bambusa, środkami chemicznymi i starym, dobrym ręcznym świdrem. A na własnoręcznie wznieconym ogniu można już usmażyć potrawę w woku… Wszystkie czynności są starannie opisanie i zilustrowane.
Schronienie
Niebezpieczeństwa podczas podróży często przyjmują maskę zmiennej pogody, niesprzyjających warunków atmosferycznych i środowiskowych. Przez zwierzętami nocy, ekspozycją na promieniowanie, utratą ciepła czy nawet hipotermią ochroni nas odpowiednie SCHRONIENIE. W rozdziale na ten temat Mears opisuje najważniejsze stany zagrożenia życia lub zdrowia, jakie mogą przydarzyć nam się podczas wyprawy, wraz z technikami pierwszej pomocy. Dzięki niezwykłej zapobiegawczości i pomysłowości, jaką cechuje się bushcraft prezentowany przez Mearsa, będziemy przygotowani na każdą ewentualność. A takie rzeczy jak pień drzewa, jaskinia, sangar, okop czy zbudowane z drzewa łóżko, wiata, tipi, szałas albo aborygeńska wiltja zapewnią nam odpowiednią ochronę w przystankach w podróży.
Olinowanie
Nie dałoby się zbudować wielu narzędzi bushcraftu (nie mówiąc już o pokonaniu wartkiego nurtu rzeki) bez odpowiedniej liny bądź sznura. Jeżeli nie zabraliśmy go ze sobą – co po lekturze tej książki już się nie zdarzy – możemy go upleść. Ale będziemy musieli wykorzystać materiały, jakie znajdziemy wokół siebie – korzenie, witki, korę i włókna drzew, egzotyczne rośliny. Sznurek z liści juki? Z pokrzywy? Nic prostszego. Jak zrobić to wszystko i jeszcze poprawnie zawiązać jeden z kilkudziesięciu praktycznych rodzajów węzłów, dowiesz się z rozdziału OLINOWANIE.
Na szlaku
Powiadają, że podróż zaczyna się od jednego kroku. Może i tak, ale prawdziwy buschcraftowiec przygotowuje się do niej fizycznie i psychicznie, a jego przygoda zaczyna się na długo przed wyjściem z domu. W rozdziale NA SZLAKU Ray Mears wyjaśnia, co oznacza odpowiednie nastawienie – do siebie, do ludzi spotkanych w podróży, a także do samego żywiołu przygody. Psychologiczne podejście szybko okazuje się czysto pragmatyczne, zwłaszcza gdy dołącza do niego troska o własne bezpieczeństwo i zdrowie. Przygotowanie na ryzyko typu przeszkody wodne i lądowe, a także mniejsze lub większe dolegliwości w podróży, to podstawa w sztuce bushcraftu.
Dary ziemi
Szacunek do natury, nie bezwzględna eksploatacja jej zasobów – mówi Mears w ostatnim rozdziale bushcraftowej biblii, DARY ZIEMI. Mimo że na brak pożywienia na szlaku możemy być narażeni w ostateczności, pozyskiwanie pokarmu w ekstremalnych warunkach to istotna kwestia survivalu według Mearsa. Z jakich nasion i owoców prawdziwy człowiek lasu pozyska wartości odżywcze? Co zrobi, gdy ogarnie go pasja myśliwego?
W ekwipunku każdego fascynata sztuki przetrwania w dziczy, oprócz noża, sprzętu nawigacyjnego i „czegoś, w czym będziesz mógł gotować”, powinna znaleźć się książka „Bushcraft, czyli sztuka przetrwania” – fascynujące i kompleksowe kompendium survivalu w zgodzie z naturą.
Zdrowie.wieszjak.pl Agata Herbich
Emocje ujawnione. Odkryj, co ludzie chcą przed Tobą zataić, i dowiedz się czegoś więcej o sobie
Dziewczyna marszczy brwi. Jest zdenerwowana? Zła? A może zmartwiona? O tym, jakie emocje można odczytać z ludzkiej twarzy, jakie miny sygnalizują określone odczucia i czy można kłamać z wykorzystaniem ruchów mimicznych, pisze w swojej książce „Emocje ujawnione” Paul Ekman, światowej sławy psycholog, pionier badań nad ekspresją mimiczną uczuć.
