Recenzje
Sycylia. Smak południa
Są miejsca, które odwiedzasz raz, a potem już na zawsze nosisz je w sercu. Dla mnie takim miejscem jest Sycylia. Dwa lata temu spędziłam tam cały miesiąc i do dziś uważam, że była to jedna z najpiękniejszych podróży w moim życiu. Zakochałam się we wszystkim - w klimacie, który sprawia, że czas płynie wolniej, w zapachu morza i cytrusów unoszącym się w powietrzu, w jedzeniu, które smakuje tak, jakby każdy posiłek był małym świętem. Ale najbardziej urzekli mnie ludzie. Sycylijczycy mają w sobie coś, czego bardzo często brakuje nam na co dzień - ogromną otwartość, serdeczność i umiejętność cieszenia się chwilą. Są inni niż mieszkańcy kontynentalnych Włoch i właśnie ta autentyczność sprawiła, że poczułam się tam jak w domu. Kiedy sięgnęłam po Sycylię. Smak południa Karoliny Wiszniewskiej, nie spodziewałam się, że ta książka wywoła we mnie tyle emocji. Każdy kolejny rozdział przywoływał obrazy, zapachy i smaki, które wydawały się już uśpione. Miałam wrażenie, jakbym znowu spacerowała wąskimi uliczkami sycylijskich miasteczek, piła poranne espresso i z zachwytem obserwowała codzienne życie mieszkańców. To nie jest zwykły przewodnik ani książka o podróżach. To opowieść o miejscu, które ma duszę. O wyspie, która potrafi rozkochać w sobie od pierwszego spojrzenia i sprawić, że ciągle chce się tam wracać. Dla mnie była nie tylko piękną lekturą, ale też wzruszającym powrotem do wspomnień. Po zamknięciu ostatniej strony poczułam ogromną tęsknotę. Bo są podróże, które się kończą, i są takie, które zostają z nami na zawsze. Moja podróż po Sycylii wciąż trwa - dziś już przede wszystkim w sercu. I wiem jedno... jeszcze tam wrócę.
Cyfrowa dharma. Jak AI może podnieść poziom inteligencji duchowej i poczucia osobistego dobrostanu
Zaskakujące spojrzenie na sztuczną inteligencję. Do tej pory traktowałem AI głównie jako narzędzie związane z pracą zawodową, biznesem, pisaniem, analizą albo usprawnianiem codziennych obowiązków. Tymczasem książki takie jak ta pokazują, że można na sztuczną inteligencję spojrzeć dużo szerzej. Nie tylko jak na techniczne wsparcie, ale także jak na coś, co może pomagać w rozwoju osobistym, w porządkowaniu własnych myśli, budowaniu więzi, wzmacnianiu kreatywności i lepszym rozumieniu samego siebie. Autor pokazuje, że AI nie musi być wyłącznie kolejnym narzędziem do szybszego wykonywania zadań. Może stać się czymś w rodzaju lustra, w którym człowiek zaczyna przyglądać się własnym pytaniom, pragnieniom, lękom i sposobom myślenia. To dla mnie bardzo ciekawe, bo zwykle dyskusja o sztucznej inteligencji krąży wokół produktywności, zagrożeń, rynku pracy, edukacji albo technologii. Tutaj punkt ciężkości przesunięty jest gdzie indziej — na człowieka i jego wewnętrzny rozwój. Oczywiście autor nie udaje, że nie ma żadnych ryzyk. Wielu naukowców, filozofów i ekspertów słusznie zwraca uwagę na niebezpieczeństwa związane z AI. Te obawy są często bardzo uzasadnione. Sztuczna inteligencja może wzmacniać manipulację, powierzchowność, zależność od algorytmów czy intelektualne lenistwo. Ale jednocześnie autor przekonuje, że w życiu prywatnym można próbować korzystać z tych narzędzi mądrze, świadomie i twórczo. Nie po to, by zastąpiły nasze myślenie, ale żeby je pobudzały. Nie po to, by przeżyły życie za nas, ale żeby pomogły nam lepiej je zrozumieć. Bardzo spodobało mi się zestawienie sztucznej inteligencji z różnymi tradycjami duchowymi naszej cywilizacji. Autor wychodzi z założenia, że AI nie jest naprawdę ani samodzielnie inteligentna, ani świadoma w ludzkim sensie. Nie ma duszy, przeżyć, sumienia ani własnej drogi duchowej. Ma jednak niezwykłą zdolność do tego, by pomagać