Recenzje
Marketing narracyjny. Jak budować historie, które sprzedają
Opowieść o narracji
Media internetu, social media, bardzo zmieniły w ciągu ostatnich kilku lat relacje polityk – odbiorca – media klasyczne. Zarówno politycy, jak i odbiorcy przekazu, czyli wyborcy, nie są już uzależnieni od mediów mainstreamu ,papierowych, ale także elektronicznych, nie mówiąc o opiniach autorytetów, politologów.
Eryk Mistewicz jest na polskim rynku marketingu zjawiskiem wyjątkowym. Wymyka się z zaszufladkowania jak inni specjaliści, mający wykształcenie i doświadczenie w reklamie, public relations, socjologii, czy psychologii społecznej. Ten dziennikarz i absolwent prestiżowej francuskiej uczelni jest raczej człowiekiem renesansu XXI weku, ponieważ wychodząc raczej z praktyki i znajomości nowoczesnych technik komunikacji, dochodzi do wniosków ogólnych i teorii. A ponieważ nie mieści się w schematach, wzbudza skrajne emocje, czego dowodem jest szereg poświęconych mu artykułów w prasie, od bardzo pochlebnych, do tych podważających jego wiedzę i kompetencje. Tym bardziej, że raczej nie wiadomo, dla kogo pracuje i jakie efekty jego praca przynosi
Mistewicz wydał właśnie książkę, poświęconą jego sztandarowej specjalności, marketingowi narracyjnemu. To jego autorski pomysł, coś w rodzaju metody marketingu, zarys teorii komunikacji masowej. „Marketing narracyjny. Jak budować historie, które sprzedają”, (Helion SA, 2011) to książka o tym, jak opowiadać historie, które przyniosą sukces. Pomimo, że autor postrzegany jest głównie jako konsultant polityczny, nie jest jednak to książka o polityce. To raczej przegląd zastosowań marketingu narracyjnego w różnych dziedzinach, opis, jak technika pomaga budować historie, które sprawnie opowiedziane zastępują klasyczną reklamę produktu, usługi, czy nawet polityka. To pokazanie, że nie sama marka, ale sposób jej prezentacji we współczesnym świecie jest ważny. Jest w książce również rozdział poświęcony polityce, wyborom, ale jest to raczej pokazanie, jak metoda może być zastosowana w tej dziedzinie. Autor pisze, jak można zostać znanym i wygrać dzięki jego metodzie w polityce, ale ta technika może zostać zastosowana z równym skutkiem w biznesie, w promocji konkretnych towarów, czy w promocji regionów i miast. Jak system narracji wypiera reklamę, która pomimo że jest coraz głośniejsza i bardziej nachalna, jest również coraz mniej zauważalna. I nie kupujemy już towarów i marek, ale dobre opowieści. Media się zmieniają, inaczej tworzy się i zarządza informacją, zmianom ulega reklama, marketing, PR, droga komunikacji wymaga nowych metod.
Budowanie opowieści, która ma nam przynieść sukces, to według Mistewicza budowanie nie tylko przekazu wprost, ale również budowanie atmosfery, która przyczyni się do tego, że nasza narracja dotrze do odbiorcy. Ilość informacji, danych, które przyjmuje mózg człowieka w każdej godzinie, niemalże minucie, jest tak ogromna, że tworzy on mechanizmy obronne, tworząc własną hierarchię ważności. Jeżeli chcemy naszemu przekazowi nadać wyjątkowy priorytet, musimy zadbać nie tylko o formę i treść, ale również o system komunikacji, który przykuje odbiorcę do naszego przekazu. To właśnie według autora książki jest narracja, czyli opowieść.
Autor poświęca dużo miejsca w swojej książce współczesnym mediom, analizuje, jak najnowsze środki komunikacji, głównie internet może służyć rozprzestrzenianiu się przygotowanych narracji. Wiele miejsca poświęca Twitterowi, którego jest znawcą i promotorem w Polsce. Dzięki niemu „ćwierkać” zaczęło wielu polityków, dziennikarzy, ludzi kultury. W ciągu mniej więcej dwóch lat Twitter stał się ważnym medium komunikacji i doskonałym narzędziem politycznego marketingu. Mistewicz udowodnił, że przy pomocy 140 znaków komunikatu Twittera można nie tylko budować i utrzymywać relacje biznesowe i polityczne, ale również prowadzić poważne dysputy.