„Emocje decydują o jakości naszego życia – pisze we Wstępie Paul Ekman – (…) Mogą one ocalić nam życie, mogą również powodować prawdziwe szkody. Mogą stymulować nas do działania w sposób, który uznamy za realistyczny i odpowiedni do sytuacji, ale mogą też prowadzić nas do postępowania, którego będziemy późnej bardzo żałować”. Radość, gniew, smutek, zaskoczenie, wstręt, pogarda – wydaje nam się, że potrafimy rozpoznać każdą z tych emocji, wiemy, kiedy się pojawiają i z jaką mimiką wiążą. Czy aby na pewno?
Już we Wstępie Paul Ekman proponuje, by – przed przystąpieniem do lektury – rozwiązać test znajdujący się na końcu książki. Znajdziemy tam kilkanaście fotografii młodej kobiety (córki autora). Zadanie jest, wydawać by się mogło, banalne: należy zidentyfikować emocje pojawiające się na jej twarzy. Zaczynamy, zdjęcie numer jeden. Dziewczyna ma zmrużone oczy i lekko wydęte usta. Jest znudzona. Zaraz, zaraz… A może smutna? Kąciki jej warg jednak nie opadają, a brwi wydają się być zupełnie „płaskie”. Może więc zdegustowana? Zła?... Już przy pierwszych zdjęciach napotykamy więc na trudności: na jednej fotografii dziewczyna patrzy w obiektyw zza przymrużonych oczu, na innym ma zaciśnięte usta, zsunięte brwi, uniesiony kącik ust, zmarszczone czoło… Odczytywanie emocji, gdy nie znamy kontekstu, w którym się pojawiły, nagle okazuje się niezwykle skomplikowane. Jak więc interpretować emocje? Czy we wszystkich kulturach są one odzwierciedlane w postaci tych samych min i zachowań? I czy można kłamać posługując się mimiką twarzy?
Każdy, kto biorąc do ręki książkę Paula Ekmana, spodziewa się nieciekawego i mało odkrywczego poradnika, jest w błędzie. Już bowiem pierwszy jej rozdział rozwiewa wątpliwości: autor poświęcił na swoje badania całe dorosłe życie, a wnioski, które zbierał przez czterdzieści lat, są punktem wyjścia dla wielu rozważań natury neurologiczno-psychologiczno-kulturowej.
Jednym z najciekawszych fragmentów książki są opisy badań prowadzonych w latach 60. na terenie Nowej Gwinei – w wiosce ludu Fore. Czy jej mieszkańcy, nie mający nigdy kontaktu z zachodnią cywilizacją, różnią się od nas w sposobie przekazywania emocji? Czy łatwo zidentyfikować mimikę ich twarzy? Pozostawiam te pytania bez odpowiedzi, by nie psuć czytelnikowi przyjemności płynącej z czytania książki… Warto jednak zaznaczyć, że „wszyscy doświadczamy takich samych emocji, ale każdy z nas w inny sposób”. Rozróżnienie niektórych z nich jest oczywiste (wyraźna radość czy złość), podczas gdy inne są trudne do uchwycenia – chociażby dlatego, że pojawiają się na twarzy jedynie na ułamek sekundy (np. zaskoczenie). Uleganie emocjom wpisane jest w ludzką naturę, jednak sposób, w jaki je przekazujemy, różni się w zależności od rozmaitych czynników. Jak to możliwe?
Paul Ekman wplata w swoje naukowe teorie opowieści oraz relacje zdarzeń, których był świadkiem. Są one poparciem jego tez lub obrazują to, co udało mu się udowodnić w trakcie badań. Jedna z przytaczanych przez niego historii dotyczy kobiety, która dotarła do australijskiego szpitala z oddalonej o kilka mil wioski. Przyniosła ze sobą chore dziecko, które niestety zmarło. Autor, wraz z lekarzem, postanowili odwieźć ją z nieżywym potomkiem z powrotem do domu. Kobieta całą drogę milczała, trzymając na rękach martwe dziecko. Jej twarz była „bez wyrazu”. Gdy dotarli na miejsce, na widok swoich krewnych wyskoczyła jednak z auta i zaczęła szlochać. Czy to oznacza, że płakała na pokaz? Autor wyjaśnia: „(…) istnieje możliwość, iż nie przeżywamy tak naprawdę udręki, dopóki nie znajdziemy się w obecności ludzi, którzy dzielą z nami naszą stratę. Zdajemy sobie sprawę, co się stało, ale znaczenie tego wydarzenia zostaje wzbogacone, kiedy opowiadamy o tym innym osobom albo widzimy ich reakcję na naszą stratę”. Potrafimy więc stłumić nasze emocje i wybuchnąć dopiero w określonym momencie. Czy zatem potrafimy celowo wprowadzać innych w błąd za pomocą mimiki? Jak odczytać mikroekspresje, które pojawiają się na ludzkich twarzach? Czy umiemy je kontrolować?
