ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Akademia mroku

Hejka! Dziś przychodzę do Was z recenzją „Akademii Mroku” od Marii Bujak Na początku chciałbym napisać, że bardzo zaskoczyło mnie, iż drugi tom jest jakoś dwa razy grubszy niż pierwszy. Kocham to, że w tym, jak i w poprzednim tomie, wiecznie coś się dzieje, nie ma czasu na nudę. Z tego, co wiem, książka miała być trylogią i ten tom jest zwyczajnie połączeniem dwóch, które miały być, ale sądzę, że zostało to zakończone zbyt nagle i jest mi przykro, że tak szybko musimy pożegnać się z całym uniwersum. Tak samo jak poprzednio, Noemi dalej zaskakuje determinacją i wolą walki. Christian w pierwszym tomie lekko mnie irytował, tutaj nadal tak było, lecz może trochę delikatniej. Podoba mi się, że książka nie kręci się wyłącznie wokół ich historii romantycznej, lecz jest to tło historii. Tak jak było od początku, kocham styl pisania Marii Bujak. Przez książkę się płynie, cały czas jest nutka napięcia i świetnie opisana historia. Myślę, że „Akademia Mroku” jest dobrym zamknięciem historii, aczkolwiek akurat wolałbym lekko bardziej rozbudowane i „domknięte”, niż wyszło.

_tibooks Szymiczek Karol

Młodzi detektywi w akcji. Zagadki (prawie) kryminalne

To książka, która zawiera całą masę informacji o pracy w polskiej policji. O wykorzystywanych narzędziach, elementach pracy, profesjach, a nawet psich pomocnikach. Znajdziecie tutaj bardzo ciekawą i wciągającą fabułę. Książka ma aż 10 rozdialaow i 10 zagadek do rozwiązania. Bohaterkami są Olaf, Kasia i Krzyś oraz Olafa ciocia czyli policjantka Asia. Każdy rozdział to inna sprawa do rozwiązania. Nie jest zbyt skomplikowana, ale skupia się na innej części pracy policjantów, detektywów i techników kryminalistyki. Pod koniec każdego rozdziału jest część edukacyjna, w której ciocia tłumaczy i wyjaśnia tajniki pracy w policji. Po każdym rozdziale jest również zadanie dla młodych czytelników, aby i oni mogli poczuć się jak mali detektywi. A na koniec dzieciaki mogą zrobić test o zdobyć legitymację młodego detektywa. Myślę, że to świetna książka nie tylko po to, aby dobrze się bawić. Książka edukuje w zakresie pracy policji, ale również radzi w sprawach bezpieczeństwa w sieci czy zgłaszania oszustw.

@wystrzalowa_biblioteczka Płaskonos Alicja

Falochrony

Książka jest lekka i bardzo przyjemna, ale porusza też ważne tematy- główna bohaterka zmaga się z poczuciem zagubienia i lękiem przed kolejnym etapem w życiu. Ma ona skończyć szkołę średnią, więc musi wybrać uczelnię, co ją przeraża. Uwielbiam to, jak bardzo wyczuwalny jest tutaj klimat lata. Jest również wątek romantyczny, wątek przyjaźni, oraz ciężkich do spełnienia oczekiwań rodziców. Uważam, że jest to dobra młodzieżówka, jednak bardziej kierowała bym ją do osób 16+, a nie 14+ jak jest na okładce. Są tu niebezpieczne zachowania (skakanie z klifu do wody), oraz tematy, które wydaje mi się trafią bardziej do odrobinę starszych czytelników