Warto zauważyć, że media internetu, social media, bardzo zmieniły w ciągu ostatnich kilku lat relacje polityk – odbiorca – media klasyczne. Zarówno politycy, jak i odbiorcy przekazu, czyli wyborcy, nie są już uzależnieni od mediów mainstreamu ,papierowych, ale także elektronicznych, nie mówiąc o opiniach autorytetów, politologów. Informacja podana na Twitterze, czy Facebooku przeskakuje do mediów klasycznych już jako informacja kwalifikowana. Okazało się już wielokrotnie, że informacje z niezależnego źródła podana przez media społecznościowe jest traktowana równie wiarygodnie jak ta podana przez zawodowego dziennikarza via agencja prasowa, czy stacja telewizyjna. To znacznie poszerza zakres wolności słowa, a co za tym idzie, także demokracji.
Na koniec warto przytoczyć, co autor uważa za podstawę dobrej narracji. To według niego pięć punktów, elementów. Po pierwsze, pasja, pasja nadawcy komunikatu, po drugie personalizacja przekazu, pokazanie bohatera (szerokie pojęcie), z którym autor przekazu się utożsamia i chce nam tę pasję przekazać. Po trzecie – przeszkody, antagonizmy, jakie nasz przekaz, bohater musi pokonać, czwarty element to świadomość konieczności odniesienia sukcesu. I ostatni, piąty element, czyli samo zwycięstwo, które ma ma zmienić odbiorcę, bo to on jest bohaterem i otaczający go świat.
Eryk Mistewicz pisząc swoją książkę korzystał z bogatej spuścizny marketingu, ale również odnosi się do konkretnych działań i osób. Znajdziemy w książce również opis metod działań, narracji, która odniosła ogromny sukces. To rozdział o mistrzu komunikacji i sprzedaży, wizjonerze nie tylko informatyki, Steve Jobsie, którego właśnie pożegnaliśmy. Autor pisze o historiach, jakie Jobs sprzedawał w czasie swoich słynnych prezentacji i o umiejętności sprzedaży emocji, a nie produktów.
Książka, licząca niewiele ponad 200 stron skonstruowana jest dość chaotycznie, ale po przeczytaniu zostaje w głowie jasny sygnał nowych wartości. I jak na opis nowoczesnych metod marketingu, osadzonych na nowoczesnych mediach przystało, jest ona uzupełniona o system fotokodów, które prowadzą nas do multimedialnych prezentacji potwierdzających materiał zapisany na jej stronach, lub znacznie je rozszerzających. Warto sięgnąć po tę pozycję.
blogi.newsweek.pl Azrael
Marketing narracyjny. Jak budować historie, które sprzedają
O WROGACH, KTÓRZY SĄ NIEZBĘDNI DO DOBREGO UPRAWIANIA POLITYKI
Naucz się zarządzać swoimi wrogami - radzi w swojej książce „Marketing narracyjny" publicysta Eryk Mistewicz
Najnowsza książka Eryka Mistewicza to logicznie poprowadzona opowieść o tym, jak powiedzieć tak, aby zostać usłyszanym, i jak w natłoku informacji nie pominąć tego, co najważniejsze
"Marketing narracyjny. Jak budować historie, które sprzedają" to zarys nowej, ciekawej teorii komunikacji masowej - wygrywania dzięki opowieści. Autor pisze o tym, jak tworzyć opowieści, które wygrywają w biznesie, w lansowaniu nowych produktów czy usług, ale także wygrywają w polityce czy w działalności publicznej. Można być bowiem utytułowanym naukowcem, ale nieznanym poza swoim środowiskiem. Można produkować rewelacyjne towary, ale niezauważalne dla konsumentów w natłoku innych towarów. Mimo coraz głośniejszej, coraz droższej reklamy. Można proponować idee, które nie są zauważalne przez masowego widza.