Książka, wzbogacona fotografiami przedstawiającymi rozmaite emocje wypisane na twarzach ludu Fore, znanych polityków i osób prywatnych, wzbogacają ją i pozwalają na dokładne zbadanie tez forsowanych przez autora.
Dlaczego warto przeczytać „Emocje ujawnione”? To trudne pytanie. Sadzę, że książka zainteresuje osoby zaciekawione zarówno medycznym, jak i kulturowym kontekstem życia człowieka. Tych, którzy lubują się w lekturach psychologicznych, a także obserwatorów życia codziennego. Kto wie, może dzięki niej dowiedzą się także czegoś więcej o sobie?
„Emocje decydują o jakości naszego życia – pisze we Wstępie Paul Ekman – (…) Mogą one ocalić nam życie, mogą również powodować prawdziwe szkody. Mogą stymulować nas do działania w sposób, który uznamy za realistyczny i odpowiedni do sytuacji, ale mogą też prowadzić nas do postępowania, którego będziemy późnej bardzo żałować”. Radość, gniew, smutek, zaskoczenie, wstręt, pogarda – wydaje nam się, że potrafimy rozpoznać każdą z tych emocji, wiemy, kiedy się pojawiają i z jaką mimiką wiążą. Czy aby na pewno?
Już we Wstępie Paul Ekman proponuje, by – przed przystąpieniem do lektury – rozwiązać test znajdujący się na końcu książki. Znajdziemy tam kilkanaście fotografii młodej kobiety (córki autora). Zadanie jest, wydawać by się mogło, banalne: należy zidentyfikować emocje pojawiające się na jej twarzy. Zaczynamy, zdjęcie numer jeden. Dziewczyna ma zmrużone oczy i lekko wydęte usta. Jest znudzona. Zaraz, zaraz… A może smutna? Kąciki jej warg jednak nie opadają, a brwi wydają się być zupełnie „płaskie”. Może więc zdegustowana? Zła?... Już przy pierwszych zdjęciach napotykamy więc na trudności: na jednej fotografii dziewczyna patrzy w obiektyw zza przymrużonych oczu, na innym ma zaciśnięte usta, zsunięte brwi, uniesiony kącik ust, zmarszczone czoło… Odczytywanie emocji, gdy nie znamy kontekstu, w którym się pojawiły, nagle okazuje się niezwykle skomplikowane. Jak więc interpretować emocje? Czy we wszystkich kulturach są one odzwierciedlane w postaci tych samych min i zachowań? I czy można kłamać posługując się mimiką twarzy?
Każdy, kto biorąc do ręki książkę Paula Ekmana, spodziewa się nieciekawego i mało odkrywczego poradnika, jest w błędzie. Już bowiem pierwszy jej rozdział rozwiewa wątpliwości: autor poświęcił na swoje badania całe dorosłe życie, a wnioski, które zbierał przez czterdzieści lat, są punktem wyjścia dla wielu rozważań natury neurologiczno-psychologiczno-kulturowej.
Jednym z najciekawszych fragmentów książki są opisy badań prowadzonych w latach 60. na terenie Nowej Gwinei – w wiosce ludu Fore. Czy jej mieszkańcy, nie mający nigdy kontaktu z zachodnią cywilizacją, różnią się od nas w sposobie przekazywania emocji? Czy łatwo zidentyfikować mimikę ich twarzy? Pozostawiam te pytania bez odpowiedzi, by nie psuć czytelnikowi przyjemności płynącej z czytania książki… Warto jednak zaznaczyć, że „wszyscy doświadczamy takich samych emocji, ale każdy z nas w inny sposób”. Rozróżnienie niektórych z nich jest oczywiste (wyraźna radość czy złość), podczas gdy inne są trudne do uchwycenia – chociażby dlatego, że pojawiają się na twarzy jedynie na ułamek sekundy (np. zaskoczenie). Uleganie emocjom wpisane jest w ludzką naturę, jednak sposób, w jaki je przekazujemy, różni się w zależności od rozmaitych czynników. Jak to możliwe?