człowiekowi stawać się bardziej świadomym, uważnym i refleksyjnym. Może zadawać pytania, porządkować myśli, inspirować do namysłu, a czasem pokazać coś, czego sami wcześniej nie dostrzegaliśmy. W tym sensie książka bardzo ciekawie wykorzystuje pojęcie dharmy. Nie chodzi tu o modne duchowe hasło, ale raczej o próbę pokazania, że człowiek może szukać swojej drogi także przy pomocy nowych narzędzi. Autor zachęca, by używać AI, na przykład Gemini czy ChatGPT, nie tylko do pracy, lecz także do autorefleksji, planowania rozwoju, badania własnych przekonań, zadawania sobie trudnych pytań i poszerzania wyobraźni. To podejście jest mi bliskie, bo pokazuje technologię nie jako przeciwnika człowieka, ale jako narzędzie, które może służyć czemuś dobremu, jeśli tylko korzystamy z niego z odpowiednią intencją. Książka zachęca też do tego, żeby nie trzymać się kurczowo starego, znanego sposobu życia tylko dlatego, że jest oswojony. Nowe narzędzia często budzą dyskomfort, bo zmuszają nas do zmiany przyzwyczajeń. A zmiana prawie zawsze wymaga wysiłku. Autor dobrze rozumie, że rozwój nie polega na szybkim osiągnięciu efektu, ale na samym procesie. W pewnym sensie najważniejsza jest droga, codzienny wysiłek, gotowość uczenia się i otwartość na coś, co wykracza poza nasze dotychczasowe schematy. Najbardziej zostało ze mną przekonanie, że sztuczna inteligencja sama z siebie nie uczyni nas mądrzejszymi. Może jednak pomóc nam mądrzeć, jeśli będziemy jej używać świadomie. Może nie da nam gotowego szczęścia, ale może pomóc lepiej uporządkować życie. Może nie zastąpi duchowości, ale może stać się narzędziem wspierającym refleksję nad tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Dlatego ta książka była dla mnie zaskoczeniem. Spodziewałem się może kolejnej publikacji o technologii, a dostałem opowieść o człowieku, który w świecie cyfrowym nadal szuka sensu, mądrości i wewnętrznej harmonii. I właśnie za to ją cenię. Pokazuje, że AI nie musi być tylko narzędziem produktywności. Może być także zaproszeniem do głębszego życia, jeśli tylko potraktujemy ją nie jak wyrocznię, ale jak pomocnika w drodze.
Jego wysokość prezes 3. Przypadkowy dziedzic
Podobno istnieje coś takiego jak „klątwa pierwszego tomu” - mówi się też, że kolejne części serii rzadko dorównują tej pierwszej. Tymczasem tutaj w moim odczuciu było zupełnie odwrotnie. Mam wrażenie, że właśnie „Jego wysokość prezes 3” od @katarzynamakautor z @editio.red spodobał mi się najbardziej. Dylan wkroczył w życie rodziny Kennedych zupełnym przypadkiem. Chciał jedynie spojrzeć w oczy mężczyźnie, który był jego biologicznym ojcem, i dowiedzieć się, dlaczego dorastał bez niego. Los miał jednak wobec niego zupełnie inne plany - zamiast odpowiedzi dostał fotel prezesa modowego konsorcjum. Di to z kolei najlepsza przyjaciółka, ukochana ciocia i kobieta z własnym, wcale nie lżejszym bagażem doświadczeń. Oboje z Dylanem zostają postawieni przed faktem dokonanym - rodzina, kierując się dobrem firmy, aranżuje ich udawany związek. Problem w tym, że żadne z nich nie jest zachwycone tym pomysłem. Od początku są jak pies z kotem, a ich relacja pełna jest uszczypliwości, kłótni i wzajemnych przepychanek. Kiedy między nich ponownie wkracza była partnerka Dylana, sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje i nad lawiną wydarzeń coraz trudniej zapanować. To naprawdę przekonująco napisany romans, który świetnie łączy motywy hate to love i fake relationship. Iskry lecą od pierwszych stron, ale rozwój relacji bohaterów jest naturalny i wiarygodny. Dla mnie to zdecydowanie najlepsza część całej serii - pełna emocji, humoru i momentów, które sprawiały, że trudno było odłożyć książkę.