W komunikacji masowej działa już tylko jedno - opowieść. Mózg zbuntował się odnadmiarubajtów, słów, obrazów, dźwięków i reklam; nie przyswaja już faktów, danych, wiadomości. Każdego miesiąca dostajemy tyle informacji, ile nasi dziadkowie przez całe ich życie. W każdym wydaniu „New York Timesa" zawartych jest więcej informacji, niż przeciętny mieszkaniec siedemnastowiecznej Anglii był w stanie zgromadzić w ciągu całego życia. A świat cyfrowy przyspiesza: w tym roku ludzkość wytworzy 988 eksabajtów (eksabajt to miliard miliardów bajtów) danych. To dwadzieścia milionów razy więcej niż wszystko, co napisano w historii ludzkości.
Ludzie doświadczają niemożności przyswojenia nowej wiedzy na skutek zbyt wielkiej ilości danych. Multiplikacja wiadomości nie pozwala na ich zrozumienie, przyswojenie, hierarchizację. Przy zwiększającej się masie danych coraz trudniej jest zapamiętać, ustalić priorytety, zrozumieć, a co za tym idzie - podejmować optymalne decyzje.
Buntujemy się przeciw natłokowi danych, nie przyswajamy ich. Chyba że - i tu leży zdaniem Mistewicza klucz do skutecznej komunikacji - informacje zostaną połączone ciekawą, emocjonującą, przykuwającą uwagę narracją. Przedstawia najnowsze, bardzo ciekawe badania.
I proponuje, jak zamienić komunikację naszej firmy, partii, ale też np. miasta (bo także miasto jest „towarem" rywalizującym o jego jak najlepsze „sprzedanie" potencjalnym mieszkańcom, turystom, inwestorom) w pociągającą „story". Aby opowiedzieć swoją historię, chwytając uwagę widzów, czytelników, słuchaczy i zamienić ich w fanów, zwolenników, kibiców. Przedstawia sztywne reguły i profesjonalne zasady, z którymi musi być zgodna opowieść, aby odnieść sukces.
Marketing narracyjny sprawdza się dziś w polityce. Tak przynajmniej przekonywali eksperci podczas panelu o nowoczesnych technologiach wygrywania wyborów podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy. Polityk, który nie potrafi zachęcić nas swoim przykładem, który klepie formułki i zarzuca nas liczbami i faktami, a nie potrafi pociągnąć za sobą ciekawą opowieścią, nie potrafi zachęcić nas do śledzenia go w serwisach społecznościowych, ma trudności z wygrywaniem.
Jeśli politycy chcą zwyciężać - muszą opowiadać swoje historie: o cudach, ciasteczkowych potworach, strasznych gejach i Niemcach, kibolach i pedofilach. Emocjonujące, łatwo rozchodzące się historie. Mistewicz przytacza zdanie współczesnego filozofa Petera Sloterdijka, który postrzega zadanie polityków wręcz jako wprowadzenie społeczeństwa w stan mniej lub bardziej zsynchronizowanej halucynacji. Czarowania ich profesjonalnie przygotowanymi narracjami. Pamiętając, że bez dobrej historii nie ma ani władzy, ani chwały.
I pamiętając, że to, co działało się wczoraj, nie działa już dzisiaj. Sporo miejsca autor książki poświęca nie tylko zasadom dobrej opowieści, nie tylko przedstawia najlepsze, mistrzowskie narracje, ale mówi też o zmianach we współczesnych mediach, analizuje to, jak najnowsze środki komunikacji służyć mogą rozprzestrzenianiu się przygotowanych narracji. „Informacja przestaje być zamknięta w książkach i gazetach, prezentowana w skończonych formach. Raczej jest wciąż aktualizowanym potokiem danych układających się w strumienie opowieści" - zauważa Mistewicz. O zmianach w komunikacji masowej świadczy chociażby to, że na stronach informacyjnych Amerykanie spędzają średnio 8 minut 20 sekund w ciągu miesiąca, podczas gdy w serwisach społecznościowych 40 razy więcej!