Tiktok Osendowska Beata

Nieplanowany układ

Q:Czy można przegapić życie, będąc zbyt zajętym jego perfekcyjnym planowaniem? Książka najmocniej wybrzmiewa nie wtedy, gdy opowiada o miłości, lecz gdy pokazuje kobietę, która przez lata potrafiła zadbać o wszystko poza samą sobą. Przecież odpoczynek jest prosty. Wystarczy przestać pracować, wyłączyć myśli i nie analizować przyszłości. Drobnostka, szczególnie dla osoby, która nawet własne szczęście najchętniej wpisałaby do kalendarza. Camilla może irytować swoim niezdecydowaniem i kurczowym trzymaniem się planu, ale trudno nie spojrzeć na nią z empatią. Za jej pośpiechem kryje się samotność. Za potrzebą kontroli strach. Za wyznaczonym terminem na szczęście - bolesne przekonanie, że wszyscy inni zdążyli już znaleźć swoje miejsce. Jej randkowe doświadczenia bywają tak absurdalne, że zamiast aplikacji randkowej przydałby się numer alarmowy. Najwięcej ciepła przynoszą chwile, w których bohaterowie nie próbują nazywać tego, co ich łączy. Przyjaźń jest naturalna, pełna swobody, sarkazmu i drobnych gestów znaczących więcej niż romantyczne deklaracje. Bryan okazuje się zieloną flagą w przebraniu mężczyzny, który rzekomo nie nadaje się do związków. Słucha, wspiera, przyznaje się do błędów i potrafi wyciągnąć z nich wnioski. Sama przemiana relacji w miłość nie zawsze brzmi równie przekonująco, ale chemii i wzajemnej troski nie można im odmówić. Historia, która przemyca ważne przypomnienie. Praca może dawać satysfakcję i poczucie bezpieczeństwa, lecz nie powinna zabierać przestrzeni na zwyczajne życie. Czasami warto się zatrzymać, złapać oddech i sprawdzić, czy cel, do którego tak uparcie się biegnie, nadal jest własnym marzeniem. Szkoda, że wątek terapii pozostał powierzchowny, a niektóre emocjonalne zmiany nastąpiły zbyt szybko. Mimo tych zastrzeżeń książka pozostawia po sobie ciepło i myśl, że odpoczynek nie jest nagrodą za wykonanie wszystkich obowiązków. Jest czymś, na co człowiek nie musi sobie zasłużyć.

mucha_w_ksiazkach Mucha Joanna

Historyczne bzdury o średniowieczu. Jak naprawdę żyło się w czasach dam i rycerzy?