Paul Ekman wplata w swoje naukowe teorie opowieści oraz relacje zdarzeń, których był świadkiem. Są one poparciem jego tez lub obrazują to, co udało mu się udowodnić w trakcie badań. Jedna z przytaczanych przez niego historii dotyczy kobiety, która dotarła do australijskiego szpitala z oddalonej o kilka mil wioski. Przyniosła ze sobą chore dziecko, które niestety zmarło. Autor, wraz z lekarzem, postanowili odwieźć ją z nieżywym potomkiem z powrotem do domu. Kobieta całą drogę milczała, trzymając na rękach martwe dziecko. Jej twarz była „bez wyrazu”. Gdy dotarli na miejsce, na widok swoich krewnych wyskoczyła jednak z auta i zaczęła szlochać. Czy to oznacza, że płakała na pokaz? Autor wyjaśnia: „(…) istnieje możliwość, iż nie przeżywamy tak naprawdę udręki, dopóki nie znajdziemy się w obecności ludzi, którzy dzielą z nami naszą stratę. Zdajemy sobie sprawę, co się stało, ale znaczenie tego wydarzenia zostaje wzbogacone, kiedy opowiadamy o tym innym osobom albo widzimy ich reakcję na naszą stratę”. Potrafimy więc stłumić nasze emocje i wybuchnąć dopiero w określonym momencie. Czy zatem potrafimy celowo wprowadzać innych w błąd za pomocą mimiki? Jak odczytać mikroekspresje, które pojawiają się na ludzkich twarzach? Czy umiemy je kontrolować?
Książka, wzbogacona fotografiami przedstawiającymi rozmaite emocje wypisane na twarzach ludu Fore, znanych polityków i osób prywatnych, wzbogacają ją i pozwalają na dokładne zbadanie tez forsowanych przez autora.
Dlaczego warto przeczytać „Emocje ujawnione”? To trudne pytanie. Sadzę, że książka zainteresuje osoby zaciekawione zarówno medycznym, jak i kulturowym kontekstem życia człowieka. Tych, którzy lubują się w lekturach psychologicznych, a także obserwatorów życia codziennego. Kto wie, może dzięki niej dowiedzą się także czegoś więcej o sobie?
Zdrowie.wieszjak.pl Marta Nowak
GRYWALIZACJA. Jak zastosować mechanizmy gier w działaniach marketingowych
Refleksja nad grywalizacją, wyraźnie obecna w branży marketingowej, nie objęła jeszcze swoim zasięgiem innych środowisk. Po lekturze książki Pawła Tkaczyka mam pewność, że powinna do nich trafić - pojęcie grywalizacji okazuje się bowiem tak nośne, że da do myślenia każdemu, kto jest zainteresowany działaniem człowieka we współczesnym świecie.
"… do aktywności, w którą wcześniej zakradała się nuda, wróciła radość i zaangażowanie. To właśnie jest grywalizacja".
To krótkie podsumowanie grywalizacji - zjawiska, któremu autor poświęca ponad sto lekko napisanych, wciągających stron, trafia w sedno moich pedagogicznych marzeń. Lektura książki Pawła Tkaczyka przekonała mnie, początkowo sceptyczną, że mechanizmy kierujące zachowaniami gracza mogą pomóc w ich spełnieniu. Wniosków z tej lektury jest sporo, zatem - do rzeczy.
Bardzo ludzka gra
Grywalizacja w ujęciu Pawła Tkaczyka jest... bardzo ludzka. Autor pozbawił mnie bezboleśnie wielu stereotypowych przekonań na temat gier: aby grać w grę, nie musimy się godzić na dyktaturę komputerów i bezduszne zasady. W centrum grywalizacji stoi człowiek, jego potrzeby i upodobania.
Przykład. Tkaczyk znakomicie charakteryzuje znaczenie luki informacyjnej w grach i w edukacji. Aby podjąć działanie, rozpocząć poszukiwania, trzeba sobie uświadomić jakiś brak - czegoś nie wiemy, dlatego chcemy się nauczyć. Autor stawia niezwykle celne w kontekście edukacji szkolnej pytanie: “Jak powiedzieć dziecku, że się myli, nie karząc jednocześnie pomyłki?” (s. 107) Mamy prawo nie wiedzieć, nie umieć. Mamy prawo do błędu. Szkoła musi dawać uczniom poczucie kompetencji i bezpieczeństwa, budować zdrowe poczucie własnej wartości, które pozwala przyznać się do niewiedzy. Czy pomyślelibyście, że grywalizacja może dotyczyć tak subtelnych i ważnych spraw? W wydaniu Pawła Tkaczyka - tak.