Rzeczywiście, w tej kampanii wyborczej po raz pierwszy tematy politycznego sporu wytyczały nie tylko media tradycyjne, ale także Twitter (promowane przez autora marketingu narracyjnego narzędzie mikroblogowe ograniczające przekaz do 140 znaków). Wpisy na Twitterze choćby Radosława Sikorskiego rozpalały do białości debatę publiczną. To zwiastun nowych czasów w komunikacji 2.0, tu autor zamienia się w znakomitego trendsettera, starając się przewidzieć trendy.
Autor pokazuje, jak można wcielić w praktyce marketing narracyjny dla promowania miast, firm, postaw, naukowców i polityków. Jak zastosować narzędzia interaktywne, swoiste narracyjne interfejsy, systemy zarządzania bazami opowieści. Jak budować opowieści, odpowiadając na zapotrzebowanie na dobre historie. Oczekiwanie widzów, konsumentów, wyborców na dobrych, silnie zarysowanych bohaterów. Czekających na antagonistę, przeszkodę, bandytę i zbira, który zaatakuje naszego bohatera, amy będziemy go bronić.
Świat jest teatrem - mawiał William Szekspir. Eryk Mistewicz buduje spektakl na pograniczu sfer komunikacji i biznesu, ale także polityki. Ciekawe więc, czy historie, które w mijającej kampanii nam opowiadano, wyborcy nagrodzą najwyższymi notami.
Naucz się zarządzać swoimi wrogami. Zarządzanie emocjami towarzyszące wygrywaniu to dziś przede wszystkim zarządzanie wrogami. Wybór wroga określa charakter całego spektaklu i nasze w nim szanse. Nieprawdą jest bowiem, że największym utrapieniem są nasi wrogowie; wręcz przeciwnie - w naszej opowieści wrogowie zajmują fundamentalne miejsce. Bez nich byłoby nam o wiele trudniej. Jeśli wroga nie mamy, powinniśmy go jak najszybciej wymyślić, wybrać, wskazać. Jeśli mamy, powinniśmy o niego dbać.
Niezależnie, czy w biznesie, czy w polityce, wybór wroga i dobre nim „zarządzanie" określa w dużym stopniu szanse sukcesu. Nasi wrogowie mówią o nas.
Wroga powinniśmy wskazać przed samym sobą. Dzięki niemu bowiem „opowiadamy siebie", lepiej definiujemy, kim jesteśmy, co i dlaczego robimy.
Wroga powinniśmy wskazać naszym współpracownikom. Poprzez odniesienie się do konkurencji powiemy, kim nie jesteśmy, jak nie chcemy postępować, czego nie będziemy w naszej organizacji tolerować.
Wroga powinniśmy jednak przede wszystkim wskazać odbiorcom naszych usług - wyborcom w polityce, klientom w biznesie. Nie wystarczy bowiem wskazać, co robimy i co jeszcze chcemy zrobić. To nikogo już nie poruszy. Równie ważne, a nawet ważniejsze jest to, kto nam w tym przeszkadza.
Głównym zadaniem naszego wroga jest mobilizowanie naszych zwolenników. Jeśli wciąż byśmy grali wygrane mecze, nie byłoby najmniejszego sensu, aby nam kibicować - wynik byłby przecież znany. Zero emocji, nuda. Bohater nienapotyka-jący na swej drodze żadnych przeszkód, niebudujący napięcia niczego ciekawego nam przecież nie opowiada.
Gdzie byłby Hans Kloss bez Brunnera Gdzie Hamlet bez Klaudiusza Gdzie Pan Samochodzik bez tych, którzy dybią na skarb templariuszy
Ale też: gdzie byłby Apple bez Microsoftu Gdzie byłby Dell bez IBM Gdzie byłaby Coca-Cola bez Pepsi Roberto Goizueta, były szef Coca-Coli, tak właśnie przywrócił w latach 90. siły witalne przyprószonej już firmie: wskazując i atakując głównego rywala, zmobilizował swe oddziały; wygenerował olbrzymie napięcie, energię reklamową i marketingową w wo j -nie, wktórej firmy umocniły się na rynkach całego świata.