Nowe Ziemie. Poszukiwanie życia w kosmosie
„Czy jesteśmy sami we wszechświecie?” to pytanie, które od wieków rozpala ludzką wyobraźnię, a książka „Nowe Ziemie” w niezwykle przystępny sposób przybliża czytelnikowi zagadnienia związane z poszukiwaniem życia poza Ziemią. Rozdziały są krótkie i dobrze uporządkowane, dzięki czemu lektura przebiega szybko i płynnie. Książka jest bardzo interesująca i skutecznie pobudza wyobraźnię. Na szczególną uwagę zasługuje również piękna okładka, która przyciąga wzrok i zachęca do sięgnięcia po tę pozycję nawet osoby mniej zainteresowane tematyką kosmosu. Autorka pisze lekko i swobodnie, jakby siedziała obok czytelnika i prowadziła z nim rozmowę. Liczne przykłady sprawiają, że nawet bardziej złożone zagadnienia stają się zrozumiałe. W książce znajdziemy informacje o powstawaniu gwiazd i planet, a także omówienie różnych teorii dotyczących życia we wszechświecie. Widać, że autorka nie obawia się stawiać trudnych pytań i zachęca do samodzielnego poszukiwania odpowiedzi. Prosty i klarowny język sprawia, że treść jest dostępna dla szerokiego grona odbiorców. Bogata bibliografia i indeks pokazują, jak starannie przygotowała się do napisania tej książki. Po zakończeniu lektury długo myślałam o przedstawionych w niej możliwościach i z przyjemnością wróciłabym do wybranych rozdziałów. To wartościowa pozycja dla każdego, kto chce rozpocząć swoją przygodę z tematyką egzoplanet i poszukiwaniem życia poza Ziemią. Szkoda jedynie, że w środku nie znalazło się więcej ilustracji, ponieważ dzięki nim lektura publikacji naukowych staje się jeszcze przyjemniejsza.
Riley Thorn i trup w ogrodzie
Jak sobie radzisz w te upały? Ponarzekam i ja trochę, bo albo mamy przez pół zimy -20°, albo przez jedyne dwa tygodnie wakacji +40 (no sorry nie wierzę w to, że będziemy mieć więcej niż dwa tygodnie wakacji, prawdopodobnie zaraz przyjdą deszcze i zimno) NIC POMIĘDZY! Jednak książki nadal czytam, więc zapraszam na recenzje. Recenzja 4 tomu - mogą pojawić się spojlery. Reklama @editio.red „Riley Thorn i trup w ogrodzie” to moje kolejne spotkanie z twórczością Lucy Score i chyba już oficjalnie mogę powiedzieć, że nasza relacja jest dziwna. Uwielbiam jej książki. Pomysł, wykonanie, ALE bohaterowie mnie irytują. W czwartym tomie ponownie wracamy do świata Riley i Nicka, gdzie chaos, kryminalne zagadki i masa ekscentrycznych bohaterów to nic dziwnego. Tym razem wszystko zaczyna się od powrotu byłego męża Riley, Griffina, który twierdzi, że ktoś chce go zabić. No i gdzie Problem? Jego lista podejrzanych jest tak długa, że praktycznie całe miasto mogłoby mieć motyw, a i sama Riley, ma swoje za uszami. 🤡, Choć ja np. się nie dziwię, bo gdybym sama była w pobliżu tego typa tu pif-paf. Fakt bohaterowie są totalnie przerysowani, momentami absurdalni, ale właśnie przez to zabawni, a jak ma się humor starego dziada jak ja, to już w ogóle raj. Riley i Nick nadal tworzą świetny duet, a obserwowanie rozwoju ich relacji przez kolejne tomy naprawdę daje satysfakcję. Choć dalej, irytują mnie oni. Ich niezdecydowanie, dziecinada. Fakt na plus możemy rzucić to, że wreszcie Riley używa w pełni swojego daru, gdzie przez te cztery tomy to było tak na pół Gwizdka, i pamiętam, że przy czytaniu 1/2/3 tomu strasznie mnie to nie denerwowało. To książka, która mimo motywu morderstwa jest lekka, zabawna i idealna na odmóżdżenie. A przeważnie jak się lubi komedie kryminalne.