Stworzeni, by grać?
Im więcej się dyskutuje o edukacji, tym bardziej trzeba uważać na śmiertelną powagę, jaka tej dyskusji towarzyszy. Nauka może się jawić jako nudny obowiązek. Bardziej postępowi postrzegają ją jako drogę do zaspokojenia ciekawości, co może z pewnością sprawiać przyjemność. Jednak i tej postawie towarzyszy czasem lekko nabożny stosunek do edukacji. W świetle grywalizacji zaś nauka może być po prostu zabawą, mało tego - nasza fizjologia zdaje się wskazywać, że to podejście jest najbliższe naszej naturze. Bowiem, jak podkreśla Tkaczyk “… gry bazują na emocjach, które uaktywniają się w najstarszych, gadzich częściach naszego mózgu, a części te są wspólne dla wielu, nawet prymitywnych gatunków”. Dobrym grom towarzyszy uczucie błogosławionej produktywności. Być może dzięki wykorzystaniu grywalizacji może ono towarzyszyć również nauce?
Dajmy uczniom możliwość wyboru
Spędzamy na nauce zbyt wiele czasu, by pozwolić sobie na traktowanie jej jak przykrego obowiązku. Mamy prawo czerpać z nauki przyjemność, tak, jak czerpiemy ją z gier.
Co zabija przyjemność gry w szkołę? Według Tkaczyka szkoła posiada niemal wszystkie cechy gry: współzawodnictwo, niepewność losową, wcielanie się w role, mocne doznania zmieniające rzeczywistość, ciekawość i nagrody. Brakującym ogniwem jest autonomia gracza. Szkoła nie jest grą dobrowolną. Możemy jednak tak aranżować warunki nauki, by wprowadzić element autonomii ucznia - na przykład na poziomie wyboru metod opracowania materiału, tempa lub kolejności realizacji kolejnych celów dydaktycznych. Gra musi być interaktywna - a zatem “wciągnięcie” w nią uczniów jest koniecznością.
“Gry nagradzają eksplorację, przyjemność z odkrywania nowego świata, a zaangażowanie budują poprzez danie graczom autonomii. Jeśli chcemy, by szkoła angażowała uczniów tak samo, jak aktywności pozaszkolne, dajmy im autonomię. Musimy pozwolić im samodzielnie odkrywać świat, najlepiej poprzez interakcję z innymi” (s. 106).
Bezcenne umiejętności poznawcze
Edukacja obejmuje kształtowanie umiejętności poznawczych oraz nabywanie wiedzy. Stopień, w jakim uczniowi uda się przyswoić wiedzę, oraz poziom stresu, jaki temu towarzyszy, zależą od poziomu umiejętności poznawczych ucznia.
Grywalizacja dostarcza idealnych mechanizmów, które pomogą kształtować te umiejętności w sposób lekki i przyjemny. To kapitał, którego nie sposób przecenić, i zarazem - w moim przekonaniu - największy potencjał grywalizacji w edukacji. O tym, jak te mechanizmy wykorzystać, pisze autor w sposób jasny i przystępny - odsyłam do lektury książki.
Potęga narracji
Jednym z elementów każdej gry jest zestaw reguł, które tworzą coś w rodzaju kodeksu gracza. Sygnalizuję tylko ten temat jako wart przemyślenia, jeśli stwierdzimy kiedyś, że naszym uczniom i podopiecznym obce są wszelkie kodeksy honorowe - warto pamiętać, że kodeks gracza rodzi się na bazie określonej narracji. Narracja jest elementem gry. Może też z powodzeniem być narzędziem pracy mądrego pedagoga. Wypróbowaliście siłę tworzenia historii, które intrygują, ciekawią i motywują uczniów?