Również: gdzie byłaby Platforma Obywatelska bez Prawa i Sprawiedliwości Gdzie byłby Donald Tusk bez Jarosława Kaczyńskiego Gdzie byłby dziś Donald Tusk bez Grzegorza Schetyny, a wcześniej bez Pawła Piskorskiego, Macieja Płażyńskiego, Jana Marii Rokity
W dobrej narracji wróg jest możliwy do pokonania, potrzeba jeszcze trochę wysiłku, jeszcze niewiele wysiłku, aby padł na deski. Potrzeba jeszcze dziś zostać w pracy do późna i dopracować prezentację, a nasza firma odniesie sukces. Potrzeba już tak niewiele, już tylko udanie się w niedzielę do lokalu wyborczego i oddanie swojego głosu. Naprawdę niewiele potrzeba, aby zyskać satysfakcję z tego, że razem, wspólnie, wespół zespół pokonaliśmy zło.
Nienawiść zabija, ale wrogość buduje. Zarządzając emocjami odbiorców komunikatów, rysując obraz wroga, nigdy naszym celem nie jest zniszczenie go, lecz narysowanie silnego, trudnego do pokonania, co będzie wymagało od nas i naszych zwolenników (wyborców, dziennikarzy, klientów, pracowników) wspólnego wysiłku. Zniszczenie wroga, wyeliminowanie go z rynku (zamknięcie produkcji, a w polityce: delegalizacja partii czy zepchnięcie jej poniżej 5 czy 10 proc. poparcia) jest dla nas nieopłacalne. Nie znajdziemy lepszego, łatwiejszego, tańszego sposobu na mobilizowanie własnych szeregów i wygrywanie.
Jednocześnie błędem jest zbytnie demonizowanie wroga. Destruktywne opowieści przekładają wektor sympatii odbiorców. Gdy lider dużej partii przed kilkoma laty wyrysował swego wroga jako tego, który wygląda tak, jakby wyłamywał palce trzynastolatce, nie zdobył tą wypowiedzią zwolenników. Wręcz przeciwnie: wyzywając wroga od zomowców, wzmocnił najtwardszych swych zwolenników, ale dał asumpt opowieści budującej zwyzywanego.
Dobra opowieść zatrzymuje uwagę, mocne zwarcie z wrogiem zaś wymaga od odbiorcy opowiedzenia się po jednej stronie. Jednocześnie, dobra struktura narracji sprawia, że odbiorca, opowiadając się po naszej stronie, zapomina nam wszelkie nasze potknięcia, błędy, niespełnione obietnice. Wszystko to przestaje być ważne. Ważny jest tylko wróg i nasza - bohatera i widza -wspólna walka.
Zarządzanie emocjami to dziś przede wszystkim zarządzanie wrogami. Ujętą w karby naszą wrogością względem nich, prowokowaniem dających się przewidzieć ich zachowań, stymulujących naszych zwolenników do jeszcze bardziej intensywnych działań, do bardziej intensywnego wspierania nas.
Pokażcie mi waszych wrogów, a powiem wam, czy wygracie.
POLSKA ERYK MISTEWICZ
Na każdy temat z Marią Szyszkowską
O książce wyjątkowo szczerej
Piękna, prawdziwa i wartościowa treść, estetycznie oprawiona i wydana w postaci książki, czyni z niej esencję poglądów dwojga ludzi mądrych i wrażliwych. Prof. Maria Szyszkowska o dziwo przedstawia siebie na nowo, lecz prezentuje z tą samą trafnością, jak zwykle ciekawie opisując otaczającą nas rzeczywistość. Nieobce są jej zwykłe, codzienne problemy zwyczajnego człowieka, a jednak wyjaśnia i objawia trudne do osiągnięcia sfery myślenia, które poruszą człowieka światłego.
Dla czytelników książka ta, jest odpoczynkiem, ale też oczyszczeniem ze szkodliwych wpływów ludzi przeciętnych, których jednak decyzje i egoizm, w wyraźny sposób oddziaływają na społeczeństwo. Maria Szyszkowska i Stanley Devine odradzają na nowo obraz polskiej inteligencji, sami stanowiąc jej najznamienitszych przedstawicieli. Ukazują fałsz ludzi niskich polotów, wyższość dobra nad złem, zakłamanie i prawdziwość otaczającego świata.