Średniowiecze ma fatalną opinię i, co gorsza, opinię wyjątkowo odporną na wiedzę. W powszechnym wyobrażeniu nadal bywa epoką brudu, ciemnoty, religijnego zacietrzewienia, bezmyślnej przemocy i ludzi, którzy żyli krótko, cierpieli stale, a w wolnych chwilach najpewniej spadali z konia albo trafiali do lochu. Anna Zielińska w Historycznych bzdurach o średniowieczu bierze ten obraz na warsztat nie po to, by stworzyć cukierkową kontrlegendę, lecz by pokazać, że mówienie o tysiącu lat historii jednym tonem jest zwyczajnie leniwe. Książka wyrasta z formuły dobrze znanej z profilu Historyczne bzdury. To istotne, bo wpływa zarówno na jej największe zalety, jak i ograniczenia. Zielińska pisze żywo, potocznie, z ironią i energią osoby, która nie chce jedynie przekazać zestawu informacji, ale także wytrącić czytelnika z wygodnych przyzwyczajeń. Nie udaje akademickiego podręcznika i nie powinna być tak czytana. To popularnonaukowa opowieść o tym, jak wiele klisz na temat średniowiecza powtarza się bezrefleksyjnie, ponieważ są efektowne, proste i świetnie nadają się do filmów, memów oraz szkolnych skrótów. Największy sens tej książki polega na odczarowaniu samego słowa średniowiecze. Autorka przypomina, że mówimy o epoce ogromnie długiej, geograficznie zróżnicowanej i społecznie wielowarstwowej. Nie da się jej uczciwie zamknąć w jednym obrazie błota, stosów, zamków i nieumytych rycerzy. Zielińska pokazuje, że część mitów wzięła się z późniejszych interpretacji, część z propagandy, część z anachronicznego przykładania współczesnych kategorii do dawnych realiów, a część po prostu z atrakcyjności ponurych historii. Brudne, głupie średniowiecze jest narracyjnie wygodne. Prawdziwe jest znacznie ciekawsze. Największa wartość Historycznych bzdur o średniowieczu polega na tym, że autorka nie tyle broni epoki przed krytyką, ile broni jej przed uproszczeniem. To ważna różnica. Zielińska nie twierdzi, że średniowiecze było czasem powszechnej higieny, medycznej skuteczności i społecznej harmonii. Pokazuje raczej, że rzeczywistość była bardziej złożona niż karykatura. Ludzie dbali o ciało w ramach własnych możliwości i przekonań. Medycyna nie była wyłącznie zbiorem absurdów. Polityka nie sprowadzała się do miecza i modlitwy. Religijność nie usuwała rozrywki, praktyczności ani codziennych ambicji. Dobrze wypadają rozdziały poświęcone życiu codziennemu. Higiena, choroby, medycyna, jedzenie, moda, rozrywki, obyczaje i stosunek do ciała to tematy, przy których książka osiąga najbardziej przystępny rytm. Zielińska potrafi podać źródłowy konkret, a następnie od razu pokazać, dlaczego obiegowy mit nie wytrzymuje z nim konfrontacji. Widać tu jej przywiązanie do materialnych śladów przeszłości, archeologii, rekonstrukcji i praktycznego wymiaru historii. To duża zaleta, ponieważ wiele książek popularnych o średniowieczu pozostaje na poziomie królów, bitew i dat. Tutaj ważne są także przedmioty, nawyki, ciało, codzienność i gesty. Zielińska dobrze radzi sobie również z tonem polemicznym. Potrafi być lekka bez rezygnowania z faktów. Nie zasypuje czytelnika aparatem naukowym, ale daje wyraźny sygnał, że za anegdotami stoją źródła, badania i współczesna refleksja historyczna. To szczególnie istotne w książce, która chce walczyć z mitami, bo samo obalanie bzdur łatwo może zamienić się w produkowanie nowych uproszczeń. Autorka zwykle tego unika. Jej celem jest raczej skorygowanie perspektywy niż efektowne odwrócenie znaku. Najciekawiej robi się tam, gdzie książka pokazuje mechanizmy powstawania legend. Wielka Lechia, źle rozumiane wyobrażenia o medycynie, przekonanie o powszechnym brudzie, uproszczenia dotyczące bitwy pod Grunwaldem czy opowieści o dawnych bohaterach, którzy z historią mają luźny związek, pozwalają zobaczyć, że mity historyczne nie biorą się znikąd. Czasem wynikają z potrzeby narodowej dumy. Czasem z popkulturowej atrakcyjności. Czasem z niechęci do sprawdzania źródeł. Czasem z tego, że prosty obraz łatwiej sprzedać niż skomplikowane wyjaśnienie. Książka najlepiej sprawdzi się u odbiorców, którzy znają średniowiecze głównie przez szkolny filtr i popularne wyobrażenia. Dla nich może być bardzo przyjemnym otwarciem tematu. Autorka nie pisze hermetycznie, nie wymaga od czytelnika znajomości sporów mediewistycznych i nie buduje dystansu. Przeciwnie, stale zachęca do wejścia w epokę, która pod warstwą stereotypów okazuje się ruchliwa, praktyczna, zaskakująco różnorodna i pełna ludzi myślących inaczej niż my, ale nie głupszych od nas. Tu pojawia się jednak pierwsze poważniejsze zastrzeżenie. Książka miejscami jest tak mocno nastawiona na przystępność, że traci precyzję konstrukcyjną. Niektóre rozdziały rozwijają się szerzej, inne sprawiają