Stworzone na miarę
Jedną z kluczowych zasad wszelkich gier jest odpowiednie stopniowanie wyzwań, z którymi mierzy się gracz. Nie za łatwe, nie za trudne - zadania stawiane przed uczniem mają być dla niego angażującym wyzwaniem, pozostającym jednak koniecznie w sferze jego możliwości. “Gry uczą (...), że w wirtualnym świecie zawsze jest coś do zrobienia, że warto spróbować czegoś nowego, a co najważniejsze, że to zadanie nie przekracza ich - graczy - możliwości. To gry, a nie szkoła, uczą dziś nagradzania za wysiłek, nie karząc przy tym za porażkę. (...) Drugim elementem, który kształtuje zaangażowanie i ‘pilny optymizm’ w graczach, jest poczucie mistrzostwa. Zadania, które gra przed nimi stawia, choć wydają się epickie, zawsze są do zrealizowania” (s. 106).
Ilu graczy, tyle gier
Autor wskazuje również (i znakomicie charakteryzuje) różne typy graczy - to ważne w kontekście indywidualizacji kształcenia. Gra nie musi być taka sama dla wszystkich - w zależności od typu gracza (ucznia) akcentujemy jej inne aspekty lub modyfikujemy cele i sposoby ich osiągania.
Z ogromną przyjemnością poświęciłabym więcej miejsca mechanizmom gry, omawianym przez autora. Odsyłam jednak do lektury. Zapowiem jedynie, że odnalazłam wśród nich zasady, które stanowią podstawę jednego z najpopularniejszych obecnie systemów edukacji alternatywnej - Montessori. Wybitna pedagożka, żyjąca na początku XX wieku, z pewnością nie kojarzy się współczesnym z grami. Cechy gier wskazane przez Tkaczyka wykazują jednak zdumiewające podobieństwo ze spostrzeżeniami Montessori.
Zamiast zakończenia
“Do aktywności, w którą wcześniej zakradała się nuda, wróciła radość i zaangażowanie”. Czy można życzyć czegoś lepszego szkole i edukacji w ogóle?
Książka Pawła Tkaczyka jest dobrym krokiem w kierunku spełnienia tych marzeń. Systemu edukacji nie uzdrowią bowiem wyłącznie pedagodzy ani politycy, potrzebna jest mentalna rewolucja i wszechstronna, multidyscyplinarna dyskusja o szkole. “Grywalizacja” jest w tej dyskusji znakomitym głosem.
"… do aktywności, w którą wcześniej zakradała się nuda, wróciła radość i zaangażowanie. To właśnie jest grywalizacja".
To krótkie podsumowanie grywalizacji - zjawiska, któremu autor poświęca ponad sto lekko napisanych, wciągających stron, trafia w sedno moich pedagogicznych marzeń. Lektura książki Pawła Tkaczyka przekonała mnie, początkowo sceptyczną, że mechanizmy kierujące zachowaniami gracza mogą pomóc w ich spełnieniu. Wniosków z tej lektury jest sporo, zatem - do rzeczy.
Bardzo ludzka gra
Grywalizacja w ujęciu Pawła Tkaczyka jest... bardzo ludzka. Autor pozbawił mnie bezboleśnie wielu stereotypowych przekonań na temat gier: aby grać w grę, nie musimy się godzić na dyktaturę komputerów i bezduszne zasady. W centrum grywalizacji stoi człowiek, jego potrzeby i upodobania.
Przykład. Tkaczyk znakomicie charakteryzuje znaczenie luki informacyjnej w grach i w edukacji. Aby podjąć działanie, rozpocząć poszukiwania, trzeba sobie uświadomić jakiś brak - czegoś nie wiemy, dlatego chcemy się nauczyć. Autor stawia niezwykle celne w kontekście edukacji szkolnej pytanie: “Jak powiedzieć dziecku, że się myli, nie karząc jednocześnie pomyłki?” (s. 107) Mamy prawo nie wiedzieć, nie umieć. Mamy prawo do błędu. Szkoła musi dawać uczniom poczucie kompetencji i bezpieczeństwa, budować zdrowe poczucie własnej wartości, które pozwala przyznać się do niewiedzy. Czy pomyślelibyście, że grywalizacja może dotyczyć tak subtelnych i ważnych spraw? W wydaniu Pawła Tkaczyka - tak.
Stworzeni, by grać?