Wiele pochwał należy się autorowi książki, wspaniałemu publicyście prowadzącemu rozmowę. Stanley Devine bowiem jako jeden z niewielu mógł przeprowadzić z Marią Szyszkowską tak interesujący dialog. Stawiając trafne tezy i zadając mądre pytania, dotyczące niemal wszystkiego, o co każdy chciałby zapytać bohaterkę, porusza on w inteligentny sposób pełnię rozmaitych tematów. Nie ma w tej książce tabu, jest tylko mądra szczerość. Nie ma wątpliwości, bezsensownych rozterek, natomiast jest uniesienie człowieka oświeconego, a mimo wszystkiego zagubionego w okrutnej przestrzeni współczesności. To publikacja, która opisuje i dostrzega wszystko to, co wbija się niczym młot w głowy mas przed czym starają się uciec uczciwi ludzie.
pisarze.pl Olga Smorawińska
Na każdy temat z Marią Szyszkowską
"Na każdy temat z Marią Szyszkowską rozmawia Stanley Devine" to książka o której nie zawaham się napisać - literatura wysokogatunkowa. Łączy w sobie wszystko - od magii rozmowy, po myślenie, empatię, mądrość, naukę i życie, oraz co oczywiste - istotę filozofii. Stanley Devine jest więc tą osobą, która zasiadając do rozmowy wie dużo o swojej wyjątkowej rozmówczyni. Zadaje pytania pełne zwrotów akcji, ciekawe, dotykające nie tylko spraw zawodowych, ale również życia osobistego.
Ten młody człowiek pyta kobietę-profesor o seks, stan wojenny, o to co właściwie znaczy "być kobietą", czym jest filozofia pośród innych nauk. Pozwala chwilami, by jego rozmówczyni stała się królową śniegu, lub by przypomniała sobie, że jest kobietą zakochaną. W konsekwencji Maria Szyszkowska odpowiada na każde postawione pytanie, choćby dotyczyło ono spraw najbardziej intymnych i trudnych.
Na każdy temat z Marią Szyszkowską rozmawia Stanley DevineTę otwartość ze strony bohaterki czujemy na każdym kroku. Przyznam, że byłam pod wielkim wrażeniem dostrzegając, jak wiele ze swojego życia odkrywa, pokazując to, co zapewne latami przed światem skrywała. Fakt, że Maria Szyszkowska zaskakuje wiedzą, perspektywą spojrzenia nas nie dziwi, lecz z pewnością dziwi i wprowadza w pełen podziw otwartość, charakteryzująca dialog. Podziw dialogu, o którym wspominam towarzyszy nam zresztą od początku do końca. Sprawia, że czytelnik nie pozostaje obojętny na przekazywane, wartościowe i humanistyczne treści. Wielokrotnie ma szansę odnaleźć siebie samego, zatem lekturze książki, jak żadnej innej towarzyszą obrazy z naszego życia. To sprawia, że książka ta stanowi zarazem wartość niezaprzeczalną, zagłębia się w życie tak jak korzenie drzewa w ziemię, by za chwilę odkryć korony, pokazać pnie, które spoglądają na życie od świtu do nocy, od początku po kres.
Pytań jest wiele, gdzie jedno ciekawsze od drugiego. W ślad za pytaniami idą odpowiedzi. Szczere do bólu, udzielane z wielkim kunsztem i znawstwem filozofa. Wiele prawd można na stronach tej książki odnaleźć; współczesność malowana jak w obrazie na tle epok poprzednich, z przywołaniem teorii wielkich filozofów. To co mnie poruszyło, to nagłe zmiany akcji, bo oto jeden z głównych bohaterów książki, który w mistrzowski sposób zadaje pytania "każe" odgrywać swojej rozmówczyni różne role i wcielać się w odmienne okresy. Pozwala poczuć się Marii Szyszkowskiej małą dziewczynką, by za chwilę przypomnieć, że jest znaczącym profesorem i zapytać o sprawy, które wymagają dużej wiedzy. Wszystko to ma bezpośredni wpływ na to, że książka faktu wciąga czytelnika tak samo, a może nawet więcej, jak znakomita beletrystka. Nie przypadkowo mówi się, że najlepsze scenariusze pisane są przez życie, a rozmowa ta dotyczy życia w jego pełnym wymiarze, i jak się zresztą okazuje jest ono bliskie i baśni, i komedii, ale też dramatu.