wrażenie krótszych notatek do większej całości. Zdarza się, że zapowiedziany temat rozrasta się w stronę pobocznych ciekawostek, przez co oś wywodu lekko się rozmywa. Rozdział o higienie może nagle zahaczać o czas wolny i rozrywki, a przejścia między historią Polski i historią powszechną bywają nie zawsze dostatecznie wyraźnie zaznaczone. Dla początkującego czytelnika nie będzie to wielki problem, ale osoba bardziej obeznana z epoką zauważy nierówności. Drugim ograniczeniem jest skala. Przy tak szerokim temacie niewiele ponad dwieście stron musi oznaczać wybór skrótu. Książka chce mówić o średniowieczu jako epoce, o polskich mitach, o Europie Zachodniej, o medycynie, higienie, Grunwaldzie, Wielkiej Lechii i nieistniejących bohaterach. To materiał na znacznie większą publikację albo serię krótszych, mocno skoncentrowanych tomów. W obecnej formie część zagadnień zostawia niedosyt. Nie dlatego, że są źle przedstawione, lecz dlatego, że aż proszą się o pogłębienie. Najbardziej dyskusyjny jest język. Dla wielu czytelników będzie to ogromna zaleta. Narracja jest szybka, komunikatywna, żartobliwa i bliska internetowemu sposobowi popularyzowania wiedzy. Dzięki temu książkę czyta się lekko i bez poczucia uczestnictwa w wykładzie. Jednocześnie ten styl chwilami zbliża się do tonu wpisu z mediów społecznościowych bardziej niż do dopracowanego eseju historycznego. Potoczność ożywia tekst, ale bywa też zbyt nachalna. W książce drukowanej, która ma ambicję porządkowania wiedzy, przydałoby się czasem więcej oddechu i mocniejsze wyważenie żartu. Nie zmienia to faktu, że Zielińska ma coś, czego brakuje wielu autorom popularyzującym historię: wyczuwalną pasję. Nie jest to chłodne streszczenie literatury przedmiotu. To książka napisana przez osobę zirytowaną tym, jak niesprawiedliwie i bezmyślnie traktuje się jej ulubioną epokę. Ten emocjonalny ton może niekiedy prowadzić do nadmiernej swady, ale nadaje całości charakter. Autorka nie ukrywa, że średniowiecze ją obchodzi. Dzięki temu czytelnik łatwiej rozumie, że obalanie mitów nie jest tu suchą korektą błędów, tylko próbą odzyskania bardziej uczciwego spojrzenia. Cenne jest też to, że książka nie sprowadza historii do wielkich postaci. Owszem, pojawia się Grunwald i polityczne mity, ale równie ważne są rzeczy pozornie małe: mycie, leczenie, jedzenie, ubiór, rozrywka, praktyki ciała, zabytki materialne. Takie podejście ma dużą edukacyjną wartość. Uczy, że przeszłość nie składa się wyłącznie z dat i wojen. Składa się także z tego, jak ludzie radzili sobie z codziennością, czego się bali, co uważali za piękne, jak chorowali, jak pracowali i jak tłumaczyli sobie świat. To książka najpotrzebniejsza nie specjalistom, lecz tym czytelnikom, którzy podejrzewają, że historia może być ciekawsza niż jej szkolna i popkulturowa karykatura. Mediewista nie znajdzie tu wielu nowych ustaleń, a część mitów uzna za dawno rozbrojone. Ale nie do niego przede wszystkim skierowano tę publikację. Jej zadaniem jest rozpocząć rozmowę, skorygować najbardziej uporczywe przekonania i sprawić, aby ktoś po lekturze przestał mówić o średniowieczu jako jednolitej epoce brudu i zacofania. W tym sensie Historyczne bzdury o średniowieczu spełniają swoje zadanie. Nie są syntezą dziejów epoki ani wyczerpującym przewodnikiem po mediewistyce. Są sprawną, energiczną książką popularyzatorską, która ma odczarować temat i zachęcić do dalszego czytania. Jej niedoskonałości wynikają głównie z przyjętej formuły: lekkość ogranicza głębię, szeroki zakres wymusza skrót, a internetowa energia czasem osłabia kompozycję. Bilans pozostaje jednak wyraźnie dodatni, bo autorka potrafi robić rzecz najważniejszą w popularyzacji. Przyciąga uwagę bez obrażania inteligencji odbiorcy. Najlepiej czytać tę książkę jako początek, nie koniec rozmowy o średniowieczu. Jako zachętę do sprawdzania, nie jako ostatnie słowo. Jako przypomnienie, że epoki historyczne nie istnieją po to, by dopasowywać je do naszych wygodnych etykiet. Średniowiecze było brutalne, religijne, hierarchiczne i obce współczesnej wrażliwości. Było też pomysłowe, praktyczne, barwne, ruchliwe i znacznie mniej jednowymiarowe, niż lubi się powtarzać. Historyczne bzdury o średniowieczu mają największą wartość tam, gdzie uczą nieufności wobec łatwych obrazków. To dobra, lekka i potrzebna książka dla tych, którzy chcą wyjść poza hasło o mrocznych wiekach, ale nie są jeszcze gotowi na ciężkie opracowania naukowe. Anna Zielińska pokazuje, że historia nie musi być nudna, pod warunkiem że traktuje się ją poważnie, ale nie napuszenie. I że czasem najlepszym sposobem na walkę z mitem nie jest wielki akademicki młot, lecz dobrze wymierzona, błyskotliwa korekta.
kawerna Marek Tokarz