Im więcej się dyskutuje o edukacji, tym bardziej trzeba uważać na śmiertelną powagę, jaka tej dyskusji towarzyszy. Nauka może się jawić jako nudny obowiązek. Bardziej postępowi postrzegają ją jako drogę do zaspokojenia ciekawości, co może z pewnością sprawiać przyjemność. Jednak i tej postawie towarzyszy czasem lekko nabożny stosunek do edukacji. W świetle grywalizacji zaś nauka może być po prostu zabawą, mało tego - nasza fizjologia zdaje się wskazywać, że to podejście jest najbliższe naszej naturze. Bowiem, jak podkreśla Tkaczyk “… gry bazują na emocjach, które uaktywniają się w najstarszych, gadzich częściach naszego mózgu, a części te są wspólne dla wielu, nawet prymitywnych gatunków”. Dobrym grom towarzyszy uczucie błogosławionej produktywności. Być może dzięki wykorzystaniu grywalizacji może ono towarzyszyć również nauce?
Dajmy uczniom możliwość wyboru
Spędzamy na nauce zbyt wiele czasu, by pozwolić sobie na traktowanie jej jak przykrego obowiązku. Mamy prawo czerpać z nauki przyjemność, tak, jak czerpiemy ją z gier.
Co zabija przyjemność gry w szkołę? Według Tkaczyka szkoła posiada niemal wszystkie cechy gry: współzawodnictwo, niepewność losową, wcielanie się w role, mocne doznania zmieniające rzeczywistość, ciekawość i nagrody. Brakującym ogniwem jest autonomia gracza. Szkoła nie jest grą dobrowolną. Możemy jednak tak aranżować warunki nauki, by wprowadzić element autonomii ucznia - na przykład na poziomie wyboru metod opracowania materiału, tempa lub kolejności realizacji kolejnych celów dydaktycznych. Gra musi być interaktywna - a zatem “wciągnięcie” w nią uczniów jest koniecznością.
“Gry nagradzają eksplorację, przyjemność z odkrywania nowego świata, a zaangażowanie budują poprzez danie graczom autonomii. Jeśli chcemy, by szkoła angażowała uczniów tak samo, jak aktywności pozaszkolne, dajmy im autonomię. Musimy pozwolić im samodzielnie odkrywać świat, najlepiej poprzez interakcję z innymi” (s. 106).
Bezcenne umiejętności poznawcze
Edukacja obejmuje kształtowanie umiejętności poznawczych oraz nabywanie wiedzy. Stopień, w jakim uczniowi uda się przyswoić wiedzę, oraz poziom stresu, jaki temu towarzyszy, zależą od poziomu umiejętności poznawczych ucznia.
Grywalizacja dostarcza idealnych mechanizmów, które pomogą kształtować te umiejętności w sposób lekki i przyjemny. To kapitał, którego nie sposób przecenić, i zarazem - w moim przekonaniu - największy potencjał grywalizacji w edukacji. O tym, jak te mechanizmy wykorzystać, pisze autor w sposób jasny i przystępny - odsyłam do lektury książki.
Potęga narracji
Jednym z elementów każdej gry jest zestaw reguł, które tworzą coś w rodzaju kodeksu gracza. Sygnalizuję tylko ten temat jako wart przemyślenia, jeśli stwierdzimy kiedyś, że naszym uczniom i podopiecznym obce są wszelkie kodeksy honorowe - warto pamiętać, że kodeks gracza rodzi się na bazie określonej narracji. Narracja jest elementem gry. Może też z powodzeniem być narzędziem pracy mądrego pedagoga. Wypróbowaliście siłę tworzenia historii, które intrygują, ciekawią i motywują uczniów?
Stworzone na miarę
Jedną z kluczowych zasad wszelkich gier jest odpowiednie stopniowanie wyzwań, z którymi mierzy się gracz. Nie za łatwe, nie za trudne - zadania stawiane przed uczniem mają być dla niego angażującym wyzwaniem, pozostającym jednak koniecznie w sferze jego możliwości. “Gry uczą (...), że w wirtualnym świecie zawsze jest coś do zrobienia, że warto spróbować czegoś nowego, a co najważniejsze, że to zadanie nie przekracza ich - graczy - możliwości. To gry, a nie szkoła, uczą dziś nagradzania za wysiłek, nie karząc przy tym za porażkę. (...) Drugim elementem, który kształtuje zaangażowanie i ‘pilny optymizm’ w graczach, jest poczucie mistrzostwa. Zadania, które gra przed nimi stawia, choć wydają się epickie, zawsze są do zrealizowania” (s. 106).
Ilu graczy, tyle gier
Autor wskazuje również (i znakomicie charakteryzuje) różne typy graczy - to ważne w kontekście indywidualizacji kształcenia. Gra nie musi być taka sama dla wszystkich - w zależności od typu gracza (ucznia) akcentujemy jej inne aspekty lub modyfikujemy cele i sposoby ich osiągania.