Maria Szyszkowska mówi o sobie, że zapragnęła żyć w zgodzie z naturą, że jest pozytywnie nieprzystosowana. Żyje w wiejskiej chacie, kocha zwierzęta i dzikie pokrzywy. To daje jej szczęście nie iluzoryczne lecz prawdziwe. Rywalizacja i sukces zdaniem prof. Szyszkowskiej to pseudowartości, które promuje kultura masowa. Media, telewizja oraz pisma kolorowe pokazują wyłącznie ludzi bogatych, zadowolonych, uśmiechniętych. A przecież mówiąc najkrócej "Marilyn Monroe czy Presley - to ludzie sukcesu. O ich tragicznym życiu powszechnie wiadomo" - kończy wypowiedź filozofka.
Książka dotyka problemów biedy. Szyszkowska, odpowiadając na pytania, wspiera się dobrymi przykładami. I właściwie w tym miejscu mogłabym zakończyć, by nie zdradzić zbyt wiele. Dodam tylko, że w zakończeniu książki Stanley Devine, jak przystało na dżentelmena, zwraca się z porcją pytań do Jana Stępnia, poety, a prywatnie męża prof. Szyszkowskiej. O co pyta? O wady Marii Szyszkowskiej. Pozostawiam to już jednak ciekawości czytelnika.
Senior.pl Sława Kornacka
Związane skrzydła. Dlaczego polskie samoloty spadają. Raport pilota
Polska groza w przestworzach
To byłaby bardzo śmieszna książka, gdyby jednocześnie nie była tak przerażająca.
We wspomnieniach byłego pilota Marynarki Wojennej (dziś kapitana rezerwy) polskie lotnictwo wojskowe jawi się jako połączenie skeczów grupy Monty Pythona z jakimś depresyjnym splotem zbrodniczej głupoty i złej woli. Oto piloci wysyłani na szkolenie do USA jadą tam z socjalistycznym sprzętem, który nie pasuje do natowskich maszyn (sprzęt dostosują im do nowych norm... Rosjanie). Oto dowództwo chce oszczędzić dolary, więc prosi Amerykanów, by skrócić półroczny kurs do trzech miesięcy. Oto generałowie obwieszczają, że symulatory lotu nie są potrzebne bo zastąpiono je „treningiem w kabinie". Długo można by wymieniać.
Zawada ciekawie opowiada, nie nudzi, nie zabija czytelnika technicznymi szczegółami, sypie pysznymi anegdotami z życia elitarnych jednostek. Ale śmiech prędzej czy później zamiera na ustach, gdy okazuje się, że kolejny żart odsłania tak naprawdę ponurą prawdę o polskiej armii. Lotnicy fałszują dokumentacje lotów, bo przełożeni chcą mieć „ładnie na grafiku". Godziny latania zaliczają nie ci, którzy powinni, ale ci, którym potrzebna jest stosowna ich liczba do dodatku pieniężnego albo do emerytury. Jak jest pogoda, nie ma paliwa, jak jest paliwo, nie ma komunikatów meteo, jak jest meteo, brak sprawnych maszyn, a jak są maszyny, to zamiast na nich latać, trzeba je umyć, bo przyjeżdża delegacja z ministerstwa.
Osobny blok to opisy dziwnych relacji armii z próbującymi ją reformować politykami. Zawada nie ma o tych ostatnich dobrego zdania (czy można mu się dziwić ). Nie piętnuje po nazwisku, tylko po zjawisku, żeby głupotę było widać bez barw partyjnych. Jeden „humanizował" wojsko i kompletnie rozwalił w nim dyscyplinę, drugi martwił się głównie rozliczaniem nadgodzin żołnierzy, trzeci kazał studiować kulturoznawstwo, a dla innego lotnictwo było prywatną firmą powietrznych taksówek.
„Dlaczego polskie samoloty spadają" – pyta w podtytule swej książki Robert Zawada. Odpowiedź jest smutna: bo oprócz talentu ludzi, który je pilotują, nie ma żadnego innego powodu, by mogły latać.
Rzeczpospolita PIOTR GOCIEK