Z ogromną przyjemnością poświęciłabym więcej miejsca mechanizmom gry, omawianym przez autora. Odsyłam jednak do lektury. Zapowiem jedynie, że odnalazłam wśród nich zasady, które stanowią podstawę jednego z najpopularniejszych obecnie systemów edukacji alternatywnej - Montessori. Wybitna pedagożka, żyjąca na początku XX wieku, z pewnością nie kojarzy się współczesnym z grami. Cechy gier wskazane przez Tkaczyka wykazują jednak zdumiewające podobieństwo ze spostrzeżeniami Montessori.
Zamiast zakończenia
“Do aktywności, w którą wcześniej zakradała się nuda, wróciła radość i zaangażowanie”. Czy można życzyć czegoś lepszego szkole i edukacji w ogóle?
Książka Pawła Tkaczyka jest dobrym krokiem w kierunku spełnienia tych marzeń. Systemu edukacji nie uzdrowią bowiem wyłącznie pedagodzy ani politycy, potrzebna jest mentalna rewolucja i wszechstronna, multidyscyplinarna dyskusja o szkole. “Grywalizacja” jest w tej dyskusji znakomitym głosem.
blog.2edu.pl Katarzyna Mitschke, 2012-01-27
Menedżer do zadań specjalnych. Czasowe zarządzanie przedsiębiorstwem
Czym jest interim management? W wolnym tłumaczeniu jest to tymczasowe zatrudnienie odpowiedniego eksperta, posiadającego duże doświadczenie i wiedzę. Po co on w firmie? W niedługim czasie ma na celu wyprowadzić na prostą firmę i/lub rozwiązać dławiący ją problem. Ma być, jak głosi tytuł pozycji: „Menedżerem do zadań specjalnych”. Czym się dokładnie zajmuje? O tym mówi praca zbiorowa wydawnictwa Helion.
Książka jest wprowadzeniem w tajniki zawodu. Autorzy przekonują o zaletach interim managmentu. Jakie one są? Po pierwsze, zatrudnia się osobę z zewnątrz. Z dystansu obserwuje ona firmę i dostarcza pomysłów na wyjście z impasu lub zwiększa rozwój. Po drugie, taka osoba nie wnika w kulturę organizacyjną przedsiębiorstwa czy korporacji. Dzięki temu pozostaje ona bezstronna i niepodległa wewnętrznym gierkom. Po trzecie, jest ekonomiczniejszym rozwiązaniem. Interim manager nie jest tani, ale z perspektywy czasu (brak etatu i odpraw) jest.
Czy „Menedżer do zadań specjalnych” jest podręcznikiem? Zdecydowanie nie. To jedynie wprowadzenie w stosunkowo nowe, jak na polski rynek, zjawisko. Książka daje posmak tego, z czym i jak je się interim management. Nauczyć się go można przez wiele lat zdobywając wiedzę i doświadczenie w określonej branży. Do tego szczypta umiejętności przywódczych i odporność na stres. I „potrawa”, jaką jest wyspecjalizowany interim manager, gotowa.
Książka jest wprowadzeniem w tajniki zawodu. Autorzy przekonują o zaletach interim managmentu. Jakie one są? Po pierwsze, zatrudnia się osobę z zewnątrz. Z dystansu obserwuje ona firmę i dostarcza pomysłów na wyjście z impasu lub zwiększa rozwój. Po drugie, taka osoba nie wnika w kulturę organizacyjną przedsiębiorstwa czy korporacji. Dzięki temu pozostaje ona bezstronna i niepodległa wewnętrznym gierkom. Po trzecie, jest ekonomiczniejszym rozwiązaniem. Interim manager nie jest tani, ale z perspektywy czasu (brak etatu i odpraw) jest.
Czy „Menedżer do zadań specjalnych” jest podręcznikiem? Zdecydowanie nie. To jedynie wprowadzenie w stosunkowo nowe, jak na polski rynek, zjawisko. Książka daje posmak tego, z czym i jak je się interim management. Nauczyć się go można przez wiele lat zdobywając wiedzę i doświadczenie w określonej branży. Do tego szczypta umiejętności przywódczych i odporność na stres. I „potrawa”, jaką jest wyspecjalizowany interim manager, gotowa.
Z życia książek Przemek Opłocki, 2012